The world is yours

Kilka dni temu, przypomniawszy sobie o biedzie wiejącej z mej lodówki postanowiłem wkroczyć do Biedrony. Akurat ta, do której najczęściej chodzę jest chyba najlepiej ukrytym sklepem na świecie, więc stała się rajem dla wszelkiej patologii. Nieszczególnie zdziwiłem się, gdy spostrzegłem przy drzwiach dyskontu zawianego faceta, bijącego swego psa po pysku. Nie na żarty, nie pieszczotliwie, lecz z całej siły. Pięścią. Zwierzak dzielnie znosił upokorzenia. Nim zdążyłem zareagować, wrota Biedronki rozsunęły się i na zewnątrz wybiegł nabuzowany jegomość, złapał zwierzęcego dręczyciela za ramię, po czym zasadził mu tak solidną bombę na twarz, że pijaczek złożył się niczym tapczan. Należało się frajerowi, jednak musiałem sprawdzić, czy aby nie wyzionął ducha. Nic mu nie było, tkwił raczej w pijackim zamroczeniu wzmocnionym nagłym młotem w zęby. Psiak siedział obok niego nawet nie myśląc o ucieczce, warczał gdy chciałem zbliżyć się do jego pana.

Z tego powodu postanowiłem nie oddzielać zwierzaka od opiekuna. Facet dostał za swoje, może się czegoś nauczy a pies gdyby chciał poszedłby w swoją stronę. Za to owa scena nakłoniła mnie do rozmyślań. Ileż radości ludzie czerpią z pokazywania swej wyższości.

Władza. To duże słowo. Władza pozbudza wyobraźnię, drażni ogromne połaci naszego mózgu, nakręca do działania. Z jakiegoś powodu pozostaje czymś atrakcyjnym, dla przedstawicieli wszelkich klas społecznych. Już zwykły menel chce kimś rządzić, nawet jeśli tym kimś jest niewinny kundel. Choć nieporównywalnie większej władzy oczekują przedstawiciele obywatelskich wyżyn, to schemat wciąż jest ten sam.

Walczymy o panowanie. Stajemy w szeregu i marszczymy freda. Taki konkurs, wygrywa kto dalej wystrzeli. Oczywiście wynik nie ma żadnego znaczenia, ale zwycięstwo daje wprost absurdalną przyjemność. Najlepszy faper staje na piedestale i może pluć nasieniem na twarze innych obywateli. Zarówno tych z mniej wydajnym mięśniem jak i tych, co mają gdzieś całą rywalizację i po prostu idą do domów chroniąc głowy przed spadającą z nieba spermą.

Jestem w stanie zrozumieć pociąg do wielu rzeczy – pieniędzy, kobiet, szybkich samochodów i takich tam pierdół. Jednakże w rządzeniu nie o to chodzi, powyższe udogodnienia stanowią jedynie dodatki. Najważniejsza jest sama możliwość rozkazywania innym. Wielcy dyktatorzy tego świata zawsze opływali w luksusy, nie byli w stanie rozpuścić całego bogactwa nawet gdyby bardzo się starali. Mimo to, chcieli więcej. Interesowały ich rzesze ludzi, którymi można sterować. Tłumy wystające na placach, ogromne wizerunki wodza malowane na ścianach budynków, parady i puste hasła wznoszone ku chwale przywódcy.

Chcielibyście tego? Ja absolutnie nie. Chyba dlatego nie nadaję się na stanowisko kierownicze. Zawsze wolałem wszystko robić samemu – wiem co umiem, wiem kiedy i ile spieprzyłem a ewentualne pretensję kieruję do siebie. Jak w szkole trzeba było pracować w grupie, musiałem się do tego zmuszać i za nic w świecie nie chciałem dowodzić ekipą. Ostatecznie mogłem robić jako doradca. Taki błazen przy królu.

A jakbym rządził krajem stojącym na krawędzi wojny? Gdyby pod moim balkonem stała horda obywateli czekających na decyzję swego lidera? Już na samą myśl o znalezieniu się w takiej sytuacji czuję psychiczny dyskomfort. Jedno słowo i na śmierć idzie kilka tysięcy chłopa. Naprawdę nie wiem jak komuś może to imponować. A pal licho wojnę, w czasie pokoju też są ważne sprawy – trzeba ogarnąć edukację, służbę zdrowia, armię, sport a ponad wszystko używki i prostytucję.

W takim razie, co ciągnie ludzi do władzy? Sama jej świadomość może być fajna. Podchodzisz do gościa, który torturował cię w podstawówce i przystawiasz mu lufę do czoła. Rządzisz nim, bydlak, którego pięść czułeś na policzku nazbyt często, klęczy przed tobą i błaga o litość. Strzelisz? Darujesz mu życie? Owszem, możesz zrobić wszystko, lecz czy naprawdę warto jest brać na siebie taką odpowiedzialność? Czy konsekwencje wyboru nie są zbyt duże?

Uczucie zaprawdę imponuje swą siłą, ale na pewno nie na tyle, by poświęcać mu życie. Profity wiążące się z władzą są kuszące, lecz jako, że mam biedne wymagania co do swego statusu społecznego, nie kręci mnie wizja posiadania ogromnego biura na pięćdziesiątym piętrze, z którego patrzyłbym, jak plebs zapieprza na moją wypłatę. Wiadomo, pobory byłyby atrakcyjne, jednak mnie wystarczy kwota pozwalająca mi i ewentualnej rodzinie spokojnie żyć. Żeby to osiągnąć nie trzeba być Scareface’m. Fajnie jakby rząd nie wpierdalał się za bardzo do mojego życia, ale jestem Polakiem z krwi i kości – jaka władza nie przyjdzie to i tak sobie poradzę.

Wracając do przykładu z celowaniem komuś w głowę – niczym się to nie różni od wojny poza ilością ludzi do zabicia. Dajmy na to, że jestem prezydentem i wkurzył mnie inny prezydent. Chcę rozwalić mu łeb. Bezpośrednia konfrontacja jest mało prawdopodobna, więc wysyłam swych dzielnych wojaków, by napierdalali karabinami w żołnierzy wroga.

Ja i obcy władca stoimy w tym czasie na wzniesieniach trzepiąc kapucyna. Naprawdę, wspaniała perspektywa. Szkoda, iż rządzącym umyka fakt, że gdy oni chwalą się długością przyrodzenia i siłą wytrysku, ktoś podbija do ich żon. Czym w tej wyszukanej metaforze jest żona? Wszystkim. Choć, gdy masz władzę, czujesz się jakbyś posiadał wszystko, to tak naprawdę nie masz nic. Świat nigdy nie będzie twój.

Dobrze wiemy, jak skończył wspomniany już Tony Montana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *