Creep

Kilka dni temu zakończył się Pyrkon – największy festiwal fantastyki w Polsce. Można się sprzeczać, czy impreza była tak udana, jak choćby rok temu, lecz jedno jest pewne – stanowiła raj dla ludzi zakręconych. Dlatego, gdy uświadomiłem sobie, iż konwent dobiegł końca poczułem nienaturalny smutek przyprawiony szczyptą rozczarowania.

Nie ma się co łudzić – świat, choć piękny, jest nudny. Jeżeli skoczysz z balkonu, nie wzniesiesz się w obłoki, lecz roztrzaskasz łeb o bruk. Zagadując ludzi na ulicy, nie otrzymasz mitycznej misji do wykonania, ale prawie na pewno zainteresuje się tobą policja. Śnieżnobiała sowa siedząca na parapecie nie zostawi listu zapraszającego cię do szkoły magii. Plama kałomoczu – to wszystko na co możesz liczyć. Toteż raczej niewiele jest rzeczy mogących z całą mocą zadziwić.

Dobrze czasami oderwać się od tej monotonii i chociaż uwierzyć, że prawa fizyki da się złamać. Po to istnieje fantastyka zawarta w książkach, komiksach, filmach, grach oraz, przede wszystkim w naszych głowach. Osobiście bardzo lubię elementy nierzeczywiste, dzięki nim można na chwilę zwiać z krainy szarości.

Byle tylko nie utopić się w marzeniach.

Wracając do Pyrkonu, czułem się na nim dobrze. Nie chodziło o jakiekolwiek atrakcje, wszystkie pokazy i prelekcje schodziły na dalszy plan. W zasadzie, mogłem tam tylko siedzieć i obserwować. Tańczącego Jezusa, zestaw czarodziejek z różnych planet, Wiedźmina z sukubusem u boku, Lego Kapitana Amerykę, Lorda Vadera, japońskich wojowników oraz ponad wszystko rycerza Jedi spacerującego wraz z rocznym synkiem przebranym za Yodę. Cieszyło mnie, że dorośli ludzie (wbrew pozorom, tych było najwięcej) potrafią się tak świetnie bawić i nie wstydzą się siły wyobraźni. Polubiłem ich, choć nikogo tak naprawdę nie poznałem.

Każdy czasami czuje się samotny, samowystarczalność to ułuda.

Ogarnął mnie żal, gdy zrozumiałem, iż zwykle tak odległa realność skondensowała się w jednym miejscu tylko na trzy dni. Trzeba wrócić do codzienności, do tabelek, groźnych, obcojęzycznych słów i życia naszpikowanego szkołą, pracą i emeryturą. Im dalej od Pyrkonu, tym mocniej wierzę, iż właśnie to mnie obchodzi.

Na szczęście, wieczory wciąż romansują z fantazją. Za dnia przeżyję, nie bez przyczyny mam czarny pas w udawaniu.

Wirtualni chłopcy

Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.

Choć do niedawna uważałem słowa Stanisława Lema jedynie za modny slogan, coraz częściej się z nimi zgadzam. Ogólnie ludzie nie są szczególnie bystrzy, ale w sieci poziom ich kretynizmu osiąga apogeum.

Jeszcze parę lat temu, bardzo chętnie udzielałem się na internetowych forach. Pytałem, odpowiadałem, radziłem, wymieniałem poglądy. Mimo, iż byłem młody i głupi, mogłem swobodnie rozmawiać ze starszymi od siebie (nie, nie mam pedofilskich doświadczeń), ucząc się wielu ciekawych rzeczy. Później, raptownie coś się zmieniło. Dostęp do Internetu stał się powszechny, pod każdym artykułem, na popularnych serwisach informacyjnych pojawiały się wątpliwej jakości komentarze będące dnem ortograficznym, stylistycznym i merytorycznym.

Czy tylko ja mam takie wrażenie, że Internet coraz bardziej się stacza? Pal licho filmiki na YouTube czy gify z kotami na Kwejku – z tego można się pośmiać i poprawić sobie humor. Chodzi mi raczej o to, iż praktycznie każda treść prezentowana w sieci jest pożywką dla znudzonych życiem… hm… hejterów? Nie, to już nawet nie są hejterzy, przypominają raczej uczuciowo upośledzonych schizofreników.

Dyskusja w Internecie staje się synonimem kłótni, choć kłótnia może poczuć się urażona takim porównaniem. Komentatorzy internetowi mają tendencję do radykalizacji swych poglądów i nie uznają kompromisów. Przez to, rozmowa zwykle prowadzi do walki. Dwie osoby o różnych poglądach obrzucają się mięsem, bez szacunku do wzajemnych przekonań. Nikt nie chce weryfikować własnych idei, nikt nie zastanawia się nad tym co przekazuje mu partner (oponent?) w dyskusji, nikt nawet nie myśli o ewentualnej zmianie sposobu rozumowania. Wciąż króluje przekonanie, że osoba mająca inne upodobania, to pryszczaty gimnazjalista, co życia nie zna.

Pozwólcie, że przytoczę taki arealny przykład. Ktoś dorwał moją fotkę w necie, przyjrzał się dokładnie i rzekł: Frustrat jest przystojny. Z trudem powstrzymując napad histerycznego rechotu, raczyłbym się z tym twierdzeniem nie zgodzić. Nie zmienia, to jednak faktu, iż marzę, by ten turpista przekonał mnie, że wyglądam całkiem znośnie. Wymieniamy poglądy, zwracamy uwagę na konkretne elementy mej twarzy rozprawiając o ich walorach estetycznych. Najprawdopodobniej nikt z nas nie zmieniłby opinii na temat mej aparycji, ale nie o to przecież chodzi. Ważne byśmy oboje zakładali, że możemy błądzić.

Pomyślcie teraz o wirtualnych dysputach. Jedynym ich celem jest zwyzywanie rozmówców i narzucenie im swojej ideologii. Miliony ekspertów znających się na wszystkim, chcących oczarować świat swą wiedzą. Wymuszenie zmiany rzeczywistości na swój fason. Praktycznie nie istnieje już myśl: może to ja się mylę?. Internetowy komentator zawsze ma rację, nawet jeżeli zrobi błąd ortograficzny, będzie sprzeczał się z profesorem Miodkiem, nazywając go gimbusem.

Nie drażnią mnie szczególnie puste rozmowy o dupie Maryni. Najgorzej, gdy forumowi krzykacze biorą się za poważne tematy. Politykę na przykład. Albo mi się wydaje albo e-Polacy mają w mózgach złośliwe oprogramowanie przedstawiające oczom tylko sprawy związane z partiami politycznymi. Nieważne czy chodzi o artykuł na temat sportu, podróży, filmów, pogody czy szkodliwości spożywania szczypiorku – zawsze pojawi się jakiś podtekst polityczny. Przepraszam – POlityczny. Jeśli nie chcesz być POstrzegany jako leming hołdujący POpulistycznym tekstom, musisz tak pisać. Oprócz tego, trzeba narzekać na Tuska, PO i rząd oraz wszędzie widzieć spisek.

Jeżeli wymiana poglądów przebiega w atmosferze targowej pyskówki a nie wojny nuklearnej, można ją jakoś znieść. Niestety, komentatorzy mieszają z błotem każdego – przecież, to oni są specjalistami i jakiś tam Kruczek nie wmówi im, że wyselekcjonował najlepszy skład na Turniej Czterech Skoczni. Użytkownik ~Adi2001XD wie dużo więcej o skokach, jedynie zmowa Tuska i ekipy powstrzymuje go przed objęciem kadry narodowej.

Nie chcę używać nazw konkretnych portali, ale chyba wszyscy dobrze wiemy o jakich, niegdyś popularnych i profesjonalnych, serwisach piszę. Myślę, że strony te poddały się społecznej presji dostosowując się do poziomu odbiorców. Chwytliwe, niejednoznaczne tytuły nakłaniające choleryków do wylewania swych żali, kontrowersyjne pytania na zakończenie artykułu, wałkowanie jednego,bkłótniogennegobtematu przez kilkanaście dni. Nie sądzę, by był to wymysł dziennikarzy, lecz raczej efekt przymusu specjalistów od PR, marketingu i innych obcobrzmiących zawodów służących wyszukiwaniu tego, co szary tłum potrzebuje.

Absolutnie nie stałem się obrońcą internetowej czystości. W zasadzie nie spędzam w sieci bardzo dużo czasu, najczęściej wyszukuję potrzebne informacje, gry komputerowe i oczywiście zwierzęcą pornografię. Po prostu ubolewam, że tak fajne medium komunikacyjne staje się królestwem szczekających ratlerków chorujących na syndrom PO-PiS. Lubię dyskutować, to wzbogaca moje myślenie. Nienawidzę jednak gdy traktuje się mnie jak pustą beczkę, do której trzeba upchać kilogramy bzdur. Wkładajmy sobie do głowy, to co uznamy za wartościowe i szanujmy innych.

A jeżeli chcecie pokazać swoją wyższość intelektualną, idźcie przedstawić posiadaną wiedzę pierwszemu, lepszemu doktorowi specjalizującemu się w danej dziedzinie. Zobaczycie jacy jesteście mali a wasza mądrość wyniesiona z Internetu i telewizji okaże się szczątkową informacją pozwalającą jedynie na forumowe bluzganie.

The world is yours

Kilka dni temu, przypomniawszy sobie o biedzie wiejącej z mej lodówki postanowiłem wkroczyć do Biedrony. Akurat ta, do której najczęściej chodzę jest chyba najlepiej ukrytym sklepem na świecie, więc stała się rajem dla wszelkiej patologii. Nieszczególnie zdziwiłem się, gdy spostrzegłem przy drzwiach dyskontu zawianego faceta, bijącego swego psa po pysku. Nie na żarty, nie pieszczotliwie, lecz z całej siły. Pięścią. Zwierzak dzielnie znosił upokorzenia. Nim zdążyłem zareagować, wrota Biedronki rozsunęły się i na zewnątrz wybiegł nabuzowany jegomość, złapał zwierzęcego dręczyciela za ramię, po czym zasadził mu tak solidną bombę na twarz, że pijaczek złożył się niczym tapczan. Należało się frajerowi, jednak musiałem sprawdzić, czy aby nie wyzionął ducha. Nic mu nie było, tkwił raczej w pijackim zamroczeniu wzmocnionym nagłym młotem w zęby. Psiak siedział obok niego nawet nie myśląc o ucieczce, warczał gdy chciałem zbliżyć się do jego pana.

Z tego powodu postanowiłem nie oddzielać zwierzaka od opiekuna. Facet dostał za swoje, może się czegoś nauczy a pies gdyby chciał poszedłby w swoją stronę. Za to owa scena nakłoniła mnie do rozmyślań. Ileż radości ludzie czerpią z pokazywania swej wyższości.

Władza. To duże słowo. Władza pozbudza wyobraźnię, drażni ogromne połaci naszego mózgu, nakręca do działania. Z jakiegoś powodu pozostaje czymś atrakcyjnym, dla przedstawicieli wszelkich klas społecznych. Już zwykły menel chce kimś rządzić, nawet jeśli tym kimś jest niewinny kundel. Choć nieporównywalnie większej władzy oczekują przedstawiciele obywatelskich wyżyn, to schemat wciąż jest ten sam.

Walczymy o panowanie. Stajemy w szeregu i marszczymy freda. Taki konkurs, wygrywa kto dalej wystrzeli. Oczywiście wynik nie ma żadnego znaczenia, ale zwycięstwo daje wprost absurdalną przyjemność. Najlepszy faper staje na piedestale i może pluć nasieniem na twarze innych obywateli. Zarówno tych z mniej wydajnym mięśniem jak i tych, co mają gdzieś całą rywalizację i po prostu idą do domów chroniąc głowy przed spadającą z nieba spermą.

Jestem w stanie zrozumieć pociąg do wielu rzeczy – pieniędzy, kobiet, szybkich samochodów i takich tam pierdół. Jednakże w rządzeniu nie o to chodzi, powyższe udogodnienia stanowią jedynie dodatki. Najważniejsza jest sama możliwość rozkazywania innym. Wielcy dyktatorzy tego świata zawsze opływali w luksusy, nie byli w stanie rozpuścić całego bogactwa nawet gdyby bardzo się starali. Mimo to, chcieli więcej. Interesowały ich rzesze ludzi, którymi można sterować. Tłumy wystające na placach, ogromne wizerunki wodza malowane na ścianach budynków, parady i puste hasła wznoszone ku chwale przywódcy.

Chcielibyście tego? Ja absolutnie nie. Chyba dlatego nie nadaję się na stanowisko kierownicze. Zawsze wolałem wszystko robić samemu – wiem co umiem, wiem kiedy i ile spieprzyłem a ewentualne pretensję kieruję do siebie. Jak w szkole trzeba było pracować w grupie, musiałem się do tego zmuszać i za nic w świecie nie chciałem dowodzić ekipą. Ostatecznie mogłem robić jako doradca. Taki błazen przy królu.

A jakbym rządził krajem stojącym na krawędzi wojny? Gdyby pod moim balkonem stała horda obywateli czekających na decyzję swego lidera? Już na samą myśl o znalezieniu się w takiej sytuacji czuję psychiczny dyskomfort. Jedno słowo i na śmierć idzie kilka tysięcy chłopa. Naprawdę nie wiem jak komuś może to imponować. A pal licho wojnę, w czasie pokoju też są ważne sprawy – trzeba ogarnąć edukację, służbę zdrowia, armię, sport a ponad wszystko używki i prostytucję.

W takim razie, co ciągnie ludzi do władzy? Sama jej świadomość może być fajna. Podchodzisz do gościa, który torturował cię w podstawówce i przystawiasz mu lufę do czoła. Rządzisz nim, bydlak, którego pięść czułeś na policzku nazbyt często, klęczy przed tobą i błaga o litość. Strzelisz? Darujesz mu życie? Owszem, możesz zrobić wszystko, lecz czy naprawdę warto jest brać na siebie taką odpowiedzialność? Czy konsekwencje wyboru nie są zbyt duże?

Uczucie zaprawdę imponuje swą siłą, ale na pewno nie na tyle, by poświęcać mu życie. Profity wiążące się z władzą są kuszące, lecz jako, że mam biedne wymagania co do swego statusu społecznego, nie kręci mnie wizja posiadania ogromnego biura na pięćdziesiątym piętrze, z którego patrzyłbym, jak plebs zapieprza na moją wypłatę. Wiadomo, pobory byłyby atrakcyjne, jednak mnie wystarczy kwota pozwalająca mi i ewentualnej rodzinie spokojnie żyć. Żeby to osiągnąć nie trzeba być Scareface’m. Fajnie jakby rząd nie wpierdalał się za bardzo do mojego życia, ale jestem Polakiem z krwi i kości – jaka władza nie przyjdzie to i tak sobie poradzę.

Wracając do przykładu z celowaniem komuś w głowę – niczym się to nie różni od wojny poza ilością ludzi do zabicia. Dajmy na to, że jestem prezydentem i wkurzył mnie inny prezydent. Chcę rozwalić mu łeb. Bezpośrednia konfrontacja jest mało prawdopodobna, więc wysyłam swych dzielnych wojaków, by napierdalali karabinami w żołnierzy wroga.

Ja i obcy władca stoimy w tym czasie na wzniesieniach trzepiąc kapucyna. Naprawdę, wspaniała perspektywa. Szkoda, iż rządzącym umyka fakt, że gdy oni chwalą się długością przyrodzenia i siłą wytrysku, ktoś podbija do ich żon. Czym w tej wyszukanej metaforze jest żona? Wszystkim. Choć, gdy masz władzę, czujesz się jakbyś posiadał wszystko, to tak naprawdę nie masz nic. Świat nigdy nie będzie twój.

Dobrze wiemy, jak skończył wspomniany już Tony Montana.