Białystok, mój stoku biały…

Podlascy specjaliści od reklamy mają naprawdę sporo do zrobienia. Jako iż Podlasiak ze mnie z krwi, kości i tłuszczu znam zalety tegoż pięknego regionu. Gdy jednak wspominam komuś skąd pochodzę reakcje są dwie – albo pytają czy to stamtąd jest Kononowicz albo nucą melodię „Moje miasto to Białystok”.

W gruncie rzeczy, niebagatelne znaczenie dla promocji Podlasia miała właśnie postać kandydata na prezydenta stolicy województwa. Wszyscy pamiętają występ Pana Krzysztofa a powiedzenie „nie będzie niczego” weszło do ogólnokrajowego slangu z impetem godnym oddziału SWAT. Ponadto większość Polaków nieszczególnie związanych z Podlasiem potrafi wyrywkowo zacytować znaczną część przemówienia Kononowicza. Uważam, iż zamieszanie, wywołane przez „Konona” można spokojnie nazwać sukcesem – rozsławił on Jeżewo („co się stało się pod Jeżewem?”), ukazał kierunek, w którym powinna iść władza (co rządzący konsekwentnie realizują) a także ożywił przemysł odzieżowy wpływając pośrednio na wzrost sprzedaży swetrów w romby.

Z czym jeszcze kojarzy się Podlasie? Z zimnem. Dla większości Polaków z zachodu podlaskie to taki przedsionek Syberii, która jak wiadomo zaczyna się w Suwałkach. Na nic zdają się tłumaczenia, iż u nas nie istnieje wieczna zmarzlina, nie ma białych niedźwiedzi a średnia roczna temperatura nie oscyluje w granicach -60.

Niewątpliwym symbolem Podlasia jest niezwykle oryginalna fauna. Osoby, które poznałem przyjeżdżając na zachód spokojnie mogą wymienić przynajmniej kilkanaście gatunków zwierząt charakterystycznych dla mej małej ojczyzny. Może nie kilkanaście ale kilka. Ok., w zasadzie kojarzą tylko żubry ale to i tak nieźle. Reklama województwa opierana na dumnych, brązowych rogaczach doprowadziła do pewnej paranoi, uznano żubry za tak powszechne, że według statystycznego Kowalskiego hasają sobie one po całym województwie a idąc do pierwszego lepszego podlaskiego lasu natkniesz się na nie częściej niż na wiewiórki. Muszę to sprostować, na Podlasiu mieszkałem około 20 lat a żubra widziałem raz. Wrażenia? Fajny tylko śmierdzi jak 150.

Przebywając na wschodzie nie wiedziałem jakże dziwnym językiem się posługuję. Chcąc nie chcąc używałem wyrażeń zapożyczonych od starszych członków rodziny nie zdając sobie sprawy, że wiele z nich jest niepoprawnych. Oczywiście, jak to rasowy Podlasiak wciąż staram się oduczyć nadużywania „dla” lecz zwrot „dla mnie” nadal brzmi dużo naturalniej niż „mi”. Wielu wytyka mi “śledzikowanie” czego sam nie słyszę. Jednakże uwierzyłem w to gdy na studiach zadałem standardowe, przedkolokwialne pytanie „ma ktoś pożyczyć kartkę?” a odpowiedź z tłumu nadeszła taka: „kartkje nie, ale mam kartkę”. W trakcie zdobywania wykształcenia uczęszczałem przez chwilę na język rosyjski i szok jaki mnie spotkał całkowicie odmienił moją świadomość narodową. Czasowniki rezać, duć, iskać (jako szukać) to typowo rosyjskie słowa! Ponadto, w toku nauki przypomniałem sobie teksty takich hitów jak „Kalinka”, „Katiusza” czy „Pust wsiegda budiet sonce” (o ile tak się to pisze), które poznałem w dzieciństwie. Dodam, że urodziłem się już po oficjalnym upadku socjalizmu.

Najgorsza jednak podczas poznawania zachodniej cywilizacji była konieczność zrozumienia pewnych różnic. I tak na zakończenie, w Poznaniu:

  • Telefon nie barabani
  • Nie kupuje się bułki chleba
  • Ludzie mają barek a nie baryk
  • Ubrania się pierze a nie hełta
  • Daje się łapówkę, nie chabor
  • Ludzie bywają durni a nie durnowaci
  • Pyta się „kupiłeś jajka?” a nie „jajek nakupił?”
  • Ludzie wyśmiewają a nie gniją
  • Na dworcu siedzi menel nie bum
  • Pety gasi się w popielniczce a nie w popiołce
  • Uczeń może być nierozumny a nie nietołkowny

Mógłbym jeszcze wspomnieć o bezrobociu i biedzie lecz czy kogo to obchodzi, a?

Everything’s alright

Notka uspokajająca. Postępuj zgodnie z poniższymi zaleceniami.

1. Oddychaj normalnie, siedź jak ci wygodnie, możesz nawet dłubać w nosie. Nie ma to najmniejszego znaczenia.

2. Zamknij oczy.

3. Zrobiłeś/aś to? Niezły z ciebie bystrzak…

4. Skup się na tym tekście jakby był naprawdę ważny, jakbyś miał/a przed sobą wezwanie do zapłaty zaległego podatku.

5. Zapomnij o tym co cię otacza. Nie ma szafy, łóżka, podłogi, sufitu, całego pokoju. Nie ma rodziny, partnera, kota ani żula grzebiącego w koszu pod twoim oknem. Na ile tylko możesz zapomnij o istnieniu czegokolwiek poza tobą i notką.

6. Teraz odpal to:

7. Poczekaj aż się załaduje.

8. Jeżeli jeszcze się nie załadowało to załóż sobie Internet a nie ciągniesz od sąsiada!

9. Dobrze, muzyka gra. Skup się na niej, wsłuchaj. Tekst jest po angielsku więc postaraj się wyłapywać słowa i je zrozumieć.

10. Teraz trudniejsza część. Kojarzysz wrażenie gdy budząc się nie czujesz ręki, która już prawie obumarła z niedokrwienia? Wyobraź sobie, że wszystkie dystalne części ciała wyparowały, nie masz kończyn.

11. Po prostu słuchaj. Możesz naprawdę zamknąć oczy i otworzyć je gdy ucichnie melodia.

 

Po co to wszystko? Choruję na widok zdenerwowanych ludzi. Gdzie nie zajrzę zawsze czai się sfrustrowany obywatel tylko czekający by wyładować swe żale. Codziennie ktoś opowiada mi o stresujących sytuacjach w pracy czy w szkole, o problemach rodzinnych i zdrowotnych. Roztrzęsione z nas społeczeństwo a jakże pięknie by było gdyby każdy był taką flegmą jak ja. Zero kłótni w sklepowych kolejkach, zero awantur o kolor ścian w mieszkaniu, zero pretensji do kumpla odwiedzającego dziewczynę gdy ja akurat jestem w delegacji. Totalny luz.

Ta notka nie ma znaczenia. Jest bo jest, zginie gdzieś w odmętach Internetu. W Warszawie ludzie protestują, w Damaszku się zabijają a w Mońkach siedzą przed telewizorami bo są bezrobotni. Ale ty na chwilę poczułeś/aś się spokojniej. Tylko to się liczy

Już możesz nacisnąć X i zamartwiać się dalej. Jakby co, moja poradnia psychoLOLogiczna czynna jest 24/7.

Zauważył ktoś przekorną nazwę tego bloga?

Miłość w czasach popkultury

Długo broniłem się przed napisaniem tekstu o miłości damsko-męskiej*. Nie czułem się na siłach by mierzyć się z tak ogromnym tematem ale pewnego, niezbyt odległego dnia budząc się rano, ze zdziwieniem stwierdziłem, iż jestem „czysty”. I nie, nie chodzi o brak polucji.

Pisanie o uczuciu jakim jest miłość zawsze będzie trudne. Osoby doświadczone w tej materii doskonale wiedzą, że miłość nie wiąże się tylko z przyjemnością. Z drugiej strony, ludzie samotni, nieznający siły kochania desperacko (choć nie zawsze świadomie) poszukują miłości a ich teksty są nazbyt emocjonalne. Ja w tejże klasie jestem średniakiem, nie nazwałbym siebie „facetem po przejściach” (chociaż kiedyś wybrałem się pieszo do Częstochowy więc swoje przeszedłem) ale zupełnym laikiem także nie jestem, czasami coś tam w brzuchu się zakręciło. Co prawda częściej był to wpływ alkoholu ale jak wiadomo wódka i miłość to odwieczne przyjaciółki więc różnica niewielka.

Mimo wszystko, nie potrafię podać definicji miłości, nawet nie chcę się trudzić bo uznaję tego typu próby za wielką ignorancję. Nie można jednoznacznie określić genezy tak wielkiego i ważnego uczucia, żaden człowiek nie jest do tego upoważniony (chyba, że artyści lecz ich definicja zamyka się w ramach jednego dzieła) toteż bardzo zdziwiła mnie liczba oficjalnych wytłumaczeń istniejących w nauce. Za wyjaśnienie praw rządzących miłością brały się wielkie autorytety naukowe i moralne jak Fromm czy Sternberg a nawet Wojtyła**. I tak powstały plansze pełne wykresów, diagramów i odkrywczych teorii. Wydzielono i nazwano poszczególne typy kochania, ustalono czas trwania konkretnych etapów związku i wykreowano naukowo idealny obraz miłości. Wykonano setki badań by poznać endokrynologiczną genezę najważniejszego dla ludzi uczucia czego efektem stało się spłycenie miłości do kilku hormonów***. O ile jeszcze mogę zrozumieć czysto fizjologiczne (patofizjologiczne?) podejście do miłości mające na celu odkrycie wpływu uczucia na organizm o tyle gdybania socjologiczno-psychologiczno-filozoficzne są dla mnie kompletnym nonsensem. Jak ktokolwiek może porywać się na wyjaśnienie emocji przez, którą ludzie odbierają sobie życie, zabijają przedstawicieli swojego gatunku a nawet wypowiadają wojny innym krajom? Jaki trzeba mieć tupet by ze stanu przez, który 90% społeczeństwa nie prześpi nadchodzącej nocy robić teorię popartą jedynie obserwacją i przewidywaniem? Wszyscy mający w tej chwili miłosne rozterki doskonale zdają sobie sprawę, że wnioski mądrych głów można wykorzystać jedynie jako papier toaletowy.

Kiedyś upierałem się przy twierdzeniu, że miłość jest niczym innym jak przyjaźnią wzbogaconą o kontakt fizyczny. Moja koncepcja poległa gdy zorientowałem się, iż nie mogę zdefiniować przyjaźni. Niewątpliwie sama miłość jest potężna lecz czy niezbędna? Gdyby uznać ją za zachętę do uprawiania seksu a w konsekwencji posiadania potomstwa byłaby podstawą ludzkiej egzystencji. Jak powszechnie wiadomo, ludzie kopcą się niczym kominy zimą i często stosunek nie jest powiązany z niczym innym jak przyjemnością będącą efektem posmyrania łechtaczki/wędzidełka. Po co więc kochać? I tu pojawia się sedno sprawy – nie da się określić znaczenia miłości. Można używać wielkich słów i nazywać ją „sensem bytu” ale to tylko czcze gadanie, dowodów żadnych nie ma i nigdy nie będzie. Tak jak nie dowiemy się czy jakikolwiek bóg istnieje tak też nikt nie wyjaśni nam dlaczego pragniemy pojechać do tej mieszkającej setki kilometrów stąd, niespecjalnie urodziwej kretynki z wadą wymowy gdy na wyciągnięcie ręki mamy hordę innych kobiet. Proponuję więc naukowcom zająć się jakimiś ważniejszymi sprawami, nie wiem… lekiem na raka może? Definiowanie miłości zostawmy lirykom i epikom lecz niech już nigdy nie powróci romantyzm z dziełami pokroju „Cierpień młodego Werter’a”.

Osobiście nabrałem pokory względem miłości. Wracając do pierwszego akapitu, czuję się czysty bo mogłem napisać powyższy tekst bez ścisku w sercu**** i z przekonaniem, że jeżeli w życiu kocha się tylko raz to wciąż nie trafił mnie ten latający grubcio z łukiem. Cofając się jeszcze bardziej i nawiązując do wcześniejszej notki, może spotkam dziewczynę, której odważę się zadać pytanie o gwiazdy. „Czy ta chusteczka pachnie ci chloroformem” przestaje już działać…

* Ok., męsko-męska i damsko-damska też się liczą, nie chcę by ktoś mi robił pikietę na blogu.

** Wszystko oczywiście brałem z Wikipedii, więcej nie chciało mi się czytać.

*** Według tejże teorii wazopresyna u mężczyzn wpływa na bliskość i przywiązanie. O ile mi wiadomo, wazopresyna to hormon antydiuretyczny czyli taki co jak się wydziela to zmniejsza wydalanie moczu. Czyli mężczyźni w związkach leją mniej niż wolni?

**** Ciekawe dlaczego symbolem miłości jest serce. Czy pośladki nie byłyby odpowiedniejsze?

Hepi byrtdej

Składanie życzeń, niezależnie od okazji to straszliwie frustrująca czynność. Pieprzenie głupot idzie mi całkiem nieźle ale jak na złość nigdy nie trafiam w czyjś gust wychodząc w najlepszym wypadku na uroczego idiotę. Jednej rzeczy nie lubię bardziej niż składania życzeń – gdy to mi się je składa.

Zacznijmy od całej, czynnościowej otoczki. Nigdy nie wiem kiedy trzeba się cmokać w policzki a kiedy nie. Sam się do tego nie garnę, jedynie patrzę na drugą osobę i zastanawiam się: „Dygnęła? Tak, chyba się pochyla. Może tylko się jej odbiło?”. Jak już zaczniemy buziakowanie to pojawia się kolejna zagadka – ile razy stuknąć się tymi żuchwami? Chyba wypada trzy ale znowu muszę śledzić ruchy człowieka przede mną z nadzieją, że się wreszcie wyprostuje i da mi odejść. Kto w ogóle wymyślił tak durny zwyczaj? Ani to przyjemne, ani higieniczne. Jeszcze składając życzenia koleżance czy nawet ciotce to czort, można się ciumkać, lecz czując wąsatego wujka, który tylko czyha by zaatakować me zacne lico mam ochotę paść na kolana i prosić stwórcę o litość. Wcale nie lepiej jest z kolejnym, teoretycznie miłym gestem – uściskiem dłoni. Wyraz „uścisk” brzmi jednoznacznie, jest to czynność szybka i energiczna. Wiem, że mam nieziemsko seksowną łapę lecz trzymanie jej 15 minut jest zbędne. Szczególnie gdy zamiast kończyny masz śledzia, któremu przydałby się Perspi block . Na szczęście zaraz podejdzie ktoś inny i zbierze z mojej graby cały ten śluz.

A oto przed państwem trójka bohaterów wszystkich urodzin, imienin i sylwestrów – szczęście, zdrowie i pieniądze! Zero w ludziach jakiejkolwiek pomysłowości, wypowiedzenie tychże życzeń jest chyba najbanalniejszym tekstem na świecie a przy tym w całości marnuje siłę pierwszego słowa. Wszyscy przecież chcą żyć długo i bogato, żadna nowość. Lecz czy komuś udało się kiedykolwiek być szczęśliwym, tak naprawdę, zajebiście szczęśliwym? Jak widać na załączonym obrazku, kasa i pracująca pikawa wcale nie czynią nas weselszymi więc czy nie lepiej zamknąć wszystko w jednym zdaniu „bądź szczęśliwy”? Sam traktuję takie życzenie bardzo osobiście, jakby komuś naprawdę zależało na moim losie i wypowiadam podobne słowa względem osób, które obchodzą mnie choć nieco bardziej niż zeszłoroczny śnieg.

Wydaje mi się, że ludzie wolą klepać wyuczone formułki bo są bezpieczne, nigdy nie wiadomo czego chce druga osoba lecz biedy i choroby boi się każdy. Miedzy innymi przez takie zachowanie, gdy ktoś składa mi życzenia czuję się jakby mnie pocieszał, tylko czekam aż przyciśnie mnie do piersi i ze łzami w oczach zaśpiewa jakiś szlagier Adele. WTF?! Czy ja wyglądam jakby mi coś było, jakbym zdychał na dżumę? Nie wiem czy to urok mojego stylu bycia odbieranego przez społeczeństwo jako oznaka totalnego rozgoryczenia czy cecha charakterystyczna uroczystości wszelakich, lecz w dni gdy powinienem się cieszyć czuję się jakbym był na własnej stypie.

Daję się unieść fali konformizmu i normalizuję również własne życzenia. Zbyt często ludzie opacznie je rozumieją lub uznają za nieszczere. Cóż, to jak przy pierwszym spotkaniu z dziewczyną/chłopakiem. „Jak masz na imię?” brzmi tak drętwo, że aż mam skurcze łydki ale dużo bezpieczniej niż „lubisz obserwować gwiazdy i rozmyślać jakby tu zmarnować resztę życia?”. To drugie pytanie raczej nie spowoduje, że przedstawiciel przeciwnej płci usiądzie bliżej was a prędzej ucieknie w siną dal. Nie zmniejsza to skuteczności filtru oddzielającego ludzi wyjątkowych od zwykłych chlebożerców.

Take me anywhere

Paryż? Rzym? Londyn? Nuuuuuda! Wszyscy tam jeżdżą więc jak łatwo wywnioskować ja nie mam zamiaru. Przedstawiam prywatną listę miejsc, które muszę w życiu odwiedzić (i gdzieś się osiedlić na starość).

1. Adamstown – Pitcairn

Istnieje pewna wysepka, gdzieś hen, na końcu świata co zwie Pitcairnsię Pitcairn. Jest to państwo o najmniejszej liczbie ludności na świecie – mieszka tam dokładnie… 48 osób. Życie jest spokojne, wręcz bezstresowe – nie ma fabryk, korporacji, szefów, menadżerów itp.. Mieszkańcy uprawiają głównie jakieś owoce i warzywa, handlują z Nową Zelandią. Wszyscy mają zapewniony dostęp do Internetu sponsorowanego przez rząd. Co więcej, władzom wyspy bardzo zależy na napływie nowych mieszkańców więc chętnie przyjmą imigrantów. Oczywiście są pewne minusy bytowania na Pitcairn – jako, że jest to terytorium niezbyt oddalone od Australii cała przyroda (na czele z pająkami i wężami) traktuje cię jak potencjalny posiłek. Mimo wszystko, warto zaryzykować dla darmowego Internetu.

2. Centralia – Stany Zjednoczone

CentraliaOsoby, które oglądały film „Silent Hill” lub też grały w grę o tym samym tytule na pewno pamiętają, iż główną przyczyną opustoszenia miasta był podziemny pożar trawiący miejscowość. Niewielu wie, że taka historia zdarzyła się naprawdę w miasteczku Centralia w Pensylwanii. Niegdyś mieszkało tam prawie 3000 osób, dziś zostało jedynie 10. Nie wiem czy można bez odpowiedniego zezwolenia wejść na teren miasta (podziemne korytarze nadal płoną i jeszcze kilka pokoleń wyzionie ducha nim zgasną) ale gdybym już tam był nikt nie powstrzymałby mnie przed zwiedzeniem Silent Hill i sprawdzeniem czy Alessa naprawdę tam jest.

3. Nuuk – Grenlandia

Nie, nie Islandia ani Irlandia – dokładnie chodzi o Grenlandię. Obraz Eskimosów kitrających się w igloo i jedzących surowe ryby to praktycznie relikt. Nuuk, stolica wyspy należącej do Danii jest pełnoprawnym, cywilizowanym miastem posiadającym własną komunikację miejską, straż pożarną a nawet uniwersytet.Nuuk Dlaczego chciałbym tam pojechać? Głównie ze względu na odległość, słabą dostępność świata zewnętrznego i brak upalnego lata. Poza tym, spójrzcie sami na te widoki! Dla takich rzeczy mogę zaryzykować odmrożeniem jąder… no, może obu nie ale jednego spokojnie.

4. Władywostok – Rosja

WładywostokMiasto będące idealną definicją dla wyrażenia „w chu… daleko”. Żeby dotrzeć do tej azjatyckiej miejscowości trzeba przebyć trasę Kolei Transsyberyjskiej i jeżeli wsiądziemy w Moskwie stracimy prawie tydzień życia nim dotrzemy do Władywostoku. W samym mieście nie ma nic szczególnego, ot średniej wielkości (jak na Rosję) miejscowość. Dużo bardziej kręci mnie podróż przez Syberię lecz jeszcze nie jestem gotowy by odbyć taką wyprawę – wciąż czekam na wyprodukowanie torby, która pomieści zapas piwa na niemalże 7 dni.

5. Pago Pago – Samoa Amerykańskie

W młodości marzyłem by zostać wielkim piłkarzem. Niestety, okazało się, iż kompletne ze mnie beztalencie więc porzuciłem sny o karierze w Realu Madryt. Są jednak miejsca gdzie nawet ja mógłbym sprawdzić się jako klasowy zawodnik. Samoa Amerykańskie to jeden z tych krajów, tamtejsi piłkarze zasłynęli na świecie przegrywając w oficjalnym meczu międzypaństwowym z Australią dokładnie 0:31 co stanowi rekord jeżeli chodzi o profesjonalny futbol. Ogólnie w całej historii kraju reprezentaSamoacja wygrała jedynie raz a sukcesem można nazwać sytuację gdy Samoa nie straci przynajmniej 10 bramek w meczu. Gdybym trochę potrenował i dostał obywatelstwo miałbym szansę poczuć się jak prawdziwa gwiazda. A nuż strzelę jakiegoś karnego i stanę się bohaterem narodowym.

PS. Wybaczcie brak frustracji w notce, naćpałem się „To the moon” i kocham cały świat.