Ona tańczy dla mnie

Wreszcie się przełamałem. Odstawiłem swe nudne, piątkowe zwyczaje i po pięciu (!) latach posuchy wybrałem się na typową, miejską imprezę. Wiecie, dziwki, koks i balety. Muszę stwierdzić, że… nigdy więcej.

Ok., jestem lamą, w pełni sobie to uświadomiłem i nawet zaakceptowałem. Mimo wszystko dałem namówić się na wypad w miasto, głównie by przypomnieć sobie dlaczego stronię od tego typu, wątpliwych rozrywek. Było standardowo, kupa alkoholu, jakieś bliżej niezidentyfikowane substancje odurzające oraz wataha głośnych ludzi. Wszystko oczywiście posypane dudniącą muzyką i feromonami.

Zaczęło się niewinnie, kilka piw w zawalonym poszukiwaczami przygód barze, sztywne rozmowy nie podtrute jeszcze etanolem. Z każdym kwadransem robiło się coraz dziwniej, coraz bardziej odpychająco. Ludzie, których praktycznie nie znam i niekoniecznie chcę poznawać zmieniali zachowania jakby nabierali nowego życia. Jedni zamulali w kątach, inni gadali ze wszystkimi gośćmi w barze, co poniektórzy poczuli w sobie zew natury i szukali partnerów. Słaba ze mnie istota więc rzucali mną między sobą jakbym był wpuszczoną do flippera metalową kulką odbijającą się z donośnym „ping” od każdej przeszkody. Gdy zaczęły się totalnie głupie rozmowy oraz dziwaczne podteksty miałem w głowie genialny plan ucieczki z tego chorego miejsca. Powstrzymałem się jednak mówiąc sobie, że przecież tak normalni ludzie spędzają piątkowe wieczory więc musi być w tym coś ekscytującego.

Jak dla mnie za dużo trzeba wziąć by było. W barze zrobił się Sajgon, ochrona musiała uspokajać co bardziej nabuzowanych samców a kąty roiły się od ciał splecionych w karykaturalnych alkoholowo-miłosnych uściskach. Pomyślałem więc, że chyba za mało jeszcze wypiłem by mi się podobało. Idąc tym tokiem zamówiłem kilka kolejek i… udało się! Przez jakiś czas dobrze się bawiłem, opowiadałem niestworzone historie starając się by słowa brzmiały mniej więcej po polsku. Poznawałem nowych ludzi, wymieniałem poglądy, śmiałem się do rozpuku i byłem całkiem fajny. Nawet uległem pokusie pójścia na „balety”. Zupełny pinball…

Pech chciał, że noc była dość chłodna i głodna. Zjedliśmy po drodze jakieś szybkie żarcie (choć niektórzy poszli  w zupełnie przeciwnym kierunku) i przewietrzyliśmy się nielicho. Sporo sił straciłem wyciągając koleżankę z rowu, który stał się jej wymarzonym, królewskim łożem. Dzięki temu wytrzeźwiałem na tyle by wrócił mój ponury, nerd’owski charakter. Od progu kolorowego klubu uderzyła mnie wspaniała, tępa jak mój dowcip muzyka. Choć nie bawię się na tego typu imprezach, nie mam telewizora a radia nie słucham wszystkie kawałki zdawały się być znajome. Bum bum bum bum – zium zium zium zium – kawałek tekstu śpiewany przez Smerfetkę – bum bum bum bum itd. Co ciekawe, w lokalu byli miłośnicy wszelkich gatunków muzycznych a wszystkim się podobało. Ja także nie narzekałem, zamówiłem kolejnego drinka (góra siedem) i nabrałem ochoty by odnaleźć w tym miejscu przyszłą żonę. Typ dziewczyn, które krążyły po klubie mogę oglądać na monitorze ale na żywo wcale nie są tak atrakcyjne. Lecz co zrobić, w końcu jestem mężczyzną, one miały spódniczki ledwie zasłaniające tyłki i dekolty do kolan. Po kilku kolejkach udało mi się porozmawiać z jedną z przedstawicielek płci przeciwnej. Trafiłem idealnie! Ładna, miła i pijana na tyle bym się jej podobał. Co prawda, w pojedynku na inteligencję pokonałby ją kuchenny stół ale nie można mieć wszystkiego. Potańczyłem, poświrowałem pawiana, alkohol w głowie zawirował i wreszcie, gdy sprzedawczynie z Żabki wychodziły do pracy udało mi się to na co nie mogłem zdobyć się przez całą noc…

Wyszedłem nie żegnając się ze znajomymi i spokojnym spacerkiem wróciłem do mieszkania. Wstałem po południu ze wszystkimi rodzajami psychicznego czy fizycznego kaca i wspominając nocne ekscesy z niedowierzaniem kręciłem obolałą głową. Jedynie picie alkoholu mnie bawiło a to przecież mogę robić w domowym zaciszu. Lecz nie tędy droga, prawda? Po prostu imprezowanie to nie mój styl i absolutnie brak we mnie zainteresowania powtórką. Liczę, że za pięć kolejnych lat będę już zbyt stary na takie eksperymenty i w spokoju zdziadzieję. Następny zaś piątek znów będzie mój – czteropak piwa i laptop. Przepraszam tradycjo, że cię zaniedbałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *