Johnny Bravo

Kilka dni temu, jadąc mą ukochaną linią 64 poznałem pewną dziewczynę. Przez kilka minut nieśmiało zerkałem w jej stronę utwierdzając się w przekonaniu, iż jest wprost śliczna. Na kolanach trzymała czarną torbę naszpikowaną przypinkami, w większości z postaciami z jakiegoś anime czy mangi. Na jednej z nich widniał japoński znaczek i to była szansa dla mnie. Zapytałem co oznacza ten napis. Odpowiedziała miło, choć lakonicznie a ja nie odpuszczałem i drążyłem temat języka japońskiego. Rozmowa dobrze się układała, Marta (bo tak jej było na imię) okazała się być inteligentną, ciekawą osobą. Gadaliśmy o różnych, niezobowiązujących rzeczach a słowa zazębiały się idealnie przy każdym zdaniu. Okazało się, że wysiadaliśmy na tym samym przystanku więc zaproponowałem, że odprowadzę ją do domu. Zgodziła się,  kontynuowaliśmy pogawędkę a ja starałem się być elokwentny jak Krzysztof Ibisz w studiu Polsatu. Pożegnaliśmy się przed jej bramą, wymieniliśmy numerami i teraz codziennie piszemy kilkadziesiąt SMS-ów a przy pierwszej, wolnej chwili planujemy ponowne spotkanie.

Żartuję. Faktycznie, jechała przy mnie taka dziewczyna, którą nazwałem „Martą” bo mi to imię do niej pasowało. Sęk w tym, że na tej wspólnej jeździe się skończyło a ja nie odezwałem się do niej ani słowem. Za to, opracowałem perfekcyjnie wizję przyszłości, która ziściłaby się gdybym zdołał wybąkać choć zwykłe „cześć”. Niestety (biorąc pod uwagę mój pesymizm to raczej „na szczęście”), ona wysiadła na swoim przystanku, tyle ją widziałem i mogłem swym wyobrażeniem podetrzeć sobie tyłek.

Jakież to frustrujące, przecież by mnie nie pogryzła. Ok., Johnny Depp nie jestem, raczej Danny DeVitto, ale może akurat trafiłbym na turpistkę i stworzylibyśmy piękny związek? Chrzanić jednak urodę, podejrzewam, że gdyby nawet udało mi się unieść leżący niczym kołek język, wycharczałbym coś w stylu: „Lubisz kartofle?”. W ogóle, co ja miałbym do zaoferowania? Ani domu, ani samochodu, ani nawet cienia perspektyw na lepsze życie. Mógłbym zabrać ją na piwo do lasu ale przecież by ją pogryzły komary.

Naprawdę, śmieszy mnie taka sytuacja i denerwuje zarazem. Ile mniej problemów by było gdybym tyle nie myślał. Im mniej połączeń nerwowych w mózgu tym człowiek jest szczęśliwszy i łatwiejsze ma życie. Wystarczyłoby spojrzeć na sprawę przez pryzmat samego siebie – jakby do mnie ktoś zagadał to przecież bym go nie wyśmiał. Więcej, żaden normalny człowiek by tak nie zrobił a osoby, które by się tego dopuściły i tak nie byłyby warte dalszej znajomości. Toteż ryzyko jest żadne. Dlaczego więc, tak trudno jest nawiązać kontakt z drugą osobą? Wszyscy robimy w życiu znacznie niebezpieczniejsze rzeczy, często bez mrugnięcia okiem.

Muszę brać piersiówkę do autobusu, przed każdym kursem walnę kolejkę i stanę się królem przegubu. Inaczej mógłbym jechać Koleją Transsyberyjską pełną modelek topless a i tak bym udawał, że tundra za oknem jest najbardziej zajmującym widokiem jaki w życiu miałem okazję oglądać.

Dodatek poza konkurencją:

Kolega z biurka obok dzwoni do klientki. Po kilkuminutowej rozmowie wycisza ją nagle i do mnie taki tekst: „fajna dupa z głosu”.

Ojczyznę kochać trzeba i szanować…

Kiedyś, na poważnie myślałem o wstąpieniu do wojska. Pomijając fakt, że absolutnie się do tego nie nadaję chęć zostania żołnierzem odeszła bezpowrotnie tylko dlatego, że nie jestem patriotą, nie kocham tego kraju i nie czuję respektu przed naszą historią. Za takie stwierdzenie na ulicy można dostać w lampę ale taka jest prawda.

Ci, którzy myślą, że w tej kwestii kieruję się jedynie czynnikami materialnymi, są w błędzie. Wiele jest osób wyjeżdżających za granicę by zarabiać lepiej niż w Polsce przy czym z pogardą odnoszą się oni do ojczyzny i rodaków. Logicznie rzecz biorąc, mają nieco racji bo ciężko się kocha kraj, który nie zapewnia podstawowych środków do życia. Mimo to, tak wielu jest u nas patriotów, którzy za Orła Białego oddaliby życie. A ja nie, gdyby wybuchła wojna byłbym pierwszym kandydatem do ucieczki. Tchórz, co? Nie, nie jestem aż takim tchórzem, potrafię się zebrać w sobie gdy mi na czymś zależy.

Do tych rzeczy nie zaliczam pieniędzy, ropy czy gazu, którymi napompowane są wszystkie zbrojne konflikty w najnowszej historii świata. Nie kocham też ludzi żyjących w kraju nad Wisłą. Są tacy sami jak ci po drugiej stronie barykady. Przypadkowo urodziłem się na Podlasiu i tylko dlatego powinienem pogardzać tymi, którzy przyszli na świat poza, ustaloną przez jakiś ważniaków granicą? Mam strzelać do nich bo są gorszymi istotami niż ja? Mam zabierać im ich dobra aby nakarmić ludzi po mojej stronie, skoro jest wśród nich wielu niezasługujących na krztynę szacunku?

Polacy mają ogromną tendencję do idealizowania swojej historii. Uważamy się za zbawicieli świata, za wybrany naród pozostający niedocenionym przez innych. Nie chcę bronić zbrodniarzy wojennych i nie neguję faktu, że Polacy wycierpieli wiele, nie można zapomnieć jednak o tym, że my też mordowaliśmy. My też wszczynaliśmy wojny, paliliśmy wsie, zabijaliśmy, gwałciliśmy, kradliśmy. O tym w podręcznikach się nie pisze ale Ukraińcy czy Litwini mają swoje powody by nas nienawidzić.

Przykro mi, nie wierzę w wielkie, ponadmaterialne wartości przy konfliktach. Zawsze chodzi o władzę, kasę, respekt. Za to jednak nikt nie będzie umierał. Za flagę i godło oczywiście, do tego trzeba jeszcze dokleić odpowiednią propagandę mówiącą o naszej nieskazitelności i okrucieństwie wroga. Motłoch się napala, łapie za karabiny a gruby facet z cygarem w gębie już liczy ile zarobi na życiu każdego z nich.

Chętnie napiję się wódki z Polakami, wina z Francuzami, sake z Japończykami. Nikogo z nich nie chcę zabijać i tego samego oczekiwałbym po nich. Nie jestem głupi, utopii nie ma i nie wszyscy myślą tak samo jak ja. Wielu nabiera się na puste hasła głoszone przez polityków i chętnie odrąbie mi głowę tylko dlatego, że moje nazwisko kończy się na „ski”. Jeżeli nie będzie wyboru, wezmę narzędzie do zabijania, które mi wcisną. Lecz na pewno nie będę umierał z miłości do ojczyzny a z samolubnego poczucia zagrożenia, ubolewając nad tym, że są jeszcze ludzie chcący mordować za kolory na fladze. Na tym polega wojna

War. War never changes.

Kawa czy herbata?

Nie było jeszcze w mym życiu takiego dnia bym poranek witał z radością. Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że nie ma nic gorszego niż wschód słońca tak bardzo lubiany przez fotografów i malarzy. Pytam się, jak można uwieczniać widok, który jeżeli już się go ogląda to oznacza, że zaraz trzeba iść do roboty?

Myślę, że nie chcielibyście mnie widzieć gdy wstaję o 4:30 by dotrzeć do pracy na 6:00. Daleki jestem od przeciągnięcia się w łóżku z pełnym uśmiechem, odsłonięcia zasłon by przywitać wstające słońce (chociaż o tej porze to raczej cienko z nim) oraz wyruszenia do kuchni po kromkę chleba z nutellą (że niby mam jeść o 4:30? Kolację czy śniadanie?). W zasadzie gdy zabrzmi mój budzik to zaraz otwieram oczy na oścież a w głowie kłębi się jedno pytanie: „dlaczego dzwonisz zanim jeszcze zdążyłem zasnąć”? W końcu przewalam się na plecy, szukam okularów bo ślepy jestem jak kret. Jak już wymacam je tam, gdzie najmniej się ich spodziewam (odkładanie ich wieczorem w to samo miejsce jest dla pedałów), siadam na łóżku i rozpoczynam poranną litanię. Wszystkie przekleństwa, jakie kiedykolwiek wymyślili mieszkańcy nadwiślańskiej ziemi (a nawet te zapożyczone) wypływają ze mnie niczym hymn z ust Edyty Górniak. Kontynuuję modlitwę w drodze do łazienki, do której zawsze idę przynajmniej dwa razy. To zębów nie umyję, to głowy nie wytrę, to się nie wyszczam, to po prostu sobie pójdę bo zapomniałem, że byłem. Gdy jednak dotrę do łazienki, przeklinam człowieka, który wymyślił lustra nad umywalką. No, ja przepraszam ale widok mego zaspanego ryja wcale nie nastraja mnie pozytywnie na resztę dnia. Żeby zobrazować jak się w zwierciadle prezentuję, wklejam to:

 Oh god why

Gdy zakończę myć wszystko, co akurat tego dnia śmierdzi, zwykle siadam na kiblu. Najczęściej nie mam ku temu fizjologicznego powodu, po prostu sobie posiedzę i pomyślę jak beznadziejne życie prowadzę. Później trzeba się ubrać. Jak ja mam nosić się modnie, gustownie i schludnie skoro rano, ostatnim czego chcę to grzebanie w szafie w poszukiwaniu pasującej do spodni koszulki? Więc biorę coś z niezastąpionego krzesła, gdzie leżą rzeczy brudne ale jeszcze nie do prania i obwąchuję to, co do czego mam wątpliwości, że wytrzyma ten dzień bez roznoszenia woni spleśniałego żula. Znowu sobie przysiadam, tym razem na niepościelonym łóżku. Słońce już wychodzi, toteż witam je radośnie niewykorzystanymi jeszcze wulgaryzmami, które przypomniałem sobie w łazience.

Dobra, idę chyba. Ziewnę sobie tylko i idę. Jeszcze tylko sprawdzę czy mam wszystko do pracy. Teraz to już naprawdę idę. A zamknąłem okno? A zakręciłem wodę? No przecież zakręciłem. Tylko zakluczę drzwi i lecę. Ale zakluczyłem je czy nie?

I wtedy tak naprawdę się budzę. Zanim zmuszę się do wyjścia, już jestem spóźniony na autobus i zapieprzam jak pies za suką mając nadzieję, że kierowca nie zrobi mi tego psikusa i nie przyjedzie pierwszy raz punktualnie.

Magistrze pigularzu

Czasami wydaje mi się, że najgorszym złem dla nas samych może być leczenie się. Oglądając telewizję czy surfując po Internecie można nieźle zgłupieć. Wszyscy dookoła trąbią, że w jedzeniu jest tyle chemii, giemo jakieś a toż to się nie godzi. Skoro tak wszystkim przeszkadza ta chemia to, powiedzcie mi, dlaczego na każdym rogu jest apteka?

Ludzie chorują, to niezaprzeczalny fakt. Podejrzewam jednak, że przemysł farmaceutyczny zarabia mniej więcej tyle samo na zdrowych jak i chorych. Gdyby tak iść za wszystkimi zaleceniami mądrych, młodych doktorek występujących w reklamach to musielibyśmy wychodzić z aptek z zapakowaną po brzegi torbą podróżną. Przecież trzeba kupić coś przeciwbólowego, coś na gardło, na gorączkę, na zgagę, na biegunkę, na ból brzucha, na wzmocnienie, na sen, na uspokojenie, na zimne stopy, na nadkwaśność. Czasami człowiek się skaleczy, trzeba wodę utlenioną, plaster, bandaż. Trzeba brać witaminy, trzeba brać magnez, trzeba pić tran. Wypadałoby zadbać o cerę, o włosy, o paznokcie, o zęby. Niedobrze też jakby się zaszło w ciążę, co dziewczyny? To jeszcze antykoncepcja. A jakby były wątpliwości to i w test trzeba się zaopatrzyć. Co z wami chłopaki? Praca tak stresująca, że nawet mały boi się wyściubić głowę. Więc kupmy viagrę jakąś. Narkotyki są, póki co nielegalne, więc trzeba sobie jakoś dopalić, wrzućmy do koszyka jeszcze coś na pamięć i koncentrację. A na weekend 2kc, co będziemy cierpieć. Jakby na imprezie wrócił nałóg nikotynowy to jeszcze jakieś plastry czy gumy.

Gdyby na miejsce każdego produktu wstawić jego uśrednioną cenę to wyszłaby naprawdę niezła sumka, jest o co walczyć. Bez ilu z tych produktów spokojnie obszedłby się człowiek? Podejrzewam, że jakby trzeba było to i bez wszystkich. Ciekawe czy zastanawiał się ktoś jakie szkody dla zdrowia może spowodować branie takiej ilości leków (lub, jak to się ludzie lubią oszukiwać – suplementów diety). Nie mam na ten temat żadnych dowodów, nie mam wyników badań lecz biorąc kwestię na chłopski rozum – jak zjesz garść, nieważne jakich tabletek to niemożliwy jest pozytywny efekt takiego czynu dla twojego zdrowia.

O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Chyba każdy się domyśla, jak widać farmaceutyka to naprawdę dochodowy biznes bo każdego coś czasami boli a ludzi jest całkiem sporo. Ponadto, ceny specyfików wcale nie maleją. Te, które przytoczyłem powyżej może nie kosztują fortuny, gdy bierze się je pojedynczo. Przypuśćmy, że statystyczny zjadacz chleba mimo zażywania superpigułek może wciąż na coś zachorować. Wtedy ceny niezbędnych leków najczęściej wzrastają, poza tym, i tak trzeba je kupić.

Gdyby wypuszczanie takiej ilości specyfików miało nas ochronić przed najróżniejszymi chorobami to połączono by to np. z darmowymi badaniami diagnostycznymi. A tych jest… jak na lekarstwo. Zresztą, gdyby produkt miał służyć tylko naszemu dobru to czy trzeba by reklamować go w tak nachalny i głupi sposób? Co tu dużo mówić, to czysty biznes a nasze zdrowie schodzi na co najmniej drugi plan.

Mój dom to moja twierdza

Codziennie, idąc ulicami mijamy setki jak nie tysiące domów i mieszkań. Zastanawialiście się kiedyś co robią w nich lokatorzy? Może jedzą obiad. Może grają w gry komputerowe. A może pijany mąż właśnie katuje swoją żonę.

Niestety, nikt nie może wiedzieć na pewno co robi sąsiad. Wszelkie oskarżenia, które pojawiają się w mediach po wielkich tragediach mówiące o tym, że sąsiedzi coś podejrzewali, na zawsze pozostaną tylko przypuszczeniami. Po prostu nie chcemy wierzyć, że za ścianą jest aż tak źle jak nam się wydaje. Wiadomo, zdarzają się przypadki, że małżeństwo trzyma zwłoki swoich dzieci w beczkach zamkniętych w szafie. Ale przecież nie u nas, prawda?

Myśl, że właśnie nas takie sytuacje nie dotyczą to całkowita ułuda. Miałem okazję przekonać się, że ładne domy, które widzimy na co dzień, w środku wcale nie są takie idealne. Oczywiście głównym bohaterem spektaklu jest niezmiennie alkohol. Tam gdzie jest źle, tam jest alkohol. W zasadzie nie przypominam sobie przypadku aby odwiedzić domostwo, w którym byłaby patologia i nie byłoby mowy o alkoholu. A co robią ludzie po kilku(dziesięciu) głębszych? Oj, uderzenie dziecka lub żony? Passe. Ale na przykład zgwałcenie pijanej piętnastolatki przez uczestników imprezy, która po wszystkim zaszła w ciąże nie wiedząc nawet z kim? Albo może wrzucenie chorego dziadka do piwnicy, gdzie przeleżał miesiąc bez jedzenia i picia, zasrany i zaszczany po pachy, a jego martwe ciało zaczął obrastać jakiś grzyb? Tak, to się dzieje i to nie gdzieś daleko, tylko zaraz obok. Zaręczam, że przejeżdżając przez miejscowości, w których miały miejsce te tragedie nie rozpoznalibyście domów będących ich świadkami.

Miałem do czynienia z takimi sprawami jedynie przez kilka miesięcy a czuję jakbym nagapił się na całe życie. Najgorszy nie jest jednak sam widok, chodzi o twarde zderzenie z rzeczywistością. Sam zawsze chciałem wierzyć, że dokumenty w telewizji naginają nieco fakty przedstawiając ludzkie tragedie w jaskrawszym świetle, by wzbudzić większą sensację. Jeżeli nawet to co pokazują byłoby prawdą, to przecież dzieje się gdzieś daleko, gdzieś tam… no nie wiem, na Śląsku. Niestety, zło podzielono wszędzie po równo.

Jak pisałem wcześniej, media zawsze pytają czy danej tragedii nie można by zapobiec gdyby sąsiedzi poinformowali na czas policję. Prawdopodobnie by się dało, trzeba jednak pamiętać że w przypadkach przeze mnie przytoczonych nie mówimy o zatęchłej, pijackiej melinie i rzeszy śmierdzących żuli o przełykach przeżartych denaturatem. To zwykłe mieszkania, zwykli ludzie w niebieskich dżinsach i bawełnianych koszulkach. Skrajne patologie oczywiście też istnieją ale najczęściej wiedzą o nich i okoliczni mieszkańcy i służby. W innych przypadkach, praktycznie nie ma szans domyśleć się co robi sąsiad za drzwiami.

Bo to przecież był zwykły człowiek. Nikt się tego po nim nie spodziewał.