I hate myself and I want to die

Cierpię. Tak bardzo. Odchodzą dni. Trzeba wynosić śmieci. To takie trudne. Rodzice nic nie rozumieją. Chcę umrzeć. Kochałam go. Tak strasznie kochałam. Na świecie nie ma miłości. Potnę się deską klozetową.

Coś mnie tknęło by przejrzeć  blogi na blog.pl, dokładnie te o tematyce „życia”. Zajęło mi to może pół godziny a od znalezionych pierdół mało mózg mi nie pękł. Pomijając fakt dość nędznej wartości stylistycznej blogów strasznie denerwowała mnie ich monotematyczność. 95% z nich traktuje o ciężkim życiu twórcy, który jako jedyny został pokalany przez Boga okropnym, bolesnym żywotem bez nadziei na lepsze jutro. Halo, tu ziemia! Nikt nie mówił, że będzie łatwo, kopy w dupę są w pakiecie a umowa jest dozgonna. Gdyby każdy tak się nad sobą użalał to ludzie spadaliby z dachów częściej niż liście z drzew.

Autorzy mają szczególną tendencję do opisywania swoich zawodów miłosnych. Trudna to sprawa, nie przeczę, lecz naprawdę wierzysz piętnastoletnia dziewczyno, iż blondyn z 3B to twój wymarzony rycerz na białym koniu?  Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi z czego około połowa to faceci więc masz całkiem spory wybór. Młodzieży można wybaczyć, sam byłem kiedyś takim pedziem (nawet oczy zdarzało mi się malować) więc wiem, że z wiekiem człowiek mądrzeje. Niestety, nie wszystkich się to tyczy. Wiele notek o niespełnionych uczuciach wystukanych zostało przez dorosłych ludzi. Mroczny blog, tak bardzo czarny, z czerwoną, rozlaną czcionką opatrzony zdjęciem upadłego anioła siedzącego nad jeziorem oblanym księżycowym blaskiem. I ten styl. Pisania. Krótkie zdania. Tak cierpię. Że. Nie mogę. Pisać dłuższych. Dojrzali ludzie powinni stawiać czoła problemom lub iść do psychologa jeśli sobie nie radzą (chociaż tak patrzę, że wielu z nich już korzysta z jego usług i uznaje tenże fakt za idealny do pochwalenia się w kolejnej notce). Zamiast rozpaczać po pięknej, tajemniczej M. (pisanie całych imion jest dla lamusów), która najpewniej bryka już po jakimś innym facecie wyjdź i poszukaj prawdziwej miłości jeśli tak bardzo jest ci do szczęścia potrzebna.

Daleki jestem od zakazywania ludziom pisania o swych problemach, sam przecież nie serwuję wyniosłych treści. Interesuje mnie jedynie czy wy naprawdę jesteście aż tacy smutni czy to Internet rzuca się ludziom na mózg? Ja również nie leżę z drinkiem w dłoni na Majorce a cycaste blondynki jakoś nie chcą masować mych obolałych pleców. Choruję, pracuję, przeżywam miłosne rozterki i sporadycznie umrze mi ktoś z rodziny. Mimo wszystko nie płaczę po nocach, nie psioczę na swe życie a na pewno nie muszę komunikować o swych zmartwieniach całemu światu. Wiecie dlaczego tego nie robię? Bo świat ma moje problemy tak głęboko w dupie, że nawet Łysy z Brazzers tam nie sięgnie.

Ona tańczy dla mnie

Wreszcie się przełamałem. Odstawiłem swe nudne, piątkowe zwyczaje i po pięciu (!) latach posuchy wybrałem się na typową, miejską imprezę. Wiecie, dziwki, koks i balety. Muszę stwierdzić, że… nigdy więcej.

Ok., jestem lamą, w pełni sobie to uświadomiłem i nawet zaakceptowałem. Mimo wszystko dałem namówić się na wypad w miasto, głównie by przypomnieć sobie dlaczego stronię od tego typu, wątpliwych rozrywek. Było standardowo, kupa alkoholu, jakieś bliżej niezidentyfikowane substancje odurzające oraz wataha głośnych ludzi. Wszystko oczywiście posypane dudniącą muzyką i feromonami.

Zaczęło się niewinnie, kilka piw w zawalonym poszukiwaczami przygód barze, sztywne rozmowy nie podtrute jeszcze etanolem. Z każdym kwadransem robiło się coraz dziwniej, coraz bardziej odpychająco. Ludzie, których praktycznie nie znam i niekoniecznie chcę poznawać zmieniali zachowania jakby nabierali nowego życia. Jedni zamulali w kątach, inni gadali ze wszystkimi gośćmi w barze, co poniektórzy poczuli w sobie zew natury i szukali partnerów. Słaba ze mnie istota więc rzucali mną między sobą jakbym był wpuszczoną do flippera metalową kulką odbijającą się z donośnym „ping” od każdej przeszkody. Gdy zaczęły się totalnie głupie rozmowy oraz dziwaczne podteksty miałem w głowie genialny plan ucieczki z tego chorego miejsca. Powstrzymałem się jednak mówiąc sobie, że przecież tak normalni ludzie spędzają piątkowe wieczory więc musi być w tym coś ekscytującego.

Jak dla mnie za dużo trzeba wziąć by było. W barze zrobił się Sajgon, ochrona musiała uspokajać co bardziej nabuzowanych samców a kąty roiły się od ciał splecionych w karykaturalnych alkoholowo-miłosnych uściskach. Pomyślałem więc, że chyba za mało jeszcze wypiłem by mi się podobało. Idąc tym tokiem zamówiłem kilka kolejek i… udało się! Przez jakiś czas dobrze się bawiłem, opowiadałem niestworzone historie starając się by słowa brzmiały mniej więcej po polsku. Poznawałem nowych ludzi, wymieniałem poglądy, śmiałem się do rozpuku i byłem całkiem fajny. Nawet uległem pokusie pójścia na „balety”. Zupełny pinball…

Pech chciał, że noc była dość chłodna i głodna. Zjedliśmy po drodze jakieś szybkie żarcie (choć niektórzy poszli  w zupełnie przeciwnym kierunku) i przewietrzyliśmy się nielicho. Sporo sił straciłem wyciągając koleżankę z rowu, który stał się jej wymarzonym, królewskim łożem. Dzięki temu wytrzeźwiałem na tyle by wrócił mój ponury, nerd’owski charakter. Od progu kolorowego klubu uderzyła mnie wspaniała, tępa jak mój dowcip muzyka. Choć nie bawię się na tego typu imprezach, nie mam telewizora a radia nie słucham wszystkie kawałki zdawały się być znajome. Bum bum bum bum – zium zium zium zium – kawałek tekstu śpiewany przez Smerfetkę – bum bum bum bum itd. Co ciekawe, w lokalu byli miłośnicy wszelkich gatunków muzycznych a wszystkim się podobało. Ja także nie narzekałem, zamówiłem kolejnego drinka (góra siedem) i nabrałem ochoty by odnaleźć w tym miejscu przyszłą żonę. Typ dziewczyn, które krążyły po klubie mogę oglądać na monitorze ale na żywo wcale nie są tak atrakcyjne. Lecz co zrobić, w końcu jestem mężczyzną, one miały spódniczki ledwie zasłaniające tyłki i dekolty do kolan. Po kilku kolejkach udało mi się porozmawiać z jedną z przedstawicielek płci przeciwnej. Trafiłem idealnie! Ładna, miła i pijana na tyle bym się jej podobał. Co prawda, w pojedynku na inteligencję pokonałby ją kuchenny stół ale nie można mieć wszystkiego. Potańczyłem, poświrowałem pawiana, alkohol w głowie zawirował i wreszcie, gdy sprzedawczynie z Żabki wychodziły do pracy udało mi się to na co nie mogłem zdobyć się przez całą noc…

Wyszedłem nie żegnając się ze znajomymi i spokojnym spacerkiem wróciłem do mieszkania. Wstałem po południu ze wszystkimi rodzajami psychicznego czy fizycznego kaca i wspominając nocne ekscesy z niedowierzaniem kręciłem obolałą głową. Jedynie picie alkoholu mnie bawiło a to przecież mogę robić w domowym zaciszu. Lecz nie tędy droga, prawda? Po prostu imprezowanie to nie mój styl i absolutnie brak we mnie zainteresowania powtórką. Liczę, że za pięć kolejnych lat będę już zbyt stary na takie eksperymenty i w spokoju zdziadzieję. Następny zaś piątek znów będzie mój – czteropak piwa i laptop. Przepraszam tradycjo, że cię zaniedbałem.

Mamuśki

Kobieta ustrojona w dres opięty na grubych udach, ściskająca papierosa krwistoczerwonymi, mięsistymi ustami pcha przed sobą wózek z dzieckiem. Obok niej spaceruje klon, jedynie kolor dresu inny. Przez płacz brzdąców przedziera się naszpikowana przekleństwami niczym keks bakaliami rozmowa o wczorajszej imprezie. Mamuśki wyszły na spacer.

Gdzie się podziały mamy? Czy teraz rozmnażają się tylko tępe strzały, których największym osiągnięciem życiowym jest rozłożenie nóg na imprezie? Kobiety tego sortu zachodzą w ciążę najczęściej z równymi intelektualnie facetami zaś widok mamuśki i łysego tatuśka z piwem w łapie to już koszmar totalny. Dziękuję bardzo za wyprodukowanie kolejnego Polaka ale nie mogę powstrzymać się przed współczuciem dla malca, który ma takich rodziców.

Rozumiem, że nie każdy musi należeć do Mensy lecz wypadałoby jakikolwiek poziom prezentować. Mamuśki jedyne co potrafią to wrzeszczeć na dzieci, które naśladując rodzicielkę wykorzystują tę samą metodę. Tak zaczyna się wojna na krzyki kończąca się gdy mamuśka zostawi dziecko samo sobie by te darło się jeszcze głośniej. Naoglądała się Superniani i stosuje technikę ignorancji. Bardzo mądre lecz jakże nieskuteczne w autobusie i zarazem niekomfortowe dla współpasażerów. Czego oczekiwać po osobie, która w rozmowie z własnym potomkiem używa słów wulgarnych.

W końcu rodzinka wysiądzie z autobusu, mamuśka szarpiąc bachora za rękę podąży na plac zabaw. Tam spotka koleżankę, z takim samym jak ona tępym wyrazem twarzy, ostrym makijażem ale z przetłuszczonymi włosami i w starych, powyciąganych ciuchach. Frajer się złapał to po co się stroić. Usiądą we dwie wypuszczając dziatki na popas do piaskownicy po czym spalą paczkę papierosów buchając dymem na bawiące się obok podrostki. Tak spędzą dzień, dzieci sobie a one sobie. Lecz przecież opiekują się młodymi, potrzebują wsparcia wszystkich obywateli bo tak im zajebiście ciężko.

A co powiedzą prawdziwe mamy, które realizując się zawodowo zadbają o dom i rodzinę? Takie też wciąż są, to inteligentne, choć niekoniecznie po fakultetach kobiety. Znajdą czas by zadbać o siebie, ubrać się gustownie i nie zapomnieć o higienie. One dzieci wychowają a nie wyhodują. Niestety, mamy są już na wymarciu bo co wyjrzę za okno przybywa tylko dresów.