Henryk

Pan Henio pozostawił za sobą 56 wiosen. Większość z nich przeżył wśród ziomków z miasteczka znanego jako Mońki. Henryk akurat przeciągał się na swym tapczanie rozpychając się na tyle nieostrożnie, że mało nie zrzucił z łoża swej małżonki Krystyny. Nie zapomniał przy tym głośno skomentować ile to jego żona ostatnimi czasy nabrała ciała i jakie to zwierzę mieszkające w chlewie się z niej zrobiło.

(Choć sam dochował się brzucha zasłaniającego w całości – notabene marnego – penisa)

Choć niedzielą Pan Henio nie pracował, to jak co dzień udał się do łazienki by ogolić swą naznaczoną zmarszczkami twarz. Nie rozumiał jak ludzie mogą chodzić pozarastani niczym menele i w myślach wyzywał wyrostków wśród, których ostatnimi czasy szerzy się moda na krzaczaste brody.

(Nie zwracał oczywiście uwagi na kłaki, które wystawały z jego nosa, uszu oraz spod pach)

Zostało jeszcze kilka godzin do mszy więc rozsiadł się wygodnie na fotelu włączając swój wiekowy już odbiornik telewizyjny. Z wyciągniętą dłonią dzierżącą pilota przełączał kolejne kanały. Dość jednoznacznie skomentował postawę polskich piłkarzy we wczorajszym meczu,

(Samemu nie dając rady wejść po schodach na czwarte piętro)

plan kolejnych reform przedstawionych przez rząd

(Nie wiedząc dokładnie kim jest ten Michał Boni ale zdążył nazwać go Żydem i komuchem)

oraz strój prezenterki porannego programu w TVP, który skojarzył mu się jednoznacznie z paniami lekkich obyczajów.

(Zapominając o roznegliżowanych paniach prężących się na kolorowych stronach gazet, które chował przed żoną pod szafą)

Gdy tak siedział znudzony przed odbiornikiem, do pokoju weszła Krystyna kładąc na stole talerz z jajecznicą. Mężczyzna spojrzał na śniadanie jakby dostrzegł solidną porcję krowich odchodów. Gdy małżonka wyszła z pokoju przystąpił do konsumpcji narzekając solidnie na jakość potrawy przygotowanej przez Krystynę.

(Choć jego największym osiągnięciem kulinarnym było zrobienie kiełbaski na ognisku)

Kolejne godziny minęły Henrykowi na obrażaniu wszystkich, których zobaczył na ekranie. Punktualnie 11:30 Pan Henio ubrał się w swój najlepszy, noszony od 20 lat garnitur i wraz z małżonką, niczym idealna para udali się do kościoła na sumę. Gdy tylko znaleźli się przed gmachem świątyni Henryk głośno skomentował jakie to badziewie zbudowały klechy za jego pieniądze.

(Zapominając, że na cele kościelne nie dal złotówki od czasów Gierka)

Po nabożeństwie postanowił udać się do najbliższego supermarketu by zrobić zakupy na kolejny tydzień. Wcześniej jednak, spotkał długoletniego kolegę Mirka, który był właścicielem dobrze prosperującej firmy przewozowej i zarabiał solidne pieniądze, co udowodnił kupując sobie nowy samochód. Henryk nie był w stanie uwierzyć w ciężką pracę znajomego uznając go za złodzieja i oszusta, który dorobił się jedynie na kolesiostwie i przekrętach.

(Zupełnie wyleciało mu z pamięci jak śmiał się wraz z resztą kolegów z Mirka, który jako jedyny z ekipy zdecydował się pójść na studia)

Będąc już w ekskluzywnym markecie marki Biedronka wziął duży wózek na zakupy i wolno, niczym lew po sawannie przemieszczał się wśród alejek sklepowych wybierając najtańsze produkty wciąż ostentacyjnie głosząc swoje poglądy na beznadziejną jakość jedzenia, którym trują nas kapitalistyczne świnie.

(Przy piwie nie miał już takich obiekcji)

Stojąc przy kasie z coraz bardziej zawstydzoną małżonką u boku, wygłosił pełną przekleństw i epitetów wypowiedź na temat długości oczekiwania w kolejce, nie przepuszczając także kasjerom, którzy ruszali się niczym pozbawione kończyn muchy w smole.

(Nie zwracając uwagi na wykończoną i zlaną potem kasjerkę pracującą cały boży dzień, na którą czekały jeszcze obowiązki związane z domem i dziećmi)

Wracając do mieszkania w bloku numer 9, Pan Henryk odebrał telefon, w którym usłyszał śpiewny głos konsultantki dzwoniącej do niego w sprawie jego umowy na telewizję cyfrową. Okazało się, że Henryk oraz Krystyna zalegali z rachunkami już 2 miesiące i niedługo zostanie odłączony sygnał. Pan Henio zbulwersował się nie na żarty i dosadnie stwierdził, iż płacić nie będzie bo w tej wątpliwej jakości telewizji i tak nie ma nic ciekawego. Oczywiście uznając konsultantkę za niewyedukowaną ladacznicę.

(Lub, jak kto woli „głupiego kurwiszona”)

Gdy wraz z żoną dotarł już do domu, zostawił swoją wybrankę w kuchni by ta miała czas przygotować obiad. Sam rozsiadł się przed telewizorem, tym razem jednak dzierżąc w jednej ręce pilota a w drugiej puszkę z piwem. Znów wygłosił monolog o idiotach z Wiejskiej, patałachach z orzełkiem na piersi i nierobach, którzy brali kasę za nic. Skonsumował naście piw i gdy zapadł zmrok udał się do łóżka gramoląc się pod kołdrę obok żony, która ze łzami w oczach zadawała sobie pytanie dlaczego wyszła za tego człowieka.

(Nie zdając sobie sprawy jak wielu Henryków wydał ten świat)

Chomiki w klatce

Pamiętacie czasy swojego brudnego dzieciństwa? Brudnego w dosłownym tego słowa znaczeniu, sięgnijcie pamięcią do dawnych czasów. Jak widzicie siebie?

Kiedyś praktycznie bez znaczenia było w czym się chodziło, i tak zaraz to było obdarte, umazane trawą zmieszaną z błotem. Cały dzień siedziało się pod blokiem, grało w piłkę, bawiło się w podchody, chowanego, budowało się bazy i walczyło z sąsiednim placem. Wszystko to powodowało, że chodziliśmy wiecznie brudni i pokaleczeni. Ręce myło się najwyżej przed obiadem ale jak ktoś dysponował kasą (pamiętacie jak posiadanie piątaka było powodem do szpanu?) i cała ekipa udawała się do sklepu to ktoś myślał o higienie? Kupowało się oranżadki, chipsy czy pestki i jadło się brudnymi łapami oblizując czarne od brudu paznokcie. Ohydne, co? Ja pamiętam jeszcze taki element ze swojego życia gdy z kolegami graliśmy arcyważny mecz międzypalcowy i w przerwie byliśmy totalnie wyczerpani. Niestety, nikt nie miał wody a i żaden nie był na siłach by skoczyć pod okno i zawołać mamę. Na szczęście w pobliżu była spora kałuża więc niczym pustynni podróżnicy siorbaliśmy deszczówkę z ziemi. O dziwo, wciąż wszyscy żyjemy.

A dziś? Pokolenie alergików, którym szkodzi pyłek i kurz, ubrania muszą być prane w specjalnych proszkach, skóra myta antyalergicznym mydłem. Nie jestem w tej kwestii autorytetem ale denerwuje mnie gdy opiekunowie jawnie przesadzają z troską nad swoimi dziećmi bo przynosi to zupełnie odwrotny skutek. Przykłady odnośnie wątpliwej troski o higienę, które przytoczyłem powyżej pochodzą z mojego dzieciństwa. Dziś nie mam żadnego uczulenia, nie jestem podatny na choroby a jeżeli już zachoruję to ledwie na dzień, dwa.

Teraz nie można kąpać się w cegielniach bo brudna woda, nie można się wspinać bo można się połamać, nie można jeść słodyczy bo to niezdrowe, nie można się bić bo tak nie postępują grzeczne dzieci. W sumie w większości tych stwierdzeń opiekunowie mają rację, zagrożenia są realne. Lecz czy myśmy nie robili takich głupot? Ilu z nas nabawiło się jakiejś poważnej kontuzji? Wiadomo, rodzice nieraz nam tłumaczyli (nawet boleśnie dobitnie) jak nie wolno się zachowywać ale dziś wielu opiekunów popada w czystą paranoję traktując dzieci jak chomiki zamknięte w klatce. Myślę, że znacznie więcej osób doświadcza kalectwa przez zbyt asekuracyjny tryb życia – wady wzroku, wady postawy, wspomniane już alergie, nadwrażliwość na choroby i zwykła, życiowa niezaradność. W dzieciństwie miałem bardzo dobry wzrok, dopiero gdy się uspokoiłem, zacząłem dużo czytać i pracować na komputerze przytrafiła mi się dolegliwość – krótkowzroczność. O dziwo nie od brudnej wody i prania ubrań w pralce z kamieniem.

Widząc sytuacje gdy mamusie czy tatusiowie trzymają swoje dziecko pod kloszem robi mi się niewymownie przykro. Nie tylko z powodu krzywdy, którą temu dziecku czynią bo nawet jeżeli ono sobie w życiu poradzi, zostanie zwykłym krawaciarzem z klasy średniej to straci coś świetnego ze swojego życia. Co to jest? Nie potrafię tego nazwać ale jak pomyślę o śliwach, które po bójkach nosiło się pod oczami czy kolanach poobdzieranych do krwi po upadkach z roweru to się szczerze uśmiecham. Nie wyobrażam sobie dzieciństwie bez tych niebezpieczeństw.

Czy ma pan chwilę na rozmowę o Bogu?

Na świecie jest kilka tysięcy religii i znacznie więcej wierzeń i odłamów. Czym jest religia, nie wnikam, to pojęcie dotyczy każdego człowieka indywidualnie i nie czuję się na tyle oświecony by tworzyć takie definicje. Mimo wszystko, mój mały móżdżek nieznaczący nic wobec potęgi jakiegokolwiek boga potrafi pojąć jedno – nie ma nic bardziej wpieniającego niż człowiek, który konicznie musi narzucić mi swój punkt widzenia.

Ostatnimi czasy wiele się mówi o islamizacji Europy. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to poważne zagrożenie dla starego kontynentu ale nie z powodu stricte religii muzułmańskiej. Zagraża nam po prostu banda religijnych oszołomów, których nie brakuje w każdej części świata i wśród osób wierzących w najróżniejsze dziwy. Patrzmy na swoje podwórko gdzie wciąż dominuje katolicyzm. Żeby nie było, osobiście nic nie mam do katolików, chodzą sobie do kościoła, jedzą ryby w piątek i dzięki nim mamy sporo wolnego od pracy. Jednak gdy słyszę, że jest to jedyna słuszna religia, gdy ktoś mi wmawia, że nie wierzyć to błąd, że nie będę zbawiony i tylko oni mogą mnie uchronić przed wiecznym cierpieniem w kotle kolesia z rogami to czuję jak krew mi się gotuje. Sorki panowie i panie, nie wierzę w to co wy i nigdy nie zacznę, nie kręci mnie to, nie lubuję się w poszczeniu, klękaniu i odmawianiu sobie przyjemności. A że nie pójdę do nieba? Przepraszam, a co to was obchodzi? Jeżeli jesteście tak wielce błogosławieni to siądźcie sobie na tarasie, wypijcie herbatę i śmiejąc się w duchu patrzcie na ciemny lud dążący ku zagładzie. Ja bym tak na waszym miejscu zrobił.

Oczywiście problem nie dotyczy tylko katolików. Wszystkie sekty i religie obrały sobie za cel by nastraszyć jak największą liczbę ludzi i narzucić im swój tok myślenia. Czy to muzułmanie, hindusi, buddyści czy inni animiści wszystkich łączy ślepa wiara we własną nieomylność. Będzie peszek jak się okaże, że nikt nie miał racji a trzeba było czcić np. Wielkiego Bakłażana. „Wybaczcie, nikt nie trafił. Będzie cierpieć cała wieczność. LOL.”.

Na przeciwnym biegunie są kolejne źródła mej frustracji – ateiści. Wierzący mają to do siebie, że biadolą nad losem swych ciemnych bliskich kroczących ku zgubie zaś niewierzący czują się niesłusznie lepsi, rozsądniejsi i często odnoszą się do ludzi religijnych z pogardą. Ciekawe skąd też u nich taka pewność, że ich brak wiary jest słuszny? Że niby takie z nich racjonalne, otwarte umysły wolne od zabobonów? Kiedyś mądrzy ludzie twardo upierali się, że słońce krąży wokół ziemi. A nagle zdziwko! Nie wierzysz? Spoko, nikt ci nie każe. Ale nie staraj się sprowadzać ślepych owieczek na swoją drogę bo postępujesz jeszcze gorzej niż wierzący – chcesz wpoić innym swoje wartości nie mówiąc nawet o możliwej nagrodzie. Katolicy chociaż niebo dają. A muzułmanie dziewice (dzięki temu przodują w moim rankingu, jak będę umierał to się nawrócę na Islam, a nóż się załapię).

Zakartowany

Karty. Wszędzie cholerne karty. Kiedy doszło do tego, że mamy w portfelu więcej kart niż pieniędzy? Żeby zrobić cokolwiek w dzisiejszym świecie, zawsze musisz użyć kawałka plastiku, w zasadzie nawet nie istniejesz bez niego bo dowód osobisty to też karta.

Co to ja dziś miałem? A, pojechać do pracy. W autobusie kanary, ale spokojnie, mam kartę z biletem miesięcznym. Autobus zawalony ludźmi po brzegi a ja szukam biletu wśród miliona kart w portfelu. Karta do bankomatu? Nie. Karta biblioteczna? Nie. Karta clubcard? Nie. Karta upoważniająca do posiadania karty? Nie.

Aha, jest. Kanar pyknął coś w swoim urządzeniu i wszystko gra. Trzeba jeszcze przed pracą zajść do banku. Kolejka nieduża, siadam przy stoliku elegancko ubranej pani i mówię o swojej sprawie. Wszystko da się załatwić ale mam przeciągnąć swoją kartę w jakimś czytniku. Ok., ten kawałek plastiku już widziałem więc szybko znalazłem. Pudło, nie o to chodziło, ponoć mam jeszcze jedną wydaną 5 lat temu. Szukamy ponownie…

Faktycznie, jest. Przeciągam więc i pewien swego rozsiadam się wygodnie na fotelu czekając na załatwienie sprawy przez pracownicę banku. Nie czas na odpoczynek, trzeba podać PIN.

PIN? Spoko, przelatuję wszystkie PINy w pamięci. PIN do bankomatu? Nie. PIN do karty kredytowej? Nie. PIN do babcinej karty? Nie. Sprawdzam jeszcze telefon bo choć to nierozsądne, zapisuję tam ważne numerki pod odpowiednimi kryptonimami. Niestety, brak. Oznajmiam więc grzecznie, że nie mam PINu do karty, której istnienia nawet nie byłem świadomy. Oczywiście nie ma problemu, podałem dowód osobisty i pani szybko znalazła mnie w komputerze. Te karty to naprawdę super ułatwienie!

Przychodzę do pracy. Aby dostać się na salę muszę otworzyć drzwi. Nie, nie klamką człowieku – kartą. Więc przewalam znowu cały portfel. W pracy na szczęście nikt mnie o  kolejną kartę nie pyta. Po robocie trzeba zrobić zakupy. Płacę kartą. Idę do biblioteki i nie dostanę cholernej, zarezerwowanej książki póki nie pokaże kolejnej karty.

Zanim wrócę chyba muszę zadzwonić do dziewczyny z pytaniem czy nic się nie zmieniło i nie muszę mieć do niej karty gdybym chciał ją rozebrać. Może konieczne będzie wysłanie prośby o autoryzację transakcji do rodziców.

Telefony komórkowe

Wiecie jaka mała rzecz jest szczególnie wkurzająca? Telefon komórkowy. Tak jest, to niewielkie dziadostwo potrafi naprawdę napsuć krwi i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Ważny egzamin, wszyscy podenerwowani, totalna cisza na sali przerywana jedynie stukaniem kropli potu z czoła spadających na blaty stołów. Wtem z mojej kieszeni dziarsko odzywa się krótki sygnał „tidudidum”. Wszyscy patrzą na mnie, doktor podnosi głowę znad gazety i tylko niewiarygodne szczęście pozwala mi przetrwać ten incydent bez wyrzucenia z egzaminu. Wyciągam komórkę z kieszeni.

– Co jest telefonie, przecież cię wyciszyłem.

– LOL, bateria padnie za 3 dni. Musiałem to powiedzieć.

Inna historia jest z budzeniem. Mój sramtfon wyposażony jest w supernowoczesną funkcję budzika, która w sumie też działa jak chce. Poniedziałek, wtorek, do soboty wszystko działa elegancko i  7.15 rozbrzmiewa melodyjka z „Dextera” co mnie podrywa na nogi. Nadchodzi niedziela a budzik znów drze się na całą wioskę o standardowej godzinie.

– Telefonie, czy nie nastawiłem cie na budzenie codziennie oprócz niedzieli?

– Ups, sry.

Znów wszystko działa w porządku przez kolejny miesiąc, dwa aż pewnego dnia przebudzam się w nocy, sięgam po komórkę by sprawdzić ile jeszcze snu mi zostało. 9:00 na wyświetlaczu.

– WTF, dlaczego nie zadzwoniłeś?!

– LOL.

Wolny dzień, spokój, nikt nie dzwoni i nie przychodzą SMSy. Zapomniała o mnie mama, dziewczyna, szef a nawet Orange. Całkowicie rozluźniony udaję się do toalety za fizjologiczną potrzebą, rozsiadam się wygodnie, otwieram krzyżówkę…

– EJ, KTOŚ DZWONI! EJ, SZYBKO! NO RUSZŻE SIĘ!

Wyjście do baru za przyzwoleniem dziewczyny, wszystko kulturalnie, rozmowy, piwo muzyka. Wiedziałem, że telefon nie ma na full baterii ale przyzwyczaił mnie do tego, że na jednej kresce ciągnie kilka dni. Blisko północy dostaję SMSa od lubej, trzeba odpisać szczególnie, że sytuacja jest pod kontrolą. Wtem moim oczom ukazuje się zupełnie czarny ekran i mimo wduszania czerwonego przycisku komórka nie startuje.

– Co z tobą? Zawsze działałeś dłużej!

– Ta… Branoc.

Sytuacja z goła odwrotna, ten sam bar ale już późno, zbyt dużo alkoholu i zbyt mało rozmów więc ze wszystkiego pamiętam tylko jedno, dwa, góra osiem pierwszych piw. Budzę się z samego rana w niedzielę i włączam familiadę by zaraz od niechcenia sprawdzić telefon. A tam milion wysłanych  SMSów, do wszystkich znajomych, kobiet, mężczyzn, psów, kotów i tylko papieża brakuje. W większości o treści: „Seeeema, cotem slyhac woosaa? +])”.

– Telefonie, ja tego nie pisałem!

– Jasne, sam napisałem… <trollface>

Zrobiłem co zrobiłem więc trzeba odkupić winy. Znajomi jakoś przeżyją ale dziewczyna będzie się złościć kolejny kwartał. Produkuję więc pięknego SMSa do wybranki, włączam tryb mickiewiczowski, czuję wenę i jakbym tworzył dzieło stulecia. Dodaję też szczyptę (albo i cały worek) pikanterii, zawsze działa. Gotowe! Wybieram numer z listy… Jasne, telefon się zawiesił. Spokojnie czekam. Ok., już w porządku, wybieram więc numer dziewczyny, zatwierdzam  i nagle komórka przeskakuje na kontakt oznaczony jako „mama”. Oczywiście wiadomość poszła.

– Telefonie… dlaczego?

– Why? Because fuck you, that’s why!

– …

– No co ty, stary. Nie denerwuj się, to tylko żarty. Nie, nie o ścianę! Nieeeee!!!