Daleko od noszy

Zwróciliście uwagę, że słowo szpital jest naładowane negatywnymi emocjami? Co prawda ludzi się tam leczy ale nieodzownie szpital kojarzy się ze śmiercią. Jeżeli ktoś powie wam idę na cmentarz nie pomyślicie, że wybiera się tam by umrzeć. Gdyby ta sama osoba zakomunikowała: idę do szpitala już byście orientowali się w cenach wieńców pogrzebowych.

Ostatnimi czasy mam kontakt ze szpitalami i lekarzami. Nie lubię tego. Bardzo nie lubię.

Sytuacja ma miejsce w pewnej poznańskiej placówce. Długi korytarz, migoczące lampy, dość ponuro. Leniwie, środkiem przemieszcza się szlachta w białych kitlach a za nimi plebs ubrany na kolorowo. Staję przed gabinetem lekarskim, w poczekalni siedzi tłum ludzi o średniej wieku 150 lat. Ktoś charczy, ktoś smarka, reszta biadoli i narzeka. Cóż, umówiony jestem na konkretną godzinę więc twardo pukam do gabinetu. Zanim zdążam otworzyć drzwi kobieta wypisz, wymaluj Sally z Mody na Sukces informuje mnie, że jest kolejka. Spoglądam na twarze ludzi i gdy dostrzegam dziadka szczerzącego wilcze kły zdaję sobie sprawę, iż w tym miejscu nie warto się wychylać.

Siadam. Godzina 10:00. Do roboty mam dopiero na 14:00. Ludzi co prawda dużo ale spokojnie się wyrobię, przecież niemożliwe by na taką hordę był jeden lekarz.

Godzina 13:40. Dzwonię do firmy, że biorę L4. Zaczynam podejrzewać, że nie przyszedłem do doktora lecz na niekończące się spotkanie towarzyskie. Kolejka raczej się nie zmniejsza a rozmowy o polityce nabierają tempa

Po dwóch godzinach siedzę już prawie przy drzwiach, Jak zaobserwowałem, właśnie na tym to polega – wchodzisz jak jesteś blisko gabinetu.

Na korytarzu pojawia się pielęgniarka z magicznym kajecikiem. W pierwszej chwili chcę zdjąć jej górną część i wyciągnąć ze środka mniejszą babę. Kobieta wygląda jak ludzka matrioszka.

– Frustrat!

– Jestem.

– Na 10:00 miał pan być! – piguła zsuwa okulary i łypie na mnie znad czerwonych, grubych oprawek.

– Kolejka była.

– Trzeba było zapukać.

Akurat nie wziąłem swojej strzelby na rozwścieczone babcie.

– Nie wiedziałem, pierwszy raz jestem.

– Wejść!

Czynię to niezwłocznie zdając sobie sprawę, że trzeba będzie uciekać oknem by uniknąć linczu.

Gabinet standardowy, typowo polskie warunki. Zauważyliście, że u nas szpitale wyglądają szczególnie? Znaczna część placówek wciąż wieje Gierkiem mimo coraz liczniejszych renowacji. Podejrzewam, że to z powodu słabych funduszy ale specjaliści od wystroju szpitali uparcie mieszają koncepcje tworząc charakterystyczny styl modern-socjal. Nowa podłoga, odmalowane ściany, nowoczesne windy a do tego drewniane, pięćdziesięcioletnie ławki, rozpadające się wózki i sprzęt made in Sovetskiy Soyuz.

Za biurkiem siedzi nisko pochylony jegomość z fryzurą niczym Christopher Lloyd w Powrocie do Przyszłości. Coś tam bazgroli na kartce bo chyba mu się komputer zepsuł. To był sarkazm.

Siadam na obrotowym, metalowym taborecie. Wygodne to jak cholera.

– Nazwisko.

– Frustrat.

Lekarz coś czyta po czym podnosi na mnie wzrok człowieka pracującego tydzień bez snu.

– Wycinamy?

Eee… nie ty powinieneś to wiedzieć?

– No… tak.

– Krysiu, przygotuj pana do zabiegu.

Krysia vel ruska baba bierze mnie do pomieszczenia obok, które skrywa całkiem sporo personelu medycznego. Mój problem nie znajduje się w miejscu skrajnie intymnym ale żeby go odkryć trzeba zdjąć spodnie. Nie przeszkadza mi to, w końcu salowe też swoje w szpitalu widzą. Kładę się więc w samych majtkach na kozetce, pielęgniarka szykuje cały potrzebny sprzęt i przykrywa pole zabiegowe zieloną chustą. Po tym cały personel się rozbiega, nie jestem pewien czy rozczarowałem czy przestraszyłem ich moją dolną partią ciała.

Przychodzi lekarz, ubiera rękawiczki i naciąga znieczulenie. Nie ma w zwyczaju wypowiadać tak banalnych komunikatów jak „będzie ukłucie” więc mało nie spadam na podłogę gdy czuję igłę w swoim ciele.

Zaczyna się właściwy zabieg. Doktor sobie gwiżdże, coś tam kroi a ja ogólnie podziwiam wystrój zabiegówki. W końcu gdy lekarz odchodzi na chwilę od mojej nogi podnoszę się na łokciach i oglądam dzieło wprawnego medyka. Rozpierdziel na całego. Dziwię się, że straciłem tyle krwi i wciąż czuję się dobrze.

– Niech pan nie patrzy bo jeszcze mi pan tu zemdleje! – ostrzega mnie chirurg.

– Dam sobie radę. Lubię takie widoki.

– Ja pracuję 18 lat i nadal nie lubię.

Lekarz wraca do zabiegu. Tnie, siecze, wierci a ja przy każdym jego działaniu czuję jak mi ciągnie mięśnie tyłka. W końcu chirurg wyjmuje to co miał usunąć i z dumą prezentuje mi spory kawałek czegoś wyglądającego jak oblepione krwią i tłuszczem ziarenko grochu. Jeżeli robi tak ze wszystkimi pacjentami to faktycznie musi mieć spory odsetek omdleń podczas zabiegów.

W końcu doktor zabiera się do szycia i gdy kończy poucza mnie.

– Proszę nie przeciążać tej nogi, nie biegać, nie skakać bo się skóra nie zejdzie.

– Ok.

– Ma pan pecha, że wyrosło to w takim miejscu. Mogło być ciut wyżej, tam im więcej tym lepiej.

Zacny żart. Naciągam spodnie i razem z lekarzem wracamy do gabinetu. Upominam się o L4.

– A na ile pan chce?

– Na dzisiaj.

– Na jeden dzień?!

– No…

– Na pewno?

– Tak.

– To dam panu jeszcze na jutro bo trzeba opatrunek zmienić. Ludzie zwykle biorą na tydzień.

Poczułem się jak niedorozwinięty. Chyba nikt w historii nie brał L4 na tak krótko. Wydało się lenie patentowane! Tylko zwolnienia by brali, ZUS oszukiwali i ojczyznę do upadku prowadzili! Nie o taką Polskę walczyłem!

Umawiam się na kolejną wizytę, dziękuję i opuszczam gabinet. Oczywiście ktoś musi zrzędzić, że strasznie długo tam siedziałem. Nie obchodzi mnie to gdyż natrafiam na poważniejszą kwestię –  czy znieczulenie może sięgnąć układu moczowego?

Na szczęście nie zsikałem się w drodze do mieszkania. Choć emocje były, nie przeczę.

 

Prawo do nielubienia

Społeczeństwo jest niezwykle tolerancyjne jeżeli chodzi o lubienie rzeczy. Możesz być miłośnikiem śmierdzących serów, muzyki przypominającej pracę zepsutej pralki czy też przebierania się za osobę przeciwnej płci. Nikomu to nie przeszkadza. Inaczej jest z rzeczami, których się nie lubi. Czasami gdy wskażę znienawidzone „coś” ludzie patrzą na mnie jakbym zakomunikował, że zjadłem własne dziecko.

Co ja poradzę, że nie przepadam za takimi zespołami jak Metallica, Iron Maiden, Queen czy Led Zeppelin? Nie zrozumcie mnie źle, mam ogromny szacunek do tych twórców, przesłuchałem wiele ich kawałków dlatego, że ktoś powiedział mi, iż muszę je znać. Słuchało się fajnie i nic więcej. Niestety wielu ludzi uważa się za lepszych bo lubią klasykę rocka i traktują jak śmieci osoby nie gustujące w tego typu dźwiękach. Przez takich słuchaczy narosła niezdrowa presja nakazująca uwielbiać konkretnych muzyków jakby byli półbogami.

Zatrzymując się na sztuce, nie cierpię książki Mistrz i Małgorzata. Ok., technicznie jest chyba dobrze napisana choć w oryginalnej wersji jakoś nie dam rady jej przeczytać. W zasadzie w ojczystym języku też mi nie poszło a próbowałem cztery razy. Jak dla mnie nic się tam kupy nie trzyma, powieść jest rozlazła jak Grycanki bez staników a gadające koty nie należą do mojej ulubionej grupy bohaterów literackich.

Tutaj może aż tak strasznie nie zszokuję bo znam osoby o podobnym zdaniu – nie rozumiem fenomenu kinowego hitu Mechaniczna pomarańcza. Daleko mi do znawcy kinematografii ale film jest ciekawie nakręcony, aktorzy perfekcyjnie wcielają się w swe role lecz obraz zupełnie do mnie nie przemówił. Odkrywcza treść? Mam znacznie głębsze rozkminy niż te przedstawione w filmie. Cieszę się, że ekranizacja książki powstała dość dawno, sceny przemocy co prawda są wyraziste lecz gdyby kręcono je w 2013 roku byłyby na pewno znacznie dosadniejsze. Dzisiejszego, znudzonego widza ciężko zadowolić.

Zejdźmy może z tych wysokich tematów, całkiem możliwe, że ze mnie totalny przygłup niepotrafiący docenić piękna powyższych rzeczy. Nie lubię Nutelli. Naprawdę, cały czas trzymam zamknięty słoik tejże i jakoś brak we mnie chęci by go otworzyć. Dziwić to może osoby, które mnie znają bo tajemnicą nie jest, że przepadam za słodyczami a szczególnie czekoladą. Moim zdaniem Nutella jest za słodka, mdła wręcz. Toteż szukam chętnych na całe opakowanie flagowego produktu koncernu Ferrero. Oddam za darmo, powaga.

Tutaj pewnie zaskoczę moje pokolenie – nie przepadam za jedzeniem z McDonald’s. Po pierwsze jest ono drogie, po drugie trzeba zeżreć z pięć tych kotletów żeby się najeść a po trzecie żywność tego typu raczej będzie miała problem ze zdobyciem nagrody najzdrowszego produktu. Ok., od czasu do czasu wpadnę na cheeseburgera lecz tylko gdy jestem naprawdę głodny i zwykle mam później pełny materiał by nakręcić dla TVN-u nowy program zatytułowany „Żołądkowe rewolucje Frustrata polskiego”.

Jaka była najgłośniejsza premiera tego roku? Oczywiście GTA V. Jestem dość stary i zagrywałem się jeszcze w poprzednie wersje tejże produkcji gdy główny bohater składał się może z dziesięciu pikseli. Oczywiście w nowsze odsłony serii również pykałem lecz nigdy gra urzec mnie nie zdołała. Fajnie, jeździsz sobie po mieście, zabijasz ludzi i takie tam. Co to za frajda jak nie można obsikać ofiary albo użyć kota jako tłumika? Wolę Postal’a.

Teraz proszę darować sobie oskarżenia o homoseksualizm ale nie podobają mi się kobiety w legginsach. Dlaczego? Bo mam wstręt do ciasnych rzeczy, psychiatrzy pewnie mają na to jakąś nazwę ale sam ubieram ciuchy o kilka numerów za duże (może kompleks jakiś?) i nie przekonuje mnie nawet podkreślenie kobiecych kształtów przez legginsy. Na dźwięk słowa rurki również się wzdrygam ale siłą rzeczy przyzwyczaiłem się do widoku pań wbitych w ciasne dżinsy chcących wszystkim wmówić, że noszą je bo same chcą a nie po to by ubierać się jak media przykazały.

W tym momencie uderzam w uczucia narodowe Polaków – nienawidzę wódki. Kompletnie nie rozumiem po co ludzie piją tego typu alkohole. Moim głównym argumentem przeciw gorzałce jest jej cholernie gorzki smak. Może mam zepsute kubki smakowe ale piwo, wino czy szampan są raczej smaczniejsze a też potrafią kopnąć jeżeli komuś na tym zależy.

Czyżbym był wyrzutkiem tego świata? Lekarz mówi, że nie ale kto go tam wie.

 

Bullshit

Wiecie o czym ludzie nie lubią rozmawiać? O defekacji. To w sumie tak jak z masturbacją, temat zna każdy a jakoś nie wypada zapytać na rodzinnym obiedzie: Srała dzisiaj ciocia? Jak tam stolec? Stwardniał?

Na wstępie, przypomnijmy co to w ogóle jest defekacja. Ok., nawet ci co na biologii woleli przemierzać krainę snu na pewno wiedzą, że wypróżniane wiąże się z wydalaniem zbędnych produktów przemiany materii. Taki jest jego główny sens lecz nie zapominajmy, że organizm nie robi tego bo tak mu się podoba ale po prostu musi. Nie ma się czego wstydzić gdyż mimo całej zapachowo oraz wizualnie nieprzyjemnej otoczki przez postawienie klocka ratujemy się przed ciężkimi chorobami a nawet zgonem. Uwierzcie mi, dużo lepiej jest zobaczyć stertę gówna niż wypadniętą odbytnicę. Pamiętajmy też, że nikt nie lubi jak się na niego za bardzo naciska, stolec również. Jeśli będziecie mocno stękać to pewnego dnia kupa się zdenerwuje, przekłuje wam jakiegoś tętniaka i pogotowie znajdzie was martwych na kiblu.

Niestety, wypróżnianie to wciąż temat tabu. O ile mężczyźni mają mniejsze opory przed rozmawianiem o sprawach ubikacyjnych o tyle kobiety zachowują się jakby nigdy w życiu  nie stawiały klocka. Nie chcę wydawać pochopnych wniosków ale wy panie się chyba czegoś wstydzicie. Że niby takim damom jak wy nie wypada srać? Oj przestańcie, dobrze wiemy, że siedzicie na kiblu tak samo jak faceci (a nawet częściej), nic w tym strasznego. Poza tym widzę tu pewien paradoks – gadanie o miesiączce przychodzi wam łatwo choć nie sądzę by krew zmieszana ze śluzem i złuszczonym nabłonkiem była bardziej estetyczne niż zwykły kał.

Oprócz tego ludzie nie lubią rozmawiać o tych sprawach przy jedzeniu. Hm, w sumie to co macie na talerzach to już prawie stolec tylko jeszcze nie przeszedł przez wasze układy trawienne. Czym tu się brzydzić? Również niewskazane jest nawiązywanie do wydalania w czasie spotkań towarzyskich, nie mówi się idę do ubikacji tylko przepraszam na chwilę. Z całą pewnością nikt się nie domyślił, że koleś właśnie poszedł kupać.

Już poziom skomplikowania procesu defekacji ukazuje jego wagę. Tak naprawdę każdy ma swoją własną technikę srania. Wbrew pozorom to bardzo ważne. Jeszcze przed zajęciem miejsca na kiblu trzeba sprawdzić kilka rzeczy. Wiele osób nie lubi siedzieć na zimnej desce klozetowej a ja zawsze sprawdzam czy jest chłodna i tylko wtedy sadzam tyłek. Jednak wolę mieć świadomość, że ciepłota czyichś pośladków opuściła już plastik. Kolejny problem pojawia się w publicznej toalecie, osoby przesadnie dbające o higienę muszą zatroszczyć się o bezpieczeństwo własnych czterech liter i albo rozkładają papier toaletowy na desce albo walą na Małysza. Przyjmijmy jednak, że jesteśmy w domu, na swoim kibelku. Nic tylko siadać i srać. Nie do końca. Odległość między wodą w sedesie a odbytem jest jednak dość znaczna więc wypadnięcie kału zwykle generuje znany wszystkim plusk!. Pomijając fakt, że sąsiad Waldek już dobrze wie, iż postawiliście solidnego klocka to opryskanie sobie tyłka nie jest niczym fajnym. Osobiście znam dwa sposoby na uchronienie swej wypucowanej pupci przed zhańbieniem przez wodę: wrzucić papieru do środka by stolec miał miękkie lądowanie lub walić po ściance. Pamiętajmy jednak, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, często na końcu bańki odbytnicy czyha najbardziej wstydliwy klocek, który nie zawsze chce opuścić ciepłe mieszkanko. Niestety, jest on na tyle nierozważny, że często zatrzymuje się w pół drogi. Co wtedy zrobić? Wpuścić z powrotem? Ścisnąć drzwiami? Nakłaniać by wyszedł? Różnie to bywa, każdy czuje po swojemu czy danego delikwenta da się przekonać do kąpieli. Gdy jednak zrobimy co nasze, ciało musi odpocząć więc nie zrywamy się od razu z kibla. Trzeba jeszcze posiedzieć, pomyśleć co tam dzisiaj w telewizji i oczywiście wytrzeć tyłek. Tu jak zwykle wiatr w odbyt. Pomijając, że ludzie mają różne sposoby na wyczyszczenie rowu to zawsze zastanawiał mnie sposób sprawdzania czy już można bezpiecznie naciągnąć majtki. Przyznajcie się, patrzycie na papier!

  • Pierwszy raz: O matko…
  • Drugi raz: Nienajlepiej.
  • Trzeci raz: Jeszcze jest.
  • Czwarty raz: Niby coraz bledsze.
  • Piąty raz: Może tam coś jeszcze zostało?

Dobra, już czysto. Wstajemy i jak bozia przykazała spuszczamy wodę. Nie ma łatwo, kał się buntuje i nadal radośnie dryfuje na powierzchni klozetowej wody. Wrzucamy papier, próbujemy znów i nadal nic. Jeszcze raz, jeszcze jeden. No zgiń padalcu! Pół biedy jak macie spokój i możecie bawić się z klocem nawet godzinę, ja miałem taką sytuację, że  nie mogłem pozbyć się opornej kupy a za mną w kolejce czekała dziewczyna. Co miałem powiedzieć? Dorzuć swoje to może wtedy poczuje się pewniej i popłynie? Na szczęście po wielu próbach gówno dało się przekonać i znikło w kanałowych odmętach. Nie łudźcie się, jeżeli ktoś czeka za wami to dobrze wie co się dzieje gdy osiem razy lejecie wodę i łączy się z wami w bólu.

Ponadto każdy chyba zna niestandardowe kupy. Jak wypijemy za dużo Warki Strong to z rana męczyć będzie kac-kupa. Czasami mamy taki dzień, że nęka nas kupa-widmo. Niby się chcę a jak przyjdzie co do czego to tylko wyleci pierdzioduch. Odwrotnie jest z kupą utęsknioną po której uczucie ulgi można porównać do orgazmu. Niekiedy też nawiedzi nas kupa-monster przy której wysramy dwa razy więcej niż ważymy. Bywa też, że mózg myli odbyt z cewką moczową i z niewiadomych powodów sikamy nie tą dziurką co trzeba. Słyszałem też kiedyś przypadek, że mężczyzna zgłosił się do lekarza bo robił podwójną kupę. Stękał jeden raz a wypadały dwa, długie kawałki. Okazało się, że dopiero w końcowym odcinku odbytnicy zatrzymała mu się jakaś kość stając w poprzek i dzieliła klocka na dwie części. Ile w tym prawdy nie wiem ale zawsze mnie to śmieszyło.

Widzicie? Sranie wcale nie jest takie straszne jak się wydaje. Wszyscy mamy te same perypetie bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Mimo wszystko nie wrzucajcie dwójki na widoku, jak każda czynność przy której trzeba odsłonić tyłek tak też defekacja musi pozostać czynem intymnym. Lecz i tak wiemy, że sracie drogie panie. 🙂

PS. Jeżeli ktokolwiek to czyta mogę wrzucać notki znacznie rzadziej niż dotychczas. Nieco choruję i niezbyt sprawnie idzie mi w tej chwili pisanie na klawiaturze.

Hans Kloss

Ubierasz się u Hansa Klossa? OCH! AHAHA! Słyszeliście to? AHAHA! Wiecie co? Nie zesrajcie się tym filmikiem.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie chcę usprawiedliwiać youtuberów/blogerów/vlogerów ośmieszonych w materiale TVN-u. Ulegli oni samouwielbieniu i przeświadczeniu o własnej idealności. Hańbą dla nich byłoby przyznać, że nie znają danego projektanta bo jak tak wielki spec w dziedzinie mody może czegoś nie wiedzieć. Pokazali przez to ogromną ignorancję i niekompetencję. Zostawmy ich jednak, na pewno teraz wstydzą się za siebie, może stracą rzeszę czytelników i widzów a nawet zlikwidują stworzone materiały. O to chodziło, tak? Ośmieszyć kogoś i pokazać swoją siłę?

Nie wiem skąd w ludziach taka chęć do upokarzania innych. Jad, który wylano na blogerów urósł do rozmiarów czystej nienawiści. Ciekawe jak wszechwiedzący hejterzy zachowaliby się gdyby podbiegł do nich ktoś z mikrofonem i spytał o godzinę. Zegarka szukaliby pewnie w odbycie. Najgorsze jest jednak to, że wiele osób wypowiada się w tonie czystej ekstazy wynikłej z możliwości ośmieszenia kogoś, jakby to dawało szczęście. Smutne i jakże ludzkie zarazem.

Pamiętacie może taki cykl z YouTube „Matura to bzdura”? Bardzo go lubiłem, śmiałem się z ludzi tam występujących ale również ze swojej niewiedzy, bo (choć wstyd przyznać) nie znałem wszystkich odpowiedzi. Mimo, iż niekiedy czułem się jak Einstein nie uprzedziłem się do żadnej pokazanej tam osoby i nie karmiłem swego ego jej lukami w edukacji Oczywiście większość obraźliwych komentarzy pod filmami brzmiała jakby autorzy pisali je podczas dogadzania sobie. Rozumiem, magia internetowej anonimowości ale jak beznadziejne trzeba mieć życie by czerpać satysfakcję z możliwości zgnojenia kogoś.

Mimo oczywistych błędów popełnionych przez osoby wypowiadające się w osławionym materiale nie sądzę by zasługiwały one na wiadra wylanych nań pomyj. Wierzę, że nasze złe czyny do nas wracają i mam nadzieję, że internetowi szczekacze jeszcze nadzieją się na własne penisy. Poza tym, pamiętacie ten śmieszny telefon do pielęgniarki opiekującej się księżną Kate? Ale byłby śmiech gdyby któryś bloger popełnił samobójstwo z powodu upokorzenia na antenie! Boki zrywać!

Jakby ktoś nie widział (w co wątpię) chodzi o ten materiał:

http://youtu.be/b3UJjYu33k0

Dupy i świnie

Ludzie często mają problem z zachowaniem się w towarzystwie. Nic dziwnego, na każdym kroku czekają pułapki, z którymi musimy się zmierzyć by nie wyjść na idiotów i przy okazji dobrze się bawić.

Zacznijmy od przywitania. Jak jestem w gronie mężczyzn nie ma z tym problemu:

Siema dziwko! Joł frajerze! <uścisk dłoni>

Prosta sprawa. Gorzej jest gdy pojawiają się kobiety. One wymuszają zachowywanie się, nie można witać się swobodnie bo jeszcze któraś odbierze słowo dziwka nazbyt osobiście. Poza tym, kilka pań miało do mnie pretensje, że nie podaję im ręki choć z facetami witam się właśnie w ten sposób. Według zasad dobrego wychowania to kobieta pierwsza powinna wyciągnąć dłoń więc nie popełniam błędu. Poza tym, ściskanie kobiecych dłoni wcale nie jest fajne, nie mówię tego by kogokolwiek obrazić. Rękę damy można głaskać, delikatnie dotykać, ewentualnie całować (oczywiście nie obcych pań, kij wie co i komu one robiły) ale nie ściskać.

Popularnym zwrotem podczas przywitania jest witam. Nie wiem jak wy ale ja używam go tylko gdy osoba z którą gadam jest za stara na cześć a za młoda na dzień dobry. Poza tym witam jest jakieś takie beznamiętne, jakby ktoś rzucał ochłap człowiekowi, z którym ma prowadzić konwersację.

Kolejny problem pojawia się gdy mamy do czynienia ze spotkaniem siedzącym i trzeba zająć miejsce przy stole. Niezwykle ważny jest wybór strategicznej pozycji dlatego nikt nie siada od razu po wejściu do pomieszczenia, każdy ocenia plusy i minusy danego krzesła.

Tam będę siedział koło Asi. Tępa strzała ale ładna. W sumie i tak będę pijany więc wszystkie kobiety będą mi się podobały a dobrze pogadać z kimś o IQ wyższym niż rozmiar mojego buta.

O nie, nie usiądę koło Dawida. Będę musiał się śmiać z jego beznadziejnych żartów a poza tym odstraszy mi wszystkie dziewczyny swoją mordą.

Tu chyba będzie najlepiej. Co prawda Tomek to gej ale przynajmniej kobiety go lubią więc dobrze się go trzymać. Trzeba będzie tylko tyłka pilnować ale to dam radę zrobić.

Oczywiście kwestia wyboru miejsca znika jeśli zaprawimy się przed imprezą. Wtedy możemy siedzieć nawet na żyrandolu a i tak będzie to najlepsza miejscówka, z której pozdrowimy całą knajpę.

Co zrobić po zajęciu odpowiedniego siedziska? Zamówić alkohol i wypić pierwszą turę jak najszybciej. W zasadzie na spotkaniach alkoholowych powinno się wychylać pierwsze trzy kieliszki bez zamienienia słowa. Jak wyglądają gadki na trzeźwo? Nikt nie wie co powiedzieć, kiedy się zaśmiać. Ludzie są speszeni gdy ktoś mówi za głośno, atmosfera jest napięta. Po pierwszej flaszce wszystko się zmienia: tu gadamy o medycynie, tam o filozofii, tam o dupie Maryni. Ktoś krzyczy, ktoś się śmieje, ktoś rzyga na biust koleżanki. Wszyscy są rozluźnieni niczym zwieracz Sashy Grey, nie ma nieśmiałych osób. Gra gitara.

Gdy przebywamy z dużą liczbą znajomych czasami nie dajemy rady przebić swojego zdania wśród ogólnego poruszenia danym tematem. W tym momencie trzeba zwrócić na siebie uwagę a można to osiągnąć wypowiadając jedno z ciekawych słów. Chodzi mi o wyrazy, które zna każdy a przy których nie można przejść obojętnie. Najczęściej są to przekleństwa lecz nie te powszechnie używane. Najlepszy przykład to cipka*. Wyobraź sobie sytuację gdy osoby siedzące obok ciebie prowadzą zażartą dyskusję na temat sytuacji gospodarczej Mozambiku a ty chcesz przyłączyć się do rozmowy i wyrazić swoje zdanie. W pewnym momencie ni z gruchy, ni z pietruchy mówisz cipka. Dyskusja na chwilę ucichnie i jeśli przeżyjesz ogólne zakłopotanie możesz wbić się klinem do rozmowy. Tu muszę dopowiedzieć, że przy kobietach nie zawsze ten sposób działa, często i gęsto panie uciekają gdy słyszą ciekawe słowa**.

Ważne jest również by nie używać niektórych wyrazów. Jeszcze jakiś czas temu określenia pedał, pedalski, pedalsko były normalne. Teraz gdy idę na spotkanie w męskim gronie i nazwę kogoś pedałem nagle obrażam połowę towarzystwa i ochroniarza na dodatek. Cóż, znak naszych czasów. Kiedyś panowie wstydzili się strzelać gole do własnej bramki to i nie zwracali uwagi na mało kulturalne synonimy słowa gej. W tej chwili trzeba uważać, niby się nie rozmnażają a coraz więcej ich jest.

Pedał to nie jedyny wyraz, którego staram się unikać. Osobiście mam uraz do słów świnia i dupa, oczywiście używanych w stosunku do płci pięknej. Nie rozumiem dlaczego panie nic z tym nie zrobią, przecież gdyby kobieta określiła faceta mianem kutasa lub knura poczułaby w całej okazałości co oznacza równouprawnienie i zupełnie po męsku dostałaby w lampę. Kobiety mogą akceptować, że są świniami i dupami ale ja uważam te słowa za cholernie obraźliwe i nigdy ich nie stosowałem. Niech tylko ktoś spróbuje nazwać moją dziewczynę świnią to mu pokażę gniew wieprza.

Problematyczne jest również zakończenie imprezy. Często i gęsto opuszczam spotkania towarzyskie po angielsku. To nie tak, że nie lubię ludzi, z którymi się widuję i strzelam focha, po prostu żegnanie się pijanych osób jest totalnie żałosne. Wszyscy się tulą, całują, drą mordy stojąc pół metra od siebie. Najczęściej nikt nie wie z kim i po co się ściska ale każdemu trzeba powiedzieć ymajsienara.

Na pewno zauważyliście, że opisałem tylko spotkania, na których się pije. Co zrobić w przypadku imprez bezalkoholowych? Proste, nie przychodzić.

*Nie przewracaj oczami!

**Gdyby ktoś chciał więcej to zapraszam do prywatnej rozmowy. Nie będę pisał ich publicznie bo i tak nadużywam przekleństw.