Kakao

Nie wiem czy linia, którą jeżdżę do pracy jest tak dziwna czy to po prostu kwestia zgromadzenia najgorszych przywar ludzkich w jednym miejscu. Niezależnie od genezy, znów historia z autobusu wiozącego Frustrata.

Dzień jak co dzień, sunę sobie leniwie stojąc w mym ulubionym miejscu czyli przegubie autobusu, ciesząc się miłym chłodem i karuzelą na zakrętach. Wtem, na jednym z pierwszych przystanków radośnie, z krzykiem nacierającej armii Wikingów wdziera się do pojazdu wataha dzieci z pobliskiej, notabene prywatnej szkoły. Ogólnie przyzwyczaiłem się, że teraz wyrostki prezentują się jak miniaturowe wersje Justina Bieber’a dzierżące w dłoniach telefony wielkie niczym telewizory plazmowe lecz te dzieci to już przesada. Sprzedając ich ubrania można przez rok wyżywić cały Laos a jakby jeszcze pozabierać im elektroniczny sprzęt to i Bangladeszowi by coś skapnęło. Olewam hałastrę, która przekrzykuje się jak przekupki na targu. Pech chce, że dzieciuchy lubią przegub i nim się orientuję otacza mnie zgraja sięgających mi do piersi chłopaczków. Świetnie się bawią, nie powiem. Drą gęby na tyle donośnie, że nawet Sandra Nasić nie dałaby rady ich przekrzyczeć a przy tym co chwilę z ich ust wydobywają się słowa, których nie powstydziliby się kibole Lecha. Ignoruję to na ile mogę, uznając, że sam grzeczny w ich wieku nie byłem więc co się mam wtrącać. Poza tym, ich opiekunka choć stoi dość daleko i mimo iż podróżujemy wiekowym wehikułem powinna słyszeć choć część epitetów swych podopiecznych.

W połowie podróży chłopcom zachciewa się skakać po przegubie co wprawia pół pojazdu w dziwne, wkurzające drżenia. Życie nauczyło mnie cierpliwości więc stoję twardo. Pełen podziwu dla pani opiekunki, która będąc zupełnie głuchą (co wywnioskowałem gdy jedno z dzieci na pewno nie szeptem określiło prędkość autobusu jako „cała pizda”) potrafi opiekować się młodocianymi, poczynam powoli odsuwać się z przegubu chcąc oddalić się od narwanych gówniarzy lecz pojazd jest na tyle zapchany, że nie mam jak się przecisnąć.

Krew zaczyna mi kipieć gdy chłopcy miotają się po autobusowej harmonijce na tyle mocno, że co raz jeden z nich (któremu przydałaby się dieta) uderza mnie solidnie wypakowanym tornistrem. Raz, drugi, nawet siódmy to znoszę lecz w końcu dokonuję rzeczy, o którą nigdy bym siebie nie podejrzewał, czy to z powodu mniszego spokoju okrywającego zwykle mą duszę czy też zwykłego tchórzostwa – odwracam się i pukam grubego w ramię. W tym czasie chłopcy szaleją w środku autobusu i prowadzą raczej spokojną rozmowę, z której wyrywam jedno, zwyczajne słowo: „kakao”. I to, w chwili wnerwienia staje się moim punktem odniesienia. Gdy oczy z zadartej, tłustej twarzy spotykają się z moimi wyszeptuję bardzo cicho lecz wyraźnie:

– Jeszcze raz walniesz tym plecakiem to wsadzę ci go w kakao.

Nie jestem pewien czy dzieciak to zrozumiał, a ja, starając się zachować surową minę zaraz zaczynam czerwienić się na twarzy, nie z powodu stresującej sytuacji a raczej głupiego tekstu, który palnąłem do, bądź co bądź małego chłopca.

Na szczęście ekipa się uspokaja. Mają jednak trochę szacunku do starszych. A ja przez cały dzień będę zastanawiał się nad tym jak niewychowane są dzisiaj dzieci i jak mogłem zagrozić wsadzeniem plecaka w kakao.

Jedna myśl na temat “Kakao”

  1. Ha-ha! Naprawdę niezły tekst! Mnie też denerwuje to, że dzieciaki są dzisiaj traktowane przez rodziców jako taki dodatek, który nabywasz i odstawiasz. Robisz dziecko, a potem hulaj dusza piekła nie ma, dziecko wychowa się samo. A tak niestety nie jest, a te dzieci, niby nic niewinne, same się raczej nie wychowają. I potem nie pozostaje nic, jak straszyć ich tym kakao. Zapraszam do siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *