The Star-Spangled Banner

Gruby, głupi i mówiący niczym upośledzony Anglik – taki obraz statystycznego Amerykanina kreuje się w naszych głowach. Wystarczy obejrzeć kilka filmów produkcji hollywoodzkiej by wiedzieć, iż przyjęte postrzeganie mieszkańców USA to zupełna fikcja. Oto jak wygląda dzień Amerykanina według zaoceanicznych reżyserów.

Gdy Amerykanin wstaje, na zewnątrz jest już jasno, nieważne, która jest godzina. Zaspany acz szczęśliwy człowiek udaje się do łazienki by przeprowadzić poranną toaletę. Oczywiście bierze prysznic, zawsze ma na to czas. Następnie schodzi do kuchni (po schodach, sypialnia przecież jest na górze) witając się z żoną i dziećmi, którzy siedząc przy stole czekają na naszego Johna. Wszyscy wstają o tej samej porze, nic w tym dziwnego. Amerykanin siorbie kawę z automatu i zasiada do miski pełnej prawdziwie jankeskiego jedzenia – płatków na mleku. Rodzina Smithów rozmawia sobie o różnych pierdołach zajadając poranny posiłek. Powoli, nie ma się gdzie śpieszyć. Po obfitym śniadaniu głowa rodziny proponuje, że podrzuci pociechy do szkoły. W końcu Amerykanie to naród nie w ciemię bity, zawsze budują uczelnie tak by były po drodze gdy jedziesz do pracy.

Nasz bohater wraz z dziećmi wsiadają do samochodu. Dużego samochodu, w końcu to jest Ameryka, tu wszystko jest BIG! Żona Johna, nazwijmy ją Mary również udaje się do pracy ale już innym autem. Cała rodzina odjeżdża spod dwupiętrowego, zadbanego domu zakupionego za pensje pracowników biurowych. Taki to kryzys jest w USA. Nadmienić należy, że Mary i John nie powinni miejsca zamieszkania zmienić, żadna tajemnica, że Amerykanie jak już budują nowe domy to zwykle na starych, indiańskich cmentarzyskach. W każdym razie, John po wyrzuceniu dzieciaków pod szkołą udaje się do miejsca pracy. Przed biurowcem spotyka grubego dozorcę ustrojonego w kraciastą koszulę i spodnie z szelkami. Ów pan nazywa się Bob, nie ma możliwości by było inaczej. John zmierza do biura ulokowanego na jednym z wyższych pięter. W windzie spotyka kumpla, wymienia z nim kilka zdań zakończonych zabawną pointą (dla zwykłego Europejczyka suchą jak martwy chomik leżący tydzień na pustyni). W końcu statystyczny Amerykanin siada za biurkiem zastawionym najróżniejszymi rzeczami. Zawsze jednak na blacie musi znaleźć się zdjęcie uśmiechniętych członków rodziny (na wypadek wzruszających scen, by było do czego płakać). Ponadto, choć w filmach tego nie pokazują John ma pod biurkiem stertę kartonów. Po co? Na wypadek zwolnienia, szanujący się Amerykanin zawsze wychodzi z byłej pracy dzierżąc wypakowany po brzegi karton (wspomniana fotka musi być na szczycie).

John sobie pracuje. Spokojnie, bez pośpiechu. W środku dnia udaje się ze swoimi białymi przyjaciółmi (czarni nie pracują w biurach, to chyba jasne) na lunch. Nie jakiś pedalski obiad, lunch! Zwykle jest to pora na kolejne suchary zmuszające widza do wypicia litra gazowanej Cisowianki. Po posiłku Amerykanin idzie do ubikacji. Pamiętajcie, kibel w USA to nie miejsce gdzie dokonuje się zwykłej defekacji, jeśli w filmie jest scena w klopie to będzie ona albo niezwykle ważna dla fabuły albo pojawi się któraś  z poniższych rzeczy:

  • Seks
  • Narkotyki
  • Śmierć
  • Rzyganie
  • Rozmowa z dziwnym nieznajomym siedzącym w kabinie obok

Do końca pracy John nie robi już nic ciekawego. W zasadzie nie wiadomo co on w ogóle robi, pracuje w biurze i chyba majstruje… te… biurowe rzeczy. Po fajrancie Amerykanin jedzie do domu wpadając jeszcze po drodze do supermarketu. Sklep jak sklep, różnica między ich a naszym „shopem” jest niewielka, jedynie sprzedawcy są inni. U nas zwykle siedzi  z pięć kobiet i nie wyrabiają z kasowaniem towaru a w USA wystarczy jeden, chudy, dorabiający student. Gdy John w końcu wraca do domu rodzina znów czeka na niego przy stole, wszyscy razem siadają i zajadają pizzę. Oczywiście za oknem jest już ciemno, Amerykanie wstają o 12:00 to i z roboty wracają o północy.

Pamiętajmy jednak, że życie Johna nie zawsze jest takie uporządkowane. Kłopoty nie są częste ale jak już to sprawia je żona. Wiedz, że coś się dzieje jeśli Mary zamiast podać Johnnemu kolację pod nos mówi: „odgrzej sobie coś”. Gdy Amerykanin usłyszy takie słowa to albo małżonka zdradziła go z szefem albo dowiedziała się o zdradzie męża. Co by to nie było, John wsiada w samochód i jedzie na wzgórze obserwować oświetlone gmachy chicagowskich budynków mieniące się pod rozgwieżdżonym niebem niczym… em… jakieś piękne, świecące rzeczy. Oczywiście w tle przygrywa stary, smętny przebój a twarz Johnnego zalana jest szczerymi łzami.

Amerykanin w czasie posiedzenia na masce samochodu wymyśla co powiedzieć żonie. Jak wiadomo, przekonanie, iż mieszkańcy USA to głupi ludzie można włożyć między bajki. John wraca do Mary i wali z grubej rury niczym pomieszanie Mickiewicza z Gombrowiczem:

Kochanie, wiem, że nie jestem ciebie wart lecz chciałbym wyznać co czuję. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, jesteś niczym hamburger i frytki, każdego dnia zadaję sobie pytanie dlaczego zagryzam bułkę ziemniakami lecz przecież wiem, że to po prostu sens mojego życia. Nie mógłbym istnieć bez ciebie, chciałbym codziennie być przy tobie, dotykać twej skóry,  oglądać z tobą wieczorami programy telewizyjne siedząc na naszej kanapie ustawionej naprzeciw schodów, jeździć starym Cadillakiem do ubogich znajomych by grillować przy ich basenie i czytać naszej córeczce bajeczki na dobranoc wysłuchując jej egzystencjalnych problemów absolutnie nazbyt dojrzałych jak na jej wiek. Po prostu aj law ju Mary.

No i seks. Przy płonącym kominku. Niestety pokażą tylko kawałek cycka, świnie.