Schizma

Gdzie okiem sięgnąć wszędzie są „oni”. „Oni” nas okradają, „oni” zabierają nam pracę „oni” są źródłem wszelkiego zła. Kim są ci „oni”? To wszyscy, którzy nie są „nami”.

Podziały były, są i będą. To moim zdaniem nieodzowna część istnienia każdego społeczeństwa. Wszystko zaczyna się już w piaskownicy, tam są chłopcy i dziewczynki i jeszcze się za bardzo nie lubią. W szkole są bogaci i biedni, kujony i nieuki, grubi i chudzi. Im człowiek doroślejszy tym bardziej zawęża mu się jego „my”. Identyfikuje się z konkretną subkulturą, uczelnią, profesją. Wyrabia sobie gusta, seksualne preferencje i zdania na wiele tematów. Zapominając zbyt często, że w bramkach, które odrzucił także są ludzie.

Staram się z całych sił zrozumieć w czym tkwi sens dzielenia ludzi. Czy to chęć przynależności do konkretnej grupy? Potrzeba wywyższenia się? Czy po prostu efekt kształtowania poglądów? Cokolwiek by to nie było, wkurza mnie, że ktoś stara się na siłę podzielić całe społeczeństwo bo jest to gwóźdź do trumny tego świata. Spójrzmy na to w ten sposób:

Jest sobie statystyczny obywatel, Polak. Podstawa jego kooperacji w grupie to męska solidarność. Nie lubi jednak przystojnych mężczyzn bo sam urodą szczególnie nie grzeszy. Ale on i ładni nie lubią bogatych bo sami mało zarabiają. I zamożni i biedni nie lubią polityków bo to złodzieje. I politycy i reszta społeczeństwa nie lubią Niemców bo kiedyś mordowali im babcie. Polacy i Niemcy nie lubią czarnych bo sami są biali. Biali i czarni nie lubią muzułmanów bo sami są wyznania katolickiego. Katolicy i muzułmanie nie lubią Żydów. Wszyscy nie lubią się nawzajem.

To taki skrócony schemat, nie napisałem tam nic czego byśmy nie znali. Wiecie czym się, według mnie różnią ci wszyscy ludzie? Niczym. Jakie do cholery znaczenie ma czy ktoś je więcej czy mniej, czy zarabia 1300 czy 13000, czy urodził się za czy przed Odrą (gdziekolwiek jest „za” a gdziekolwiek „przed”), czy jego skóra ma więcej czy mniej melatoniny, czy modli się raz na rok czy pięć razy dziennie? Choćbym nie wiem jak się zastanawiał, nie rozumiem istoty rasizmu. Człowiek to człowiek, myśli, czuje, kocha, ma marzenia i potrzeby. Więc dlaczego miałbym któregokolwiek nienawidzić jeśli nie zrobił mi nic złego?

A najlepsze jest to, że wszyscy ludzie są fizjologicznie równi. Wiadomo, kasa da ci komfort życia, piękne kobiety, prestiż. Takich też widziałem co sunęli pięknym samochodem by zatrzymać się na drzewie. Mózg na kierownicy zostaje tak samo w Mercedesie jak w Fiacie, rzadki kał tak samo brudzi tapicerkę (nie ważne czy wyszedł z czarnej czy białej dupy), lekarz stwierdza zgon tak samo, rodzina płacze tak samo a robaki wżerają się w gałki oczne u każdego tak samo. Ok., jak ktoś jest bogaty może sobie postawić lepszy nagrobek. Zaręczam jednak, że tak samo kasiastego jak i biednego gówno już obchodzi czy na głowie postawiono mu marmur czy drewno.

Wyliczając podziały, celowo na koniec zostawiłem religie. W podanym przeze mnie przykładzie wszystkim rządzi jeden bóg. Nie wchodząc w szczegóły czyj jest prawdziwy, o ile w ogóle istnieje. Lecz jeżeli nawet, to czyż naprawdę ktokolwiek myśli, że osoby wierzące w cokolwiek innego są dla niego wrogami? Kurna, on jest wszechmogący. Jakby chciał sobie zniszczyć muzułmanów to pierdnąłby jakąś lawą i spalił ich wszystkich a już na pewno nie robiłby ustawki katole vs. kebaby.

No, chyba, że go to bawi. W sumie mnie by bawiło…

Wydaje mi się, że to ludzie chcą wejść w rolę boga i posprzątać ten świat z tego co stworzył. Przez to nienawidzi się murzynów bo ich skóra narażona jest na większą ilość promieniowania słonecznego i potrzebuje więcej barwnika. Ponadto, zawsze trzeba znaleźć winnego swych niepowodzeń życiowych. Nie sądzę by czytały to osoby wyznające ideologię „white power”, lecz dobrze byłoby ich uświadomić, że to oni mają problem ze sobą i nie radzą sobie z własnym życiem. A nienawiść do innych ras to odskocznia od szarego istnienia, która pozwala wierzyć, że ktoś ponosi winy za ich krzywdy i błędne poczucie, że tego kogoś trzeba zniszczyć

Jest jeden podział, który toleruję – dobrzy i źli ludzie. Koniec.

Muzyka końca lata

Muzyka zawsze znaczyła dla mnie wiele. W pewnym momencie życia, była chyba nawet najważniejsza. Teraz także nie wyobrażam sobie istnienia bez niej lecz przez lata słuchania najróżniejszych zespołów i gatunków wykreowałem w myślach wiele skojarzeń z konkretnym układem dźwięków. Niestety, znaczna większość kojarzy mi się źle, niekiedy fatalnie a jest i jedna piosenka przy, której dostaję torsji.

Zastanówcie się – nie macie takich utworów? Nie chodzi tu o grane do kotleta chały, które przez wieki wałkowania w radiu przejadły się do tego stopnia, że nawet rybki w akwarium przewracają się do góry brzuchem gdy je usłyszą. Przypomnijcie sobie dobre chwile, kiedy byliście naprawdę szczęśliwi i towarzyszyła wam w tym momencie jakaś piosenka. A teraz puśćcie ją sobie. I jak, jelita przewalają się na drugą stronę?

Dziwne to, przecież powinniśmy uwielbiać te utwory, słuchać ich namiętnie by powrócić do starych czasów. Z tym, że te czasy już minęły i nie wrócą, nigdy nie będziemy się czuć tak jak wtedy i choć czeka na nas jeszcze wiele dobrych rzeczy to te przeżyte już nie przyjdą. Może o to chodzi? Może to tęsknota za czymś nieosiągalnym co przywołuje konkretny zlepek nut? Jako gatunek wcale nie mamy jakiegoś świetnego słuchu a jednak pewne piosenki zapadają w pamięć na tyle, że przy ich słuchaniu przychodzi ochota by pociąć się szarym mydłem.

Najgorzej gdy taka piosenka zapodzieje się gdzieś w pamięci telefonu i ni z tego, ni z owego wyleci ze słuchawek w samochodzie/autobusie/pociągu. Tryb „smutny film” zostaje uruchomiony, przez kilka minut gdy słyszymy znajome dźwięki i patrzymy na uciekające drzewa czujemy się jak bohater filmu, który właśnie opuszcza swą ukochaną wyjeżdżając do Kanady (nie wiem czemu tam, wszyscy w filmach wyjeżdżają do Kanady).

A może tylko ja tak mam, może mam przeczulone uszy. Bo zdjęcia mogę oglądać, nie ruszają mnie choćbym zobaczył tam nagą miłość mego życia. Pewnie dlatego, że moja ręka na co dzień  jest naga! <ba dum tss>

I krótka lista moich ulubionych, znienawidzonych utworów, którymi żołnierze wroga mogą mnie katować gdy dostanę się do niewoli.

  1. „Miłość w czasach popkultury” Myslovitz
  2. “Another brick In the wall part. 2” Pink Floyd
  3. “Zombie” The Cranberries
  4. “Eat you alive” Limp Bizkit
  5. “Jest super” T.love
  6. “You know you’re right” Nirvana
  7. “Ot tak” Bongo Jerusalem
  8. “Jak umierają ptaki” Plateau
  9. “Lux aeterna” Clint Mansell
  10. „To gówno, co leciało na studniówce gdy tańczyłem walca” Jakiś Kolo

Podejrzewam, że mógłbym napisać jeszcze z 50 kolejnych. Jak sądzę, wy też

Dlaczego nie piszę bloga o modzie

Oddychaj. Spokojnie, oddychaj. To nic trudnego, wejdę tam, chwycę buty, zapłacę i daję nogę.

Stoję przed rozsuwanymi drzwiami, wpatrzony w tłum przewijający się między półkami sklepu obuwniczego. Rozglądam się uważnie, badam każdy zakamarek. Kasa tutaj, dalej wolna przestrzeń, buty damskie tam. Ok., męskie będą z tej strony. Trzeba przedrzeć się przez dwie, trzy alejki. Całość patrolują trzy sprzedawczynie, młode kobiety z przyklejonym do twarzy uśmiechem. Będzie ciężko.

W końcu wychwytuję idealny moment. Kasjerka szuka czegoś pod ladą, dziewczyny z sali poszły w inny kąt sklepu. Teraz! Wpadam do środka niczym Rambo do Wietnamu, co sił w nogach biegnę w kierunku pierwszego regału zastawionego buciorami. Szlag, kasjerka się podnosi! Niewiele myśląc rzucam się przed siebie i zgrabnym fikołkiem kończę bieg. Przylegam plecami do półek dysząc jak zaganiany pies. Nie ma czasu, zaraz nadejdą tamte. Szybko zerkam na oznaczenia. Męskie prosto, przy przeciwległej ścianie. To znaczy, że trzeba przejść do końca sklepu przecinając trzy alejki. Niewykonalne!

Na palcach, niczym rasowy złodziej choć wcale nie chcę niczego ukraść, docieram do końca korytarza i delikatnie zaglądam  za regał. Stoją dwie, około pięciu metrów ode mnie. Jedna pomaga przymierzyć but jakiejś grubej babie a druga lustruje wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Wyczuwa mnie, widzę to po niej, widzę jak drga jej nos a kły lśnią w blasku jarzeniówek. Zdejmuję  z regału pantofel i ciskam nim w kierunku, z którego nadszedłem. Sprzedawczyni niczym spuszczony z łańcucha chart rzuca się tę stronę. Wykorzystuję moment i przebiegam przez skrzyżowanie.

Teraz już nie mogę się zatrzymać! Cała naprzód i byle dostać te buty. Zanim sprzedawczyni za mną orientuje się skąd nadleciał pantofel jestem już alejkę dalej. Prę jak szalony mijając wszelkiej barwy i maści obuwie, strącam niechcący kilka kartonów ale to mnie nie zatrzyma. Przyśpieszam jeszcze słysząc pościg za sobą. Zerkam przez ramię i dostrzegam dwie blondyny w krótkich spódniczkach w szaleńczym pościgu za mną.

Czuję jak ginie mi oddech, mięśnie pracują jak szalone. Lecz wreszcie są! To te buty! Nieważne jakiej firmy, byle niedrogie i brązowe. Przyśpieszam, choć zaraz wyzionę ducha. Rozmiar 43 na opakowaniu! Tak!

Jeszcze tylko kilka kroków. Czuję tryumf, wiem, że gdy dopadnę kartonu nikt już nie będzie mnie ścigał. To koniec, zaraz dosięgnę butów i koszmar się skończy.

Wtem jak spod ziemi wyrasta przede mną sprzedawczyni o wyglądzie… statystycznej sprzedawczyni z obuwniczego. Hamuję z piskiem, czuję jak serce podchodzi mi do gardła. Za mną niosą się oddechy kolejnych kobiet. To koniec, przegrałem. Cofam się w kierunku ściany, osaczony niczym królik w czasie polowania. Gdy zbliża się do mnie jedna ze sprzedawczyń kręcę głową i cicho błagam o litość. Lecz ona jest niewzruszona i gdy jest już wystarczająco blisko mego skulonego w kącie ciała, pyta:

– Czy mogę w czymś pomóc?

– Nieeeeuuuuueeee!!!

-Proszę pana…

– Yyy… Nie. Znaczy, nie dziękuję.