Comfortably numb

Większość z nas, mimo braku talentu lubi czasami coś stworzyć. Jeden śpiewa, drugi rysuje a trzeci rzeźbi w gównie – taka potrzeba bycia artystą. Ja również lubię realizować się poprzez nikomu niepotrzebną czynność czyli pisanie. Pomyślmy logicznie – po co ja w ogóle prowadzę tego bloga? Chcę zakomunikować światu: patrzcie, jestem zajebisty i samodzielnie myślący! Jako, że potrafię jedynie układać litery w słowa, (z tworzeniem zdań jest już gorzej) w ten właśnie sposób pokazuję się społeczeństwu.

Jak wspomniałem we wcześniejszej notce, miałem ostatnio straszną blokadę i mimo najszczerszych chęci nie mogłem skleić linijki tekstu. Fatalna sprawa! Tego bloga nikt nie kontroluje, więc mogłem go spokojnie olać. Pozostały jednak zobowiązania wymagające pisanie na czas. Dzień, dwa dałem sobie spokój. Pomyślałem, że muszę odpocząć. Niestety, problem okazał się gruby jak murzyńskie prącie.

Po dwóch tygodniach marazmu wciąż siedziałem tak jak teraz, z kciukami obok spacji patrząc na pustą, wirtualną kartkę. Zaczynałem zdanie, by po sekundzie dusić Backspace. Znowu gapiłem się w biel przysłoniętą kurzem z ekranu. Zdanie. Backspace. Zdanie. Backspace. Tak do porzygu.

Musiałem coś zrobić, musiałem sobie jakoś pomóc. Musiałem zabrać się do roboty!

Oczywiście zacząłem na ostro. Następnego dnia, zaraz po powrocie z pracy odpaliłem YouTube i oglądałem kompilacje wypadków.

Później zjadłem obiad.

Najedzony leciałem już na pełnym gazie. Włączyłem Worda.

Po czym wróciłem do YouTube.

Popatrzyłem na straszący pustką dokument i zmartwiłem się na tyle, że… nadal oglądałem filmiki.

Jakież to było beznadziejne! Czy jednak nie pamiętacie etapu w swoim życiu, gdy zachowywaliście się identycznie? Ważny projekt? Praca magisterska? List do ukochanej osoby? Choćby losy świata zależały od napisanego przez was tekstu, litery nie chcą spłynąć na papier! Nawet fizjologia w takich chwilach przeszkadza. Nienaturalnie często zachciewa się szczać, w żołądku wciąż burczy a plecy swędzą jak pojebane.

Jeszcze tego samego dnia porozmawiałem ze znajomymi na Facebooku. Dobra, ze znajomą. Użyłem liczby mnogiej bo chciałem być fajny. W każdym razie, miałem nadzieję, że luźna pogawędka mnie nakręci. Zadzwoniłem również do domu rodzinnego. Nic z tego, kartka wciąż pusta.

Kolejnego dnia sprzątałem. A dobrze wiemy, że porządkowanie pokoju przy natłoku roboty jest oznaką kompletnej desperacji. Gdy półki lśniły czystością, usiadłem przed komputerem.

Ależ na tym Kwejku dużo śmiesznych rzeczy! – pomyślałem i zapłakałem.

Następny wieczór, następna strata czasu. Doszedłem do tego etapu, że patrzyłem zafascynowany przez okno na delikatne krople deszczu rozbijające się o psie gówno wystające spod topniejącego śniegu.

Postanowiłem poszukać pomocy w internecie. Na jakiejś mądrej stronie wyczytałem, że najlepiej pisze się po alkoholu.

Zaopatrzyłem się w piwo oraz orzeszki po czym zasiadłem przed laptopem. Powiem wam, to działa! Trzepałem w klawisze jak nakręcony. Problem w tym, że wytrzeźwiałem i musiałem czytać tekst stworzony na rauszu…

Co myślałem, że piszę:

Serce Michała przepełnione żalem po stracie Agnieszki miotało się wewnątrz ciała niczym ptak uwięziony pośród gęstych gałęzi drzewa. Mężczyzna czuł, że zniweczył ostatnią szansę na odzyskanie jedynej osoby, dla której chciał podnosić się z łóżka każdego dnia.

Co napisałem:

Odeszła od niego! : D Głupia dzifka. LoL :*

Jak łatwo się domyślić, zbyt dużo zachodu byłoby z poprawianiem tekstu. Alkohol więc przyniósł jedynie kaca. W konsekwencji, następnego dnia jeszcze więcej czasu spędziłem na kiblu.

Poddałem się. Puściłem w słuchawkach Pink Floyd i zacząłem czytać… Pana Tadeusza. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie przebrnąłem przez naszą narodową epopeję. Tym razem również się nie udało, ledwie inwokację ogarnąłem, ale dzięki niej znów zacząłem pisać. Obudziła się moja wyobraźnia, wziąłem długopis i nabazgrałem poniższe (uwaga, dużo wulgaryzmów):

Mickiewicz vs. Pan Tadeusz

Już z pięć dni nic nie napisałem. Słowacki pewnie tomik kończy. Głupi kutas.

Dobra… co by tu dzisiaj pocisnąć. Może tak:

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych

Szeroko nad błękitnym Niemnem…

No i się wjebałem… Jaki dać logiczny rym do „zielonych”?

Rozrzuconych?

Rozpalonych?

Może po prostu “rozpierdolonych”?

Dżiz… idę do kibla.

Myśl kretynie, myśl!

Muszę coś napisać, uciśniony naród czeka!

Wiem! Rozciągnionych!

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych!

Cholera, jest w ogóle takie słowo „rozciągnionych”?

Jebać to, jestem wieszczem! Nikt się nie kapnie, a jeżeli nawet, uzna to za oznakę mego geniuszu.

Lecimy z kolejnym wersem, teraz nakurwię takiego węgorza, że się Julek posra!

Ale najpierw sam skoczę do kibla.

Tekst jest totalnie bzdurny, lecz pomógł mi zrozumieć, że wcale nie muszę się tak spinać. Ani ze mnie poeta, ani artysta, ani nikt ważny. Po prostu mam wyobraźnię i mogę od czasu do czasu przełamywać niechęć i realizować wykreowane pomysły. Ta notka jest właśnie jednym z nich. Wskoczy do internetu, zrobi falę jak centymetrowy kamyczek ciśnięty w taflę jeziora i przestanie istnieć. Ja zaś będę zadowolony bo poukładałem słowa, zrobiłem coś co lubię. I zapomnę o twórczej niemocy.

Żartuję, w moim przypadku to żadna niemoc twórcza.

Po prostu jestem leniwą sukwą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *