A imię jego czterdzieści i cztery

Niektórym to już od urodzenia wiatr w oczy. Rodziców się nie wybiera ale naprawdę szkoda mi ludzi, których starsi skrzywdzili na samym starcie. Bynajmniej nie chodzi o warunki materialne, dostęp do edukacji czy klocków Lego. Tym problemom musimy stawić czoła gdy już oberwiemy pierwszy raz czyli dostaniemy imię.

Mnie się jeszcze całkiem udało, na szczęście moi rodzice nie napili się za bardzo na pępkowych i nadali mi normalne imię. Ok., może żydowskie ale całkiem powszechne więc nie mam co narzekać (brat dla kontrastu dostał niemieckie). Pomyślcie jak muszą czuć się osoby, którym się nie poszczęściło i matka przesadzała z trawką podczas ciąży czego skutkiem stały się imiona Alfons, Bazyli, Zygfryd, Bibiana, Dobrochna czy Hermenegilda nadane na chrzcie. Macie pretensje do starszych, że nie mają dla was kasy na nowe buty? Zewrzyjcie usta bo ojciec z matką mogli zrobić wam prawdziwą niespodziankę i zamiast Michałem czy Anią bylibyście Krzywosądem lub Jedwochą. Wiadomo, można sobie zmienić ale do osiemnastego roku życia byście łazili z takimi imionami. Potraficie sobie wyobrazić co młodzież w gimnazjum zrobiłaby z Krzywosądem? Nawet nauczyciele mieliby niezły ubaw.

Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy jak bardzo utrudniają potomstwu życie dając wydumane imiona, szczególnie tyczy się to kobiet. Niedawno w modzie były Esmeraldy, Rebeki, Dżesiki (jak to się do cholery pisze?) a teraz panny te wydoroślały i mają problem ze znalezieniem partnera. Poważnie, każdy facet, który usłyszy taki twór od razu postanowi się wycofać nie będąc pewnym, czy dziewczyna zdradziła mu prawdziwe imię czy pseudonim zawodowy.

Apeluję też do rodziców by zwracali uwagę jak imię współgra z nazwiskiem. Pracując na infolinii poznałem kilka kwiatków i czasami, gdy ktoś podawał swoje dane trzeba było się wyciszyć by nie zdradzić rozbawienia. Taki przykład – Zygfryd Chudy. Nie brzmi w sumie  źle dopóki pan nie przedstawi się najpierw nazwiskiem co daje nam Chudego Zygfryda. Oprócz tego, udało mi się poznać mężczyznę, którego rodzice byli trollami jeszcze zanim to stało się modne i ochrzczono go Krzysztof. Co w tym dziwnego? Hm… głównie to, że na nazwisko także miał Krzysztof czyli w efekcie był to Krzysztof Krzysztof (albo odwrotnie). Zupełnie inna bajka jest ze Ślązakami, zdążyłem się przyzwyczaić do Gertrud i Alojzych ale naprawdę rozbawił mnie Ginter Kuwaczka. W sumie nie znaczy to nic konkretnego ale… no proszę was.

Pamiętajmy również, że odpowiednie imię gwarantuje nam pewniejsze zatrudnienie. Na najlepszej pozycji są ludzie o imionach powszechnych – Stanisław, Mirosław, Danuta, Krystyna. Osoby te mogą podjąć zatrudnienie wszędzie – na budowie,  w szatni, w GSie jak też w telewizji czy w sądzie. Przyjmijmy jednak, że o posadę woźnego w szkole stara się Dawid. Czy widzieliście kiedyś aby jakiś woźny miał na imię Dawid? Oczywiście, że nie! Poważne instytucje mają swoje wymagania, cieciem może zostać Mirek, Wiesiek czy Gienek a nie jakiś Krystian, Przemysław czy Albert. Analogicznie, na poczcie zatrudnienia nie znajdzie Roksana a raczej Danuśka, Kryśka czy Jadźka. Cóż, nam, odrzuconym przez społeczeństwo pozostają te nędzne, kierownicze posady.

Odnośnie imion, pomyślcie ile szczęścia mieli co poniektórzy znani ludzie nie rodząc się w Polsce. Pamiętacie może takich piłkarzy jak Michael Owen czy David Seaman? Niegdyś stanowili oni trzon piłkarskiej reprezentacji Anglii lecz gdyby przyszli na świat w naszym pięknym kraju to nie dość, że na 99% kariery sportowej by nie zrobili to jeszcze nieźle mieliby przerąbane jako Michał Piekarnig i Dawid Marynarz. Ponadto, niektórzy ustanowiliby nowe trendy w nazwiskach – Michael Jackson jako Michał Jacka Syn czy George Washington jako Jerzy Mycie Tony.

Na koniec zdradzę jak nazwę w przyszłości własne dzieci. Chłopak chciałbym aby był Cezarym zaś dziewczynka… to większy problem. Ogólnie bardzo podoba mi się Agnieszka ale korci mnie by niegdyś namówić żonę na imię Iga. Pomyślicie pewnie, że głupio ale mnie przekonuje fakt, iż Iga brzmi prawie tak samo jak amerykańskie „nigger”. Jakbym wracał do domu to zawsze witałbym swoją córunię donośnym „Wassup Iga!”. Gdyby chciała się ze mną kłócić mógłbym zgasić ją prostym „Iga please, Iga please!”. Wręcz nie mogę się doczekać gdy przyniesie mi pierwszą szóstkę ze szkoły i skomentuję to „You’re one, crazy Iga!”. Już czuję patelnię wypuszczoną z dłoni przyszłej małżonki na swej potylicy ale co tam, można zaryzykować dla beki z własnego dziecka.

„Peace Iga!”

Lepiej bym strzelał ślepakami…

Magiczne słowa made in Poland

W każdym języku istnieją pewne magiczne słowa. Na pierwszy rzut ucha nie różnią się niczym od miliona innych lecz niosą za sobą ogromny bagaż emocjonalny. Polacy nie gęsi i swoje trzy magiczne słowa również mają.

Piszę notkę pod wpływem skeczu Joe Rogan’a, jednego z moich ulubionych artystów stand-up’owych. Opowiadał on o słowach nieobojętnych każdemu Amerykaninowi i rozśmieszając do łez zmusił mnie do refleksji. Pomyślałem, że nieświadomi niczego obywatele polscy posługują się na co dzień wyrazami, których znaczenia nie doceniają. Pierwsze słowo na pewno nie będzie niespodzianką, mało jest tak naładowanych wyrażeń jak zwykła, soczysta „kurwa”. Potęgę tejże zna każdy, przecież nie ma osoby, która choć raz nie użyłaby tego, bądź co bądź wulgaryzmu. Moim zdaniem, Polacy niewłaściwie posługują się „kurwą” spuszczając ją do rynsztoka bez świadomości obcowania z dobrem narodowym. Co roku rozpisuje się konkursy na hasło promujące nasz wspaniały kraj. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł by wkleić na plakat kilka ładnych krajobrazów, parę bocianów oraz tańczące dziewoje w strojach ludowych i zwieńczyć dzieło napisem „kurwa mać!”? Nie ma w tym kompletnie żadnego sensu ale obywatele innych państw od razu zrozumieją z czym mają do czynienia, nie trzeba nawet dodawać biało-czerwonej flagi. Niestety, wciąż boimy się „kurwy” a pomyślcie jak zmieniłoby nasze życie odpowiednie jej używanie. Dajmy na to, że dzwonicie do operatora sieci i pytacie czy jutro już będzie Internet. Odpowiedzą wam mniej więcej tak: „dokładamy wszelkich starań by usunąć usterkę i jutro znów będziecie mogli państwo korzystać z Internetu”. Pomyślicie pewnie: „Ok., czyli wejdę na fejsa najwcześniej w przyszłym tygodniu”. A gdyby konsultant odpowiedział „no kurwa, raczej, że będzie!”. Nie wiem jak was ale mnie to przekonuje.

Kolejne słowo to „Niemiec”. Przykro mi ale nie wyzbędziemy się tego prędko i nasi zachodni sąsiedzi jeszcze przez długi okres pozostaną tematem drażliwym. Podejrzewam, że ma na to wpływ wymordowanie przez nich znacznej części naszego narodu. Minęło co prawda sporo czasu ale słowo „Niemiec” wciąż pozostaje szorstkie i nie kojarzy się szczególnie dobrze choćbyśmy nie wiem ilu polityków wysyłali by przytulili się ze swymi odpowiednikami z RFN. Oczywiście wychodzą na wierzch nasze narodowe kompleksy, które musimy leczyć ciągłą walką z Germanami, mecz piłkarski Polska – Niemcy nie jest przecież zwykłą potyczką, w naszych głowach to zawsze Grunwald tylko bez koni. W zasadzie nieważne czy przegramy, sęk w tym by Niemcy nie wygrali.

Ostatnie słówko pozostawiam w stanie zastanym w skeczu Joe’go – „kocham”. Mimo całego zeszmacenia tego jakże pięknego wyrazu i nokautującego sprowadzenia go do „<” i „3” ono nadal pozostaje magiczne. Głównie dlatego, że dzięki niemu jeszcze się rozmnażamy. „Kocham” zastępuje nam całe mickiewiczowskie gówno, mężczyzna nie musi się męczyć z pisaniem poematów by zaimponować kobiecie bo i tak wyznacznikiem siły jego uczucia jest powiedzenie „kocham cię”. Czy to źle? Sam nie wiem, gdy jestem pijany zwykle lubię słowo „kocham”, łatwo je powiedzieć nawet po nastu piwach a błogosławione T9 rzadko je przekręca. Z drugiej strony, to mimo wszystko tylko słowo tak często rzucane na wiatr. Można kupować kobiecie kwiaty, zabierać ją do kina, okrywać płaszczem gdy wieje zimny wiatr i okazjonalnie pójść z nią do łóżka. Dopóki jednak nie wydusicie z siebie „kocham cię” jesteście poziom niżej w związku. Bo to do cholery trzeba mówić! Jak kobiety mają w nawyku wszystkiego się domyślać akurat tego jednego nie potrafią sobie dopowiedzieć. Czyż to nie magia?

Wrong

I was born with the wrong sign
In the wrong house
With the wrong ascendancy
I took the wrong road
That led to
The wrong tendencies
I was in the wrong place
At the wrong time
For the wrong reason
And the wrong rhyme
On the wrong day
Of the wrong week
Used the wrong method
With the wrong technique
Wrong
Wrong

There’s something wrong with me chemically
Something wrong with me inherently
The wrong mix
In the wrong genes
I reached the wrong ends
By the wrong means
It was the wrong plan
In the wrong hands
The wrong theory
For the wrong man
The wrong eyes
On the wrong prize
The wrong questions
With the wrong replies
Wrong
Wrong

I was marching to the wrong drum
With the wrong scum
Pissing out the wrong energy
Using all the wrong lines
And the wrong signs
With the wrong intensity
I was on the wrong page
Of the wrong book
With the wrong rendition
Of the wrong look
With the wrong moon
Every wrong night
With the wrong tune playing
Till it sounded right, yeah

Wrong
Wrong
Too long

Wyjdziesz za mnie?

Coraz więcej moich rówieśników chwali się zdjęciami z własnych wesel. Jeszcze nie czuję presji społecznej ale widać gołym okiem, że powoli przejmujemy pałeczkę i przyjdzie nam chować przyszłe pokolenie. Bez urazy ale czarno to widzę.

Jak tak pomyślę o znanych mi dziewczynach (lub już kobietach) w wieku studenckim albo tuż po studenckim to z całym przekonaniem stwierdzam, iż żadnej nie wybrałbym na własną matkę. Z drugiej strony, z mężczyznami jest jeszcze gorzej, codziennie patrzę na siebie w lustrze więc wiem. Jako, że wyobraźnię mam niezwykle żywą to często widzę jej oczami fikcyjne związki, które sam dowolnie krzyżuję. Niestety, większość imaginacji kończy się wybuchem śmiechu, wizja mojego otoczenia w odpowiedzialnej roli rodziców i życiowych partnerów znacznie odbiega od tego co nazywa się tradycyjnym modelem rodziny.

Na podstawie znajomości lub wcześniejszych notek macie obraz mnie. Dobierzcie do Frustrata jakąkolwiek partnerkę losując z puli znanych wam kobiet. Wsadźcie nas teraz do mieszkania, ustawcie kojec i wrzućcie do niego niemowlaka. Naprawdę widzicie jak ustrojony w gajer wracam z pracy, całuję żonę zmywającą w kuchni naczynia po czym witam się z synkiem gaworzącym w swoim łóżeczku? Dla umysłowego odpoczynku wyobraźcie sobie mnie przed komputerem, z dupą w szerokich, dresowych spodniach popijającego piwo w akompaniamencie Skrillex’a i jego Reptile’s Theme. Łatwiej, prawda?

No kobiety, przyjmijcie, że jestem ojcem waszego dziecka. Fajnie, co? Będę z nim grał w Fallout’a, budował wieże w klocków Lego, pooglądamy mecze w telewizji krzycząc co raz donośne „kurwa” a czasami wyskoczymy z kumplami do pubu. Wychowam go na odpowiedzialnego i poważnego człowieka, takiego jak ja.

To jak, kiedy bierzemy się do roboty?

Let’s play a game

Gdzieś przy okazji wcześniejszych notek pisałem o moim zamiłowaniu do gier komputerowych, szczególnie cRPG. Jak to zwykle bywa, wszystko co przyjemne odkrywa w końcu swoje ciemne, denerwujące (lub niekiedy śmieszne) strony. Co też wnerwia mnie w światach pełnych potworów, lochów, magów gdzie uzbrojony po zęby możesz ratować ludzkość (i nie tylko) przed wysłannikami zła?

Na wstępie zaznaczam, iż zdaję sobie sprawę, że gra zawsze pozostanie tylko grą i niektóre jej elementy muszą być nielogiczne. Mimo to, dzisiejsze produkcje są na tyle rozbudowane, że można pozbawić je sporej części nieścisłości. Od kiedy zacząłem grać w cRPG dziwił mnie fakt wszechobecnego materializmu. Faktycznie, nie jest to duży błąd, w końcu w realnym świecie nie ma nic za darmo. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację: w jakimś zadupiaszczym miasteczku będącym celem ciągłych ataków sił ciemności pracuje uzdrowiciel. Pewnego wieczoru do jego pracowni wpada nasz bohater słaniając się na nogach po walce stoczonej z hordami szkieletów, zombie i cholera wie jeszcze czego. Zbroja uwalona krwią, pogięta i przypalona, na ciele herosa pełno wszelkiej maści ran. Odważny rycerz czołgając się do lady prosi uzdrowiciela o miksturę zdrowia (czerwoną, one zawsze są czerwone). Znudzony aptekarz wygląda zza kontuaru i mówi: „40 złotych monet”. Ups, bohaterowi skończyła się kasa. Trudno, niech ginie.

Na pewnym etapie gry pojawia się sytuacja odwrotna, jesteśmy na tyle zamożni, że bez szczególnego uszczerbku dla naszego budżetu możemy kupić pół świata. Przy tym mamy najpotężniejsze znane wszelkim rasom bronie i zbroje, które zwykle świecą magiczną aurą jak czarodziejskiemu psu jajca. Oczywiście dorabiamy się tego plądrując wszystko co się da i kogo się da. Znane są przypadki gier gdzie możemy wykraść kupcowi z kieszeni diamenty i mu je sprzedać więc samo bogacenie się nie jest trudne. Poza tym, nasz bohater to odważny i wygadany osobnik, bez kozery podbija do każdego po kolei pytając o pracę. W ogóle myśleliście kiedyś o tym? Koleś wpada ci do domu, rozgląda się i zaczyna zwykłą gadkę: jak się nazywasz, kim jesteś, skąd pochodzisz? To samo w sobie jest już dziwne. Zwykle po tym pyta o pracę, ot tak jakbyś był mobilnym pośredniakiem. Co śmieszniejsze, znaczna część wirtualnego społeczeństwa ma zlecenie dla dzielnego woja. Nieważne, iż znamy się 30 sekund, masz tu moją rodzinną biżuterię i dostarcz ją ciotce Margaret mieszkającej w mieście oddalonym o 300 kilometrów. Nie zapomnij przybiec tu z powrotem jak już wykonasz zadanie.

Poza zwykłą harówką dla paru monet, bohater ma również poważniejsze obowiązki –  w ogromnym skrócie, musi uratować żyjące istoty przed globalną apokalipsą. Przemierza więc świat zabijając złych ludzi, smoki, potwory czy wysłanników piekieł wybawiając przy tym wsie, miasta i całe państwa. Wbrew pozorom nie dodaje mu to szacunku, możesz sobie ocalić ludzkość i zostać władcą całego ludu. Spróbuj jednak ukraść jabłko z targu. Wszyscy twoi poddani będą cię ścigać po całym świecie dopóki nie dosięgnie cię ręka sprawiedliwości i nie odsiedzisz swojego w celi. Nie ma lekko, immunitet to tylko w Polsce.

Mimo to, niezależnie czy jesteś szlachcicem czy zwykłym chamem zawsze możesz taszczyć ze sobą cały arsenał – noże, kastety, obuchy, topory, pistolety, karabiny, wyrzutnie rakiet i miniatomówki (pozdrowienia dla tych co załapali, do której gry piję). Nikogo to oczywiście nie rusza, możesz prowadzić rozmowę ze stróżami prawa przystawiając im lufę do głowy. Notabene, nie tylko kieszonkowa zbrojownia nie dziwi ludzi, nikt nie broni ci biegać jak szalony w samych majtkach, skakać po murach, stołach, straganach, kucać, wstawać i tańczyć makarenę jeśli najdzie cię ochota. Wolny kraj, rób co chcesz i zgłoś się później do mnie bo mam szczury w piwnicy, które trzeba wytępić.

Pomyślicie pewnie, że życie herosa to sielanka. Nic bardziej mylnego. Zwróćcie uwagę na wszechobecne, pancerne drzwi. Latasz sobie po świecie z trzymetrowym, magicznym młotem a przy okazji strzelasz ognistymi kulami z dupy roznosząc przeciwników w pył. Niestety, nie otworzysz drewnianych, spróchniałych drzwi, których zawiasy na pewno przerdzewiały w czasie ich kilkusetletniego istnienia. Spuszczasz głowę i idziesz szukać klucza. W czasie tej wędrówki napotkasz wielu przeciwników, w znacznej mierze będą to przedstawiciele twojego gatunku. Wielu twórców umieszcza w grach ludzi lecz ja tam nigdy człowieka nie widziałem. Żaden, ale to żaden z nas nie ma tak wytrzymałej czaszki jak komputerowe odpowiedniki. Możesz tłuc siekierą, maczugą, strzelać shotgun’em a i tak musisz powtórzyć czynność przynajmniej 3 razy zanim rozłupiesz komuś czerep. Trzeba też napomnieć, że nasz bohater również ma ciało z tytanu i nawet jak oberwie rakietą to otrzepie się i wstanie. Stracił nogę? Nie bój żaby, niech ktoś rzuci mu w twarz apteczką i wszystko będzie dobrze.

Na zakończenie przydługiego wywodu chciałbym poruszyć kwestię profesji w grach. Wiadomo, najczęściej pojawiają się wojownicy, barbarzyńcy, magowie, łowcy. Jest też pewna profesja obecna w większości gier cRPG, która pozostaje dla mnie wielką niewiadomą – bard. Czy ktoś kiedykolwiek grał bardem? Ok., rozumiem, można dojść do perfekcji w tłuczeniu wrogów mandoliną ale jak to wygląda? Chcecie żeby do legend przeszedł koleś, który zabił terroryzującego ludzkość smoka plumkając magiczne „On tańczy dla mnie”?

Żartuję oczywiście, grajcie sobie kim chcecie i jak chcecie. Ważne by choć na chwilę wyrwać się z nudnego, realnego świata do rzeczywistości gdzie cywilizacja czegokolwiek od was oczekuje. Więc fus ro dah i do przodu.