Back to school

Człowiek ponoć uczy się przez całe życie. Teoretycznie, całkowita prawda. Jednakże w sensie hm… technicznym, zajmuje nam to jakieś 14-16 lat. Tak, właśnie tyle potrzebujemy żeby nabyć wiedzę w teorii gwarantującą nam solidne zatrudnienie. Nie wiem jak wy, ale ja patrząc na tę liczbę czuję się zrobiony w wała.

Przedwczoraj odrabiałem lekcje z moim bratem, uczniem szóstej klasy szkoły podstawowej. Nie było tego zbyt dużo, akurat tyle, by wywołać kłótnię pomiędzy umysłami ścisłymi i humanistami. Zaczęliśmy od matematyki. 4 zadania dotyczące działań na liczbach ujemnych. Choć z matmą nigdy szczególnych problemów nie miałem, musiałem sobie kilka rzeczy przypomnieć. Obyło się jednak bez wsparcia wujka Google, wystarczyło sięgnąć do zakamarków pamięci. Ogarnęliśmy ćwiczenia, lecz nie sądzę, by brat cokolwiek zrozumiał z mojego tłumaczenia (ja nie mam talentu pedagogicznego a on jest tłukiem). W każdym razie, podając wynik ostatniego działania zacząłem się zastanawiać kiedy ostatnio musiałem dzielić –22/3 przez 0,25. Nie mam pojęcia kiedy w ogóle operowałem ułamkami, przynajmniej tymi z kreską (na pewno jakoś mądrze się nazywają, ale w ogóle mnie to nie obchodzi). Prawda, moje studia nie wymagały szczególnej wiedzy z zakresu równań. Jeżeli teraz coś liczę, to tylko czy mnie na wypłacie nie obrabiają. Niemniej jednak, gdy sobie przypomnę wszelkie wzory z liceum, jakieś ciągi, silnie i inne gówna, które zapamiętałem na sprawdzian i wymazałem je z umysłu zaraz po dzwonku, to szlag mnie trafia. Tyle czasu zmarnowanego na głupie ślęczenie w ławce, gdy można było zaangażować się w tworzenie zespołu pop-rockowego i kolekcjonowanie własnych groupies.

To jednakże nie koniec. Po matematyce przyszedł czas na nasz wspaniały język polski. Czytaliście moje wcześniejsze notki i wiecie, że Mickiewiczem to ja nie będę. Aczkolwiek, jakoś sobie radzę ze składaniem w miarę sensownych zdań. Toteż otworzyłem podręcznik do polskiego przekonany, iż jego autorka nie będzie w stanie niczym mnie zagiąć. Jestem Frustratem, kurna, piszę bloga, kurna i przeczytałem w szkole 3 lektury, kurna! Dawaj to zadanie! Kurna!

Trzeba było policzyć zawarte w podanych zdaniach części mowy i części zdania.

Hm… Byłoby prościej jakbym wiedział czym te części się od siebie różnią.

Cóż, nie chcąc tracić czasu na coś brzmiącego niczym starożytna chińszczyzna złapałem za telefon i zadzwoniłem do babci, byłej nauczycielki. Miałem nadzieję, że uzupełni ona pewne braki w mej wiedzy, sprawi, że zapali się ta magiczna lampeczka naprowadzająca myślenie na właściwe tory.

Po podyktowaniu treści zadania, usłyszałem taką odpowiedź:

Części mowy… blablabla… części zdania… blablabla… rzeczownik, kasownik, zaimek, przydawka, przysadka, podstawka… blablabla… podmiot nieokreślony, orzeczenie… blablabla… tam jest narzędnik czy urzędnik? …blablabla… wielokrotnie złożone… blablabla.

Grzecznie podziękowałem nie dając po sobie poznać, iż z całej rozmowy zrozumiałem jedynie początkowe halo. Dyplomatycznie wyjaśniłem bratu, że nie mam teraz czasu robić tego ćwiczenia, gdyż muszę uratować świat a wszystkie, potrzebne informacje znajdują się przecież  w podręczniku.

WTF?! Kto w ogóle wymyśla takie rzeczy? Powiedzcie mi – po jaką cholerę komu informacje tego typu? Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, by zastanawiać się w jaki sposób skonstruowane są teksty na tym blogu. Żeby tego było mało, braciak samodzielnie rozwiązał kolejne zadanie, w którym miał zrobić jakiś wykres na podstawie określonego zdania. Byłem zdumiony nazwami używanymi przez młodego, ale równocześnie szkoda mi było tego chłonnego umysłu. Chłopak wie co to przyimek a nie radzi sobie z przygotowaniem posiłku bardziej skomplikowanego niż granulowana herbata.

Równocześnie przypomniałem sobie, gdy może pół roku temu zasiadłem z nim do pracy domowej z przyrody. Zawsze lubiłem biologię i chemię. Fizykę mniej, bo w liceum miałem dość… specyficzną nauczycielkę. Aczkolwiek, otwierałem ćwiczenia ze świadomością, że odkurzę wiedzę konkretną i przydatną.

Odróżnialiśmy rodzaje unerwienia liści przykładowych drzew. Fascynujące, codziennie podziwiam użyłkowanie siatkowe pierzaste grabu i jestem pewien, że również memu bratu ta wiedza pozwoli znaleźć w przyszłości godną pracę i co najważniejsze poderwać fajną dziewczynę.

Hej mała, wiesz, że niekiedy żyłki kserofitów są wzmocnione pasmami zdrewniałej sklerenchymy? To co, idziemy do mnie?

Oczywiście znajdą się obrońcy polskiego systemu szkolnictwa, uznający, iż takie informacje są niezbędne. Zastanówcie się, jaki procent wiedzy wyniesionej z podstawówki, gimnazjum i liceum przydał się wam w dorosłym życiu? A co z godzinami spędzonymi nad obliczaniem delty, czytaniem Dziadów, rozpatrywaniem zasad rozejmu w Altmarku czy zapamiętywaniem właściwości fizycznych galu? Teraz wydaje się to śmieszne, lecz my przecież musieliśmy ogarniać powyższe rzeczy. Można powiedzieć, że przydatne wiadomości uzyskuje się na poziomie studiów, ale każdy uczęszczający na wyższą uczelnię wie ile niepotrzebnych zajęć tam znajdziemy. Gdyby odpowiednio skondensować informacje potrzebne studentom, większość kierunków udałoby się ukończyć w przeciągu 3 lat wliczając w to magistrat. Inna kwestia, że protestowaliby wtedy idioci niegodni dopuszczenia do matury, których pełno w tej chwili na uniwersytetach, ale to już temat na inną notkę.

Nauka to potęga, każdy powinien się rozwijać i dokształcać. Jednakże wlewanie sobie do łba kału przyozdobionego dla niepoznaki rodzynkami nikogo nie kręci. Poza tym, w przyszłości tylko nasilimy własną frustrację dostrzegając zmarnowane dni pełne stresu, których przecież nikt nam nie zwróci.

Ostatecznie możecie w poniedziałek pochwalić się szefowi swoją znajomością budowy tragedii antycznej i poprosić o podwyżkę godną ponadprzeciętnego umysłu, ale podejrzewam, że na przełożonym nie zrobi to ogromnego wrażenia.

O ile w ogóle macie pracę i szefa…

Niepełnosprawnica

Ponury, deszczowy dzień. Stoję pod przystankową wiatą czekając na tramwaj. Ludzi multum, wszyscy ściśnięci jak butelki w zgrzewce. Wtem na przystanek wjeżdża niepełnosprawny mężczyzna na wózku inwalidzkim. Toporna, wiekowa maszyna sterowana jakimś niestandardowym systemem skrzypi pod naporem jego ciała. Gdy tylko jegomość zatrzymuje się na wysokości wiaty, tłum rozchodzi się robiąc miejsce pod daszkiem. Pan grzecznie dziękuje i wtacza się na suchy kawałek chodnika. Po minucie przybywa moja bimba. Jak się okazuje, niepełnosprawny również chce jechać tą linią. Prosi mnie, bym pomógł mu wsiąść. Naturalnie, bez szczególnego podniecenia łapię za rączki i kieruję pojazd w stronę otwartych drzwi. Zaraz zbiega się kilkunastu facetów chwytających każdy element wózka, by inwalida mógł wtarabanić się do tramwaju. Ich zaangażowanie jest zupełnie zbyteczne, sam bym sobie poradził. W wagonie panuje spory tłok, ale gdy pasażerowie dostrzegają, kto wsiada przywierają do siebie na tyle ciasno, że można by wtaszczyć do środka Fiata 126P. Kij, iż wszyscy podróżują przyklejeni do szyb i kasowników, ważne, że kaleka ma tyle przestrzeni, by w chwili natchnienia móc zatańczyć breakdance. Ja nie odsuwam się od niego, wprost przeciwnie – trzymam się oparcia wózka przez całą podróż.

Na wstępie, aby wrażliwcy nie posikali się po galotach wytłumaczę użycie słowa kaleka. Zrobiłem to głównie dlatego, że skończyły mi się miękkie synonimy. Pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu nazywanie kogoś kaleką było całkowicie normalne. Niestety, drażniło to obrońców językowej czystości i teraz stosuje się zamienniki. Pewnie od tego szybciej odrosną inwalidzie nogi. Zauważyliście, że nie ma już ślepych – są niewidomi? Zabrakło gejów, pojawili się homoseksualiści? Prostytutki zamieniły się w kobiety lekkich obyczajów a kretyni w dyslektyków?

Rozumiem, świat chce być przyjaźniejszy, lecz staje się to już komiczne. Osobiście czułbym się urażony, gdyby względem mnie nie można było używać pewnych określeń. Wracając do sytuacji z gościem na wózku, ludzie traktowali go nie jak osobę z dysfunkcją ruchową, lecz jak niesamodzielnego, nieprzystosowanego do społeczeństwa wyrzutka z syfilisem. Pomyślcie tak, w mediach wmawiają wam, że nie ma granic, jesteście pełnoprawnymi obywatelami stojącymi na równi z innymi. Tymczasem, gdy wjeżdżacie na przystanek wszyscy uciekają spod wiaty na tnący deszcz. Później mężczyźni manifestujący swą nadludzką siłę wnoszą was do notabene niskopodłogowego tramwaju niczym cesarza. W końcu robią wam prywatną komnatę wewnątrz wagonu, co byście chociaż nie poczuli się urażeni zbyt małą ilością osobistej przestrzeni.

Bardzo cieszę się, widząc wolne miejsca parkingowe przeznaczone dla niepełnosprawnych kierowców. Dobrze, że coraz więcej przejść wyposaża się w podjazdy a niewidomi słyszą jaki przystanek autobusowy właśnie się zbliża. Wszystkie te udogodnienia tworzone są właśnie po to, aby inwalidzi radzili sobie sami, by czuli, że mogą istnieć bez ciągłej pomocy ze strony pełnosprawnych. Jeżeli dostajesz łyżkę, to ma ona umożliwić ci sprawne jedzenie zupy, ale nikt nie pomyśli, by karmić cię pomidorówką.

Jestem pełen podziwu dla ludzi codziennie walczących z przeciwnościami losu. Nie wyobrażam sobie większego zwycięstwa niż samodzielne radzenie sobie z egzystencjalnymi pułapkami. Pomocna dłoń zawsze się przyda, lecz dajmy niepełnosprawnym być a nie wegetować. Życie w najgorszych znojach jest lepsze niż jego imitacja.

Twoje oczy lubią mnie

Wygląd się nie liczy – to oklepane stwierdzenie umieściłbym na szczycie prywatnego rankingu gównoprawdy.

Wciąż panuje moda na pocieszanie ludzi nieidealnych. Pełno jest głupich sloganów próbujących zrównać wadliwe osoby z jednostkami względnie normalnymi. Kobiety wciskają mężczyznom kit, że rozmiar nie ma znaczenia. Tępi się samotników zarzucając im depresję i próbując wetknąć ich w tłum. Ponad wszystko jednak, osoby ładne chcą wmówić tym mniej urodziwym, że brzydota jest kwestią drugorzędną.

Panie i panowie, czas powiedzieć sobie wprost – wygląd jest ważny i to zajebiście, cholernie ważny. Osoby, które twierdzą inaczej albo kłamią albo nieświadomie powielają utarte frazesy. Aby ludzie przestali zwracać uwagę na powierzchowność, potrzebne jest wejście na wyższy stopień świadomości, lecz raczej nikomu z nas to nie grozi. Praktycznie każdy żywy organizm, rozwinięty bardziej niż glista docenia walory fizyczne innych osobników. Oczywiście kanony urody są różne, ale sens pozostaje ten sam – ładny jegomość pobudza jakąś sferę mózgu, leżącą w sąsiedztwie płata zwanego chciałbym to ruchnąć! mobilizując osobniki płci przeciwnej (choć niekoniecznie) do kumulowania dobrych myśli o nim samym. Piękno łączy się z seksem, więc urodziwe jednostki mają większą szansę na posiadanie ładnego potomstwa, które ma szansę na jeszcze więcej potomstwa. Same plusy!

Oczywiście nieco przekoloryzowałem. Ludzie to nie psy. U nas dochodzą inne elementy osobowości – kultura, wykształcenie, zamożność itd., lecz wygląd nadal odgrywa ogromną rolę. Możecie myśleć, że lewitujecie ponad prymitywnymi instynktami, ale powiedzcie szczerze – lubicie sobie popatrzeć na koleżankę o buzi anioła dźwigającą piersi niczym cysterny lub umięśnionego kolegę z jędrnym tyłkiem? Przecież nie ma się czego wstydzić, wszyscy jesteśmy prostymi żyjątkami.

Jedynie większe szanse na stosunek to niewielkie ułatwienie. Udowodniono jednak, iż ładni ludzie wzbudzają większe zaufanie, toteż właśnie oni uśmiechają się do nas z billboardów, reklam telewizyjnych czy kolorowych magazynów. Nikt nie zatrudni do bezpośredniego kontaktu z klientem brzydkiego kandydata. Nawet jeżeli przystojny koleś ma mniejszą wiedzę niż jego kolega, każdy rekruter wie, iż to ten pierwszy wciśnie starym babom więcej aluminiowych garnków. Aby potwierdzić moje tezy, odniosę się do Pyrkonu. Był na nim konkurs na najlepszy kostium. Wiele kobiet przebrało się za Czarodziejki z Księżyca i większość wykonała strój ze sporą starannością. Niestety, Czarodziejki co wyglądały jakby zjadły Księżyc na śniadanie zostały skazane na porażkę. Brzydka postać z mangi? Toż to oksymoron.

Koślawa twarz i ciało przerastające rozmiar S nie przekreślają szans na karierę w jakiejkolwiek dziedzinie, jednak brzydalom będzie trudniej odnieść sukces. Ilu znacie szpetnych aktorów? Paru się znajdzie, lecz będzie to niewielki odsetek. Może tylko przystojni potrafią grać w filmach? Szczerze wątpię.

Kobiety dobrze wiedzą jak ważny jest wygląd. Wystarczy tylko spojrzeć na statystyki – panie wydają na kosmetyki ponad 100 miliardów dolarów rocznie. Wiadomo, są takie co mają jedynie szampon, mydło i dezodorant, lecz wiele z nich nie zmieściłoby flakoników z pachnidłami na pakę Żuka. Gdyby zapytać kobiety, dlaczego tak dbają o siebie najpewniej odpowiedziałyby, że dla własnego, dobrego samopoczucia. Dziewczyny… przecież wszyscy dobrze wiemy, iż robicie to dla nas, facetów. Każda przedstawicielka płci pięknej lubi, gdy chwali się jej wygląd a nikt nie robi tego szczerzej niż mężczyzna.

Jednakże pojawia się pewien problem, o którym wielu słyszeć nie chce – chorobliwe dbanie o swoją fizyczną aparycję. Media zarzucają nas pięknymi, zgrabnymi sylwetkami i przerobionymi w photoshopie gębami, więc łatwo wpaść w pułapkę. Wiem, że moje zdanie niewiele znaczy, ale jak rozglądam się po ludziach, niewielu znam takich, których można nazwać naprawdę brzydkimi. Wiadomo, mało kto dostałby 10/10, lecz 6 to chyba najczęstsza nota. Porównując się do Toma Cruise’a czy Emmy Watson można przerazić się na widok własnego odbicia w lustrze. Jednakże mówię to wam ja, Frustrat – nie jesteście brzydcy, jesteście normalni.

Pisząc tę notkę czułem się niczym ryba w wodzie. Jestem ekspertem od ohydy – ci co mnie znają, wiedzą, że gdybym pracował jako męska prostytutka najpewniej umarłbym z głodu. Aczkolwiek, po co mi ładny ryj, jeśli laseczki lecą na moją inteligencję, poczucie humoru i wypchany po brzegi portfel?

A nie, czekaj…