Where did you sleep last night?

Kiedyś, jeden z moich znajomych wyznał mi, że zdradził swoją długoletnią partnerkę. Wiecie co wtedy zrobiłem? Zdobyłem numer telefonu owej dziewoi i wszystko jej wygadałem. W dupie miałem męską solidarność i ewentualne oskarżenia o donosicielstwo. Oszukiwanie ukochanej osoby uważam za totalne skurwielstwo, toteż zdradzających traktuję tak jak na to zasługują.

Na wstępie muszę wyjaśnić jedną rzecz, co by fanki owłosionych nóg i aborcji (czyt. feministki) nie podnosiły zbyt wcześnie rabanu – zdrada jest zdradą, niezależnie kto się jej dopuszcza. Panie mają ten problem, że wszystkie rzeczowniki synonimiczne z ludźmi lekkich obyczajów są rodzaju żeńskiego (przypadek?), ale w tej notce jesteśmy równi. Nie przekonują mnie nawet biologiczne teorie jakoby faceci stworzeni byli do poligamii – po to mamy moralność by hamować popędy. Nie jest dla mnie ogierem mężczyzna zmieniający kochanki jak bronie w GTA – kurwa to kurwa, co za różnica czy macha penisem czy pochwą?

Wracając do sytuacji z kumplem, co skoczył w bok a lądując stanął tak niefortunnie, że zniszczył sobie związek – bez cienia wyrzutów sumienia przyznaję, że walnie się przyczyniłem do jego rozstania z partnerką. Jestem jeszcze dość młody, lecz mam pewne wyrobione przekonania. Można kogoś nie lubić, ale szacunek trzeba okazywać każdemu. Jeżeli ktoś nie szanuje nawet osoby, którą – jak twierdzi – kocha, to kwalifikuje się do pobytu w szpitalu psychiatrycznym.

Moim zdaniem, cały problem polega na dewaluacji słów kocham cię. Według tępaków łażących po świecie, zwrot ten mówi jedynie o uczuciu, które każdy rozumie indywidualnie. Błąd. Jeżeli informujemy kogoś, że go kochamy a on odpowiada tym samym, zawieramy niepisaną umowę:

Chcę być tylko dla ciebie, tobie poświęcić intymne sfery życia – zarówno fizyczne jak i psychiczne. Akceptuję swoją i twoją indywidualność, lecz z tobą chcę dzielić łóżko, kosz na pranie a może nawet konto na Steam. Darzę cię szacunkiem i od ciebie oczekuję tego samego.

Niestety, żyjemy w takich czasach, że zdrada jawi się jako coś naturalnego. Aktorzy, muzycy, politycy i wszelkiej maści celebryci puszczają się nagminnie a zachwycone portale plotkarskie rozpisują się na ten temat. Gdy dodamy do tego totalną wolność seksualną nietrudno o potknięcie na wyboistej drodze życia z ukochaną osobą.

Użyłem ukrytego sarkazmu. Ludzie uwielbiają się usprawiedliwiać po doprawieniu rogów. Jak dla mnie, nie ma żadnego, logicznego wytłumaczenia dla zdrady. Nikt nikomu nie przystawia pistoletu do skroni nakazując zdjęcie majtek (chyba, że gwałciciel, ale to inna para kaloszy). Jeżeli człowiek szanuje swoją moralność, ma ukształtowany system wartości nawet przez myśl mu nie przejdzie, by oszukać osobę, której obiecał wierność. Oczywiście, kretyni i kretynki dorabiają sobie filozofie mające tyle samo wspólnego z normami obyczajowymi co ja z Leonardo DiCaprio. Moim ulubionym hasłem jest: jak suka nie da to pies nie weźmie. Już samo porównywanie kogoś do zwierzęcia jest wystarczającym dowodem na jego niską wartość intelektualną. Poza tym, cóż to za głupie usprawiedliwienie? Zdradziłem, bo koleżanka z pracy akurat dawała? No cholera, właśnie na tym sztuka polega by w natłoku tańszych i droższych tyłków zawsze odmawiać obcowania z nimi. Kolejnym, stałym elementem obrony jest zasłanianie się upojeniem alkoholowym. Brawo, brak ci odwagi by przyznać się do błędu. Jeżeli faktycznie nie pamiętasz skoku w bok to cóż z ciebie za istota rozumna, skoro prosty związek chemiczny potrafi sterować twoim zachowaniem? Zdrada czyni cię szmatą a zasłanianie się C2H5OH podnosi twoją moralność do poziomu megaszmaty! Jak się dobrze napniesz to włosy łonowe zalśnią ci niczym fryzura u supersayana. Często też leci tekst typu: to było tylko raz. Genialny argument. Jak będę miał rozprawę w sądzie to go użyję – tak, zabiłem go, ale tylko raz.

Choć może się to wydać nieprawdopodobne, ja też jestem człowiekiem i mam swoje słabości. Natrafiałem na sytuacje, gdy od zdrady dzieliły mnie jedynie minuty. Nie miałem jednak problemu z panowaniem nad sobą dzięki prostej zasadzie – zawsze myślę, jakbym się czuł gdyby moja partnerka robiła, to co ja teraz. Jeżeli zdecydowałem się poinformować kogoś o swoim uczuciu to biorę na barki odpowiedzialność za dobro drugiej osoby i choćby tańczyły przy mnie roznegliżowane modelki nie ma szans bym dopuścił się jakiegokolwiek czynu lubieżnego. Prawdopodobnie miałbym problemy czysto fizyczne z podejściem do stosunku – uprawianie seksu bez zaangażowania emocjonalnego to zupełnie nie moja bajka. Akt zachodu i wydanej kasy niewarty. Ponadto, myśl o tym, że luba właśnie gotuje dla mnie obiad zupełnie nieświadoma tego, iż mieszam swoje soki z inną kobietą byłaby niczym kamień przywiązany do mojego przyrodzenia.

Tu pojawia się kolejny, zupełnie niezrozumiały element życia z kochankiem/kochanką. Po co komu dzielić rzeczywistość na pół? Przecież mając drugiego partnera trzeba trwać w ciągłym strachu i zakłamaniu, patrzeć ludziom w oczy i wciąż udawać. Nie wierzę w miłość do kilku osób jednocześnie, jeżeli ktoś decyduje się grać na dwa fronty tak naprawdę nie kocha (chyba, że samego siebie). Staram się to sobie wyobrazić – wracam do domu, całuję się z małżonką, bawię się z dziećmi, po czym jadę do kochanki i baraszkuję z nią w łóżku. Mózg rozjebany. Chyba bym umarł z nadmiaru zeszmacenia, po prostu dostałbym szmacianego wylewu i nitki wyłaziłyby wszystkimi otworami ciała.

Pamiętajmy, że zdradą nie jest tylko współżycie poza związkiem. Tak samo, może niekiedy nawet bardziej, boli oszustwo psychiczne. Nie uwolnimy się od seksualności i zawsze będziemy zwracać uwagę na atrakcyjnych przedstawicieli przeciwnej płci. Problem zaczyna się gdy bardziej ciągnie nas do zupełnie innej osoby niż nasz partner. Chcemy z nią spędzać czas, rozmawiać, dotykać. Zachowując silną wolę możemy się od tego uwolnić, lecz z doświadczenia wiem, że znacznie trudniej zablokować myśli niż popędy. Cóż można zrobić z ciężkimi wieczorami, niepoprawnymi snami, ciągłą tęsknotą świdrującą serce? Przyznanie się do tego typu zdrady będzie dla partnera olbrzymim szokiem, ale potrafię zrozumieć osoby, które ją ukrywają. Powiem więcej – bardzo mi ich żal. Aby nie uprawiać seksu wystarczy zostawić zapięty rozporek, umysł zaś rządzi się własnymi prawami a zagłuszenie go to zadanie często niewykonalne. Kto nie doświadczył, lepiej niech się modli, by nigdy go to nie dopadło. Leżysz przy wspaniałym człowieku, wiesz, że kocha cię on bezgranicznie, zaś mózg podsuwa do oczu twarz kogoś innego. Choćby wsadzić igłę pod czaszkę i wydłubać pragnienia.

Nie chcę moralizować. Każdy ma swoją głowę i swoją dupę. Zachęcam tylko do szanowania innych ludzi, szczególnie, że mówiąc im kocham oznajmiamy, iż na poważanie zasługują. Osobiście myślę, że moje partnerki nigdy mnie nie zdradziły. Jeżeli jednak któraś błysnęła niewiernością, próżno szukać we mnie żalu. Mam tylko nadzieję, iż dobrze smakowałem nowemu kochankowi.

Tarcza szmato!

Nocny pociąg z mięsem

Święta czasem powrotów są i basta. Wracamy do domów, do rodziny by w tradycyjny sposób spędzić wigilię i Boże Narodzenie. Oczywiście, jak podróż to PKP. Jak PKP to śmiech przez łzy.

Osobom niegustującym w wycieczkach po torach brak świadomości ogromu zmian, które zaszły w Polskich Kolejach Państwowych. No, może ogrom to za duże słowo – różnica jest jedna, ale za to zasadnicza: kupując bilety na pociąg TLK (najprościej mówiąc – dawne pośpieszne) otrzymujemy wyznaczone, zarezerwowane miejsce. Dzięki temu rozwiązaniu przewoźnik wie ile siedzisk będzie potrzebnych i każdy ma gdzie rozłożyć dupsko. Genialne w swej prostocie? Niekoniecznie.

Miałem okazję przekonać się na własnej skórze, że o ile sam pomysł jest dobry, w naszych realiach, trudno wprowadzić go w życie. Wczoraj, na trasę Tczew – Mońki również otrzymałem zaklepane miejsce siedzące. Grzecznie odnalazłem swój przedział, lecz w pełni świadom konsekwencji zdecydowałem się rozłożyć klamoty na korytarzu i podróżować w pozycji stojącej. Dlaczego?

  1. Na moim fotelu siedziała babinka ze cztery razy starsza ode mnie. Jestem chłopak wrażliwy, miękkie serce mam, więc nie wyrzucę jej z przedziału by szukała swego miejsca. Co prawda, jeżeli przeżyła wojnę i komunę, to stojący trip do Białegostoku też by jej nie złamał, ale czyż mógłbym być aż tak okrutny?

  2. Wagonów podstawiono na styk, byle zmieścić tylu ludzi ilu trzeba. Na malutkich przestrzeniach przedziałów stłoczono po 8 osób. Ludzie oddychają, pierdzą i się pocą. Temperatura wewnątrz oscylowała w granicach 40o C a powietrze gęste niczym kisiel śmierdziało jak tygodniowa kanapka z pasztetową i cebulą.

  3. W moim przedziale siedziała dziewczyna z zespołem Down’a. Oczywiście nic nie mam do trisomii któregokolwiek chromosomu i darzę ludzi chorych pełnym szacunkiem. Ona po prostu darła mordę. Ja nienawidzę gdy ktoś drze mordę. Chyba, że jest to Chester Bennington. Jednakże, gdyby Linkin Park stracili wokalistę i rozpisali casting na nowego frontman’a, owa dziewoja byłaby na szarym końcu listy zaraz za torturowaną kozą.

Ile jest winy PKP a ile podróżnych pozostawiam do waszej oceny. W każdym razie, wybrałem najlepszy element korytarza – przy oknie, nad jarzeniówką, niedaleko kibla (lecz w takiej odległości by nie śmierdziało fekaliami), nawet z wieszakiem na odzież wierzchnią (ze ściany wylazła do połowy jakaś śrubka). Również umęczonemu tyłkowi mógłbym przynieść ulgę, bo jakiś mądry jegomość zamontował rozkładane krzesełka. Niestety, w pociągu tłum, więc co chwila ktoś latał po korytarzu – to jakiś szczyl do kibla, to konduktor bilety sprawdzał, to dzieci grały w barka, to bardzo miły pan z WARS-u tarabanił się ze swoim wózkiem taranując każdą nieostrożną istotę bytującą między przedziałami a oknami (oczywiście nie ja jeden jechałem w pozycji stojącej).

Siłą rzeczy, mnie również przycisnęły potrzeby fizjologiczne i w akompaniamencie narzekań niezadowolonych podróżnych czatujących wraz ze mną w przejściu, udałem się do toalety. Żadnego zaskoczenia. No, może jeden szkopuł – cały sedes (deska też) był obsrany a to nie zdarza się często nawet w pojazdach PKP. Współczując paniom oraz osobom o słabych żołądkach, opróżniłem pęcherz. Woda do spuszczenia wydalin? Zapomnij. Mycie rąk? Dla pedałów. Podróż pociągiem to nie szkółka niedzielna, tu przetrwają tylko najsilniejsi!

Wróciłem na miejsce i twardo stałem obijany co i rusz jakimś bagażem. Starałem się jak najmniej przeszkadzać wsiadającym jak i wysiadającym, więc w pewnym momencie przemogłem się i wlazłem do cuchnącego przedziału. Po kilku minutach przyszedł ktoś z numerkiem zajętego przeze mnie siedzenia na bilecie. Cudownie.

Znów pod okno. Przez jakiś czas czytałem ciekawą książkę, ale ile można zagłębiać się w lekturze? Jedyną alternatywą było oglądanie widoków za szybą. Ogólnie nieźle, lasy i pola nie robiły ani pozytywnego ani negatywnego wrażenia. W końcu jednak dotarliśmy do stacji Pasłęk. Nigdy nie byłem w tym mieście, nie mogę wypowiedzieć się o nim jako całości, ale sam dworzec… koszmar. Zdezelowane budynki wzniesione z cegły pamiętającej czasy, gdy miasto nazywało się Pasłenken, menele pałętający się po brudnych, popękanych chodnikach oraz rzecz wieńcząca dzieło niczym nasienie we włosach aktorki porno – zsyp na węgiel zatkany oparciem kanapy. Kojarzycie taki tekst: Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy? Spokojnie koledzy i koleżanki Pasłęczanie (?). Pochodzę z Moniek, więc mam prawo obrażać inne miasta, gdyż moja rodzinna miejscowość to jedna wielka perła stylu apteki, kwiaciarnie i szmateksy na każdym kroku.

Muszę również podziękować PKP za otwarcie mi oczu na pewną sprawę. Powinienem popracować nad swoim imidżem by być bardziej rozpoznawalnym. Jeden konduktor sprawdzał mi bilet z pięć razy nie mogąc zapamiętać mego obrośniętego lica. Tym samym, moje papierowe pozwolenie na przejazd wyglądało jak prostytutka po bukkake. Może trzeba nagrywać vlog? Stanę się sławny i kiedyś nawet pojadę na piękne oczy? Niee… wtedy rozpoznałby mnie ktoś z Pasłęka i zaczopował okna moimi meblami.

Życzę wszystkim wesołych świąt. Wszystkim bez wyjątku. W zasadzie, gówno mnie obchodzi jak spędzicie Boże Narodzenie, ale wolę abyście byli w te dni szczęśliwi. Nic mi od ludzkiej radości nie ubędzie, a fajnie by było widzieć wasze uśmiechnięte twarze.

Czyż to nie szczere życzenia, hę?

Wyjściowa 11 2013!

Kres roku zbliża się nieubłaganie. Zawsze, gdy coś się kończy nadchodzi etap podsumowań. Mijające 12 miesięcy zamykam w muzycznych klamrach. Nic lepiej nie odzwierciedla nastroju niż playlista z odtwarzacza. Toteż zapraszam do zapoznania się z moją wyjściową jedenastką roku 2013. Enjoy!

11. My Body is a Cage – Peter Gabriel

Motyw zasłyszany w popularnym serialu House M.D.. Nieszczególnie lubię twórczość Peter’a Gabriel’a, lecz ten kawałek powalił mnie szczerym tekstem i bardzo emocjonalnym wykonaniem. Słuchany szczególnie często na początku roku, później już nie było takiej potrzeby – tytułowa klatka znikła.

 

10. Marian – Kowalski

Utwór towarzyszący mi podczas nocnych dyżurów w pubie. Niewesoła, tęskna pieśń o czasach młodości. Muzycznie nic porażającego, ale sam tekst potrafi przenieść człowieka w przeszłość. Przestałem słuchać o Marianie, co ze schodów spadł, gdy zrozumiałem, iż wcale nie chcę wracać do dawnych lat. Mimo to, katowałem się nutą do granic rozsądku podczas sprzątania brudnych kufli po hordzie zapitych w sztok debili.

9. Dovahkiin – ?

Fus – Ro – Dah bitches! Motyw przewodni świetnej gry z serii The Elder Scrolls – Skyrim. Wiele można następcy Oblivion’a zarzucić, ale na pewno nie brak klimatu budowanego w dużej mierze przez fenomenalną oprawę dźwiękową. Przyznajcie sami, słuchając tego utworu aż chce się chwycić miecz i utłuc jakiegoś smoka. Jaki wpływ miał Dovahkiin na mnie? Człowieku, daj mi tylko jakiegoś przerośniętego jaszczura to zobaczysz!

8. Reptile’s Theme – Skrillex

Mówcie sobie co chcecie, ale ja lubię dubstep. Reptile’s Theme słuchałem na tyle często, że nadwyrężyłem sobie mięśnie szyi od machania głową. Zasłużone miejsce na liście, bo muzyka ma przede wszystkim bawić. Kawałek obecny przez cały rok i chyba nigdy się nie znudzi.

7. Życie Depcze Wyobraźnię – WWO

Co prawda, WWO jarałem się znacznie bardziej kilka lat temu, lecz w tym roku tenże utwór wrócił do mojej świadomości ze zdwojoną siłą. Co w nim takiego jest? Świetny tekst, z którym zgadzam się w stu procentach Są hip-hopowe nuty gdzie warstwa liryczna zapiera dech w piersiach, ale tylko Życie Depcze Wyobraźnię jest dla mnie odzwierciedleniem własnych przekonań.

6. In Your Face – Die Antwoord

Pierwszy utwór z płyty $O$. Nie powalił mnie na kolana, choć zaciekawił. Przesłuchałem cały longplay. Później drugi raz. Trzeci. Dziesiąty. In Your Face umieszczam na liście nie tylko by podkreślić $O$ jako całość. Mimo początkowej niechęci, właśnie ten kawałek stał się moim ulubionym.

5. Pennyroyal Tea – Nirvana

Osobisty, ponadczasowy hit. Nie jestem wokalnie utalentowany, ale ten utwór mogę śpiewać nawet w towarzystwie. Lubię go szczególnie za te dwie linijki:

Sit and drink Pennyroyal Tea
Distill the life that`s inside of me

Człowiek się starzeje, dziewczyny wyrzucają mu ulubione, porozciągane swetry a trampki jakby ścierają się wolnej. Ciężko w tych warunkach lubić grunge, lecz nikt nie mówił, że będzie łatwo.

4. Hoppipolla – Sigur Ros

Tu zaczyna się prawdziwy kłopot. Zarówno ten świetny kawałek chłopaków z mroźnej Islandii, jak i kolejne dwie piosenki spokojna można dowolnie zamieniać miejscami. Każda z nich miała swój czas, swój kwartał. Jeżeli chodzi o Hoppipola, właśnie teraz namiętnie słucham tej melodii i umieszczam ją poza podium tylko dlatego, że z trzech, spornych utworów ma najmniej odsłuchań. Biorąc pod uwagę, iż nie za bardzo znam islandzki znacznie bardziej zachwycam się samą muzyką, lecz jeżeli tłumaczenia znalezione w internecie są poprawne, warstwa liryczna jak najbardziej mi pasuje. Do tego – w końcu to Sigur Ros – mamy świetny teledysk.

3. Little Talks – Of Monsters and Men

Pierwszy kwartał tego roku (oraz grudzień 2012). Czas rozdarcia między sercem i rozumem gdzie ostateczne zwycięstwo odniósł ten drugi. Piosenka zaś wtargnęła do mej głowy i za nic w świecie nie chciała z niej wyjść. Inna kwestia, że wcale nie śpieszyłem się z jej eksmisją. Wraz z Pennyroyal Tea miała zagłuszyć wrzeszczące myśli. Jako, że się jej udało, nagrodzona zostaje miejscem na podium

2. Radioactive – Imagine Dragons

Jedna z najlepszych piosenek jakie w życiu słyszałem. Gdybym komponował muzykę, brzmiałaby właśnie tak. Świetnie mi się słucha tego kawałka, choć nie kojarzy mi się on zbyt dobrze. Bywały jednak takie dni, że z głośników leciała tylko ta melodia. Notabene, płyta, z której pochodzi utwór jest katastrofalnie słaba. Chwała jednak Smokom za to że nagrali Radioactive. Jak dla mnie, nie muszą robić już nic więcej.

1. For River – Kano Gao

Zapewne osoby, które mnie znają spodziewały się, że Radioactive zajmie miejsce pierwsze, gdyż to tym utworem jarałem się publicznie. Nie było takiej możliwości. Wygrała moja wrażliwsza strona, której istnienia sam do końca nie byłem świadom. Jak sądzę, jeżeli odsłuchacie For River kompletnie nie zrozumiecie czym się tak ekscytuję. Możecie też mieć dość mej fascynacji grą To the Moon. Widzicie, jestem człowiekiem raczej nieczułym, zwykle nie okazuję emocji – ani pozytywnych, ani negatywnych. Ponadto, zachwycić mnie czymś jest niezwykle trudno. Wzruszyć to już w ogóle. Jednakże studiu Freebird Games się udało. Abyście nie pomyśleli, że totalny ze mnie geek, nie jaram się samą grą. Powiem więcej, gdybym miał oceniać ją jako całość dostałaby może 5 w dziesięciopunktowej skali. O co więc chodzi? Gdy osoba, która poleciła mi ten tytuł (za co serdecznie jej dziękuję) powiedziała mi, że Patryk „Rojo” Rojewski płakał gdy nagrywał z niej materiał, pomyślałem, że to musiało być udawane. Stawiam, że jednak nie było, jako że i moje oczy były jakoś dziwnie mokre, gdy odkrywałem losy Johnnego i River. A nie uroniłem łzy nawet na Królu Lwie! Historia i muzyka – to rzeczy, które wbiły mnie w fotel i zostaną w mej pamięci na zawsze. Zresztą, jeżeli coś zmienia twoje postrzeganie miłości, musi być mocne.

Jestem ciekaw, czy powyższa lista jest dla kogokolwiek zaskoczeniem. Mnie osobiście dziwi brak utworów polskiej trójcy – Myslovitz, Negatyw, Lao Che. Poza tym, jakoś tak mało rockowo w tym roku. No i pierwsze miejsce, którego sam bym się po sobie nie spodziewał. Cóż, tak to wyglądało. Mam nadzieję, że w 2014 nareszcie wpadnę pod jakiś tramwaj i kolejnego podsumowania nie będzie.

Notka politycznie niepoprawna

Wybrałem się dziś do sklepu celem zakupu artykułów pierwszej potrzeby (alkohol, papierosy i takie tam). Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem stojącego za ladą… Cygana. Obsłużył mnie, wydał należną resztę i grzecznie podziękował.

Oczywiście żartuję. Przez całe dwadzieścia kilka lat mego parszywego życia, nigdy nie widziałem pracującego Roma. Nigdzie. Chyba, że wystawanie przed blokiem z setką brudnych, drących mordy bachorów można uznać za pracę. W mediach o tym nie usłyszycie, bo ogranicza nas fałszywa tolerancja. Nie wytatuowałem sobie na czole swastyki ani nie noszę białych sznurówek, lecz oceniam wszystkich równo.

Cyganie, jacy są, każdy widzi. Oni nie rozmawiają, oni wrzeszczą. Możliwe, że pracują tylko w ściśle tajnych strukturach, przez co pozostają zawodowo niewidzialni. Tłumaczyłoby to, skąd biorą kasę na wychowanie hordy dzieci. Mogą też żyć z pomocy społecznej, wysyłać kobiety pod kościół oraz zwyczajnie kraść. Nie, co ja plotę. To przecież niemożliwe, na pewno ktoś by się tym zajął.

Kolejną nacją, z którą Polacy mają problem są Żydzi. Wciąż jesteśmy postrzegani jako antysemici i sami na to miano solidnie pracujemy. Ale co poradzisz skoro:

W Sejmie Żydy.

W ZUS Żydy.

W TVN Żydy. I Masony.

Jeżeli powiem do kogoś ty Cyganie, zabrzmi to raczej zabawnie niż obraźliwie. Za to ty Żydzie nie pozostawia złudzeń – zaraz będziemy mieli solidną kłótnię.

Z drugiej strony, media starają się łagodzić sytuację i traktują Żydów jak powietrze…eee… Nie, że jak część atmosfery tylko… No wiecie o co chodzi.

Lepiej w ogóle o nich nie mówić i nie pisać, bo wszystko może zabrzmieć antysemicko. Zestawienie w jednym zdaniu słów Żyd i gaz to jak igranie z ogniem. W ogóle, co ja za głupoty piszę, powinienem spalić się ze wstydu. Znaczy… Cholera.

Zostawmy to, mamy przecież inne mniejszości w naszej wspaniałej ojczyźnie. Coraz więcej pojawia się Arabów choć daleko nam jeszcze do Niemiec czy Francji. Mimo wszystko, Polacy już teraz mają opory przed wpuszczaniem pod swe strzechy fanów Allaha. Wydaje mi się, że nie rozumiemy ich odmiennej kultury. Polak lubi sobie posiedzieć przed telewizorem a Arab wysadzić pół miasta. Co kraj to obyczaj. Poza tym, musicie być wyrozumiali dla właścicieli kebabowni. Ich religia jest twarda i narzuca im wiele ograniczeń (nie można pić alkoholu i spożywać wieprzowiny), nakręcając tym samym ich frustrację. Jak powiedział Jim Jefferies:

You take bacon and beer away from me and I’ll fly a plane into a fucking building

Na szczęście, przyzwyczailiśmy się już do widoku Murzyna… Czarnego… Afroamerykanina… Raczej Afropolaka. Sam już się pogubiłem, która forma jest poprawna. Nie zmienia to faktu, że czarnoskórzy na ulicy przestają być widokiem niecodziennym. Mimo wszystko, wciąż kojarzymy ich z niewolnictwem, bawełną i kradzieżą rowerów. Strasznie spłycamy uzdolnienia afrykańskich przyjaciół. Mój Murzyn, na przykład całkiem nieźle gotuje i sprząta.

Mam kilku znajomych pochodzących z mroźnych krain – Rosji, Białorusi i Ukrainy. O ile Mężczyźni ze wschodu nie mają problemu z akceptacją w naszym społeczeństwie, o tyle kobiety wciąż postrzegane są jako główny towar eksportowy dawnych republik radzieckich. Jakiś czas temu, dostało się Wojewódzkiemu i temu drugiemu, którego nikt nie zna za obrazę Ukrainek. Słusznie. Żadna z moich znajomych nie jest prostytutką. Albo jestem aż tak brzydki, że się nie przyznały. Jednak wydaje mi się, że rozwiązłość pań zza Buga to tylko stereotyp. Proponowałbym zwrócić uwagę na nasze kobiety, które na zachodzie mają gorszą opinię niż u nas Rosjanki. Zatkało kakao? Bo Polkom wyjeżdżającym do Wielkiej Brytanii zwykle odtyka (ba dum tss).

Pamiętajcie, że my też stanowimy mniejszość narodową w większości krajów na świecie. Czas uświadomić sobie, że nie jesteśmy szczególnie lubiani wśród Niemców, Anglików czy Amerykanów i zasłużyliśmy w pełni na złą opinię. Nie muszę nawet wyjeżdżać z kraju by być tego pewnym. Wystarczy mi obcowanie z Polakami na własnym podwórku. Skoro tutaj kradniemy, pijemy, kurwujemy i oszukujemy to nawet nie chcę myśleć jaki poziom prezentujemy na obczyźnie.

Pisząc ten tekst, absolutnie nie miałem na celu przekazania rasistowskich przekonań. Chciałem zwrócić uwagę na schematyczność naszego myślenia oraz brak dystansu do siebie i innych. Czytanie obraźliwych rzeczy o obcych jest zabawne, ale jak wspomniałem o naszych kobietach dających dupy w Londynach i Berlinach, mina trochę zrzedła, prawda? Chcecie wyśmiewać innych? Nauczcie się najpierw kpić z siebie samych. Jeżeli zaś jesteś obcokrajowcem i czytasz moje wypociny, również nie grzej bomby. No, chyba, że jesteś Arabem.

Pytań 100

Stare, indiańskie przysłowie mówi, iż nie ma głupich pytań. Każdy choć raz przekonał się, że to bzdura. Z drugiej strony, istnieje znacznie gorszy gatunek pytań – wnerwiające. Żeby było śmieszniej, większość z nas je stosuje czując, iż denerwują niczym zagięte majtki w tyłku, dopiero gdy ktoś wystosuje daną kwestię do nas.

  1. O czym myślisz?

Legendy głoszą, że kiedyś jakiś facet odpowiedział zgodnie z prawdą. Dane są niepotwierdzone, gdyż biedaczek, trzy sekundy później, leżał w kałuży krwi zaszlachtowany przez własną partnerkę. Trzeba sobie jasno zaznaczyć – mężczyzna albo nie myśli o niczym, albo ma w głowie totalne pierdoły. Kobieta zaś myśli o wszystkim i to wszystko jest ważne. Toteż zadawanie tego pytania nie ma sensu. Obie strony i tak się nie zrozumieją.

  1. Co tam słychać?

W normalnych warunkach, nie ma w tym pytaniu niczego wkurzającego. Problem pojawia się, gdy usłyszymy je z ust osoby niewidzianej od dobrych kilku miesięcy czy lat. Co wtedy rzec? Od czego zacząć? Nie wiem jak wy, ale ja zawsze odpowiadam jakoś wymijająco, byle temat się urwał – A, jako tako. Wiesz… hemoglobina, woda… taka sytuacja.

  1. I co, nie działa?

Oczywiście, że działa! Tak sobie ślęczę nad rozpizganym odkurzaczem żebyś się głupio pytała! Specjalnie użyłem rodzaju żeńskiego, bo kobiety mają w nawyku o takie debilizmy zagadywać. Jeżeli pan domu w końcu raczył zajrzeć do twego uszkodzonego narzędzia pracy, to mu nie przeszkadzaj. Co prawda, przez pewien czas nie możesz zająć się swoim hobby, lecz przecież masz też inne zainteresowania. Idź, ugotuj coś.

  1. Zrobiłeś to, o co prosiłam?

Nie zdążyłem zrobić wszystkiego, ale zaraz się tym zajmę.

W tym momencie do głosu dochodzi panika. Facet spina poślady, stara się pobudzić choć jedno połączenie neuronalne, by za wszelką cenę przypomnieć sobie czego ta baba chciała.

  1. Co myślisz o <imię>?

O, nie nie nie! Tam są drzwi, możesz przez nie spokojnie spierdalać. Z tego pytania podstęp aż wycieka. Niezależnie od odpowiedzi, skazujemy się na przynależność do jakiegoś chorego obozu. Ja wolę się nie pakować w bagno plotek przeplatanych hipokryzją.

  1. Czy ty mnie jeszcze kochasz?

Ten tekst musi paść kompletnie z dupy, bez sygnału ostrzegawczego. Po prostu siedzisz sobie przed telewizorem a tu nagle z grubej rury. Ze mną jest chyba coś nie tak. Choć sam tego pytania nigdy nie zadałem, do mnie kierowano je parokrotnie. Raczej nie zrozumiem wątpliwości wynikających ze zbyt rzadkiego mówienia dwóch, najzwyklejszych słów

  1. Możesz mi pomóc?

Czytaj: możesz zrobić to za mnie?. Mam taką naturę, że zwykle godzę się i wyciągam pomocną dłoń. Muszę dodawać, że w 99% przypadków później tego żałuję?

  1. Źle się czujesz?

Magiczne pytanie. Zwykle przed jego usłyszeniem wszystko jest ze mną w porządku. Gdy tylko ktoś mi je zada, zaczyna mnie głowa boleć, w karku strzyka i jakoś ciemno przed oczami się robi. Może nieświadomie używamy potężnej, starożytnej klątwy.

  1. Kiedy się żenisz/wychodzisz za mąż?

To pytanie mnie śmieszyło. Przez pierwsze 167 razy. Teraz, gdy je słyszę, nóż mi się w kieszeni otwiera, chociaż wcale go nie noszę. W ogóle, zawsze wydaje mi się, że ludzie sobie ze mnie kpią pytając o ślub. Przecież dobrze wiedzą, że mój kot bardziej nadaje się do zakładania rodziny niż ja. Jeżeli uważacie, że to przedni żart poruszać kwestie żeniaczki – proszę, odpuśćcie.

Tyle mi się przypomniało. Nadchodzą święta, wrócę w rodzinne strony, więc pewnie spotkam gros pytań z powyższej listy. Gratisowo dojdą kolejne, których akurat w łepetynie nie noszę. Zresztą, co ja komu będę gadał. Większość z nas niedługo usłyszy: żonę jakąś przywiozłeś?.

A ha ha ha! Fuck you.