Niepełnosprawnica

Ponury, deszczowy dzień. Stoję pod przystankową wiatą czekając na tramwaj. Ludzi multum, wszyscy ściśnięci jak butelki w zgrzewce. Wtem na przystanek wjeżdża niepełnosprawny mężczyzna na wózku inwalidzkim. Toporna, wiekowa maszyna sterowana jakimś niestandardowym systemem skrzypi pod naporem jego ciała. Gdy tylko jegomość zatrzymuje się na wysokości wiaty, tłum rozchodzi się robiąc miejsce pod daszkiem. Pan grzecznie dziękuje i wtacza się na suchy kawałek chodnika. Po minucie przybywa moja bimba. Jak się okazuje, niepełnosprawny również chce jechać tą linią. Prosi mnie, bym pomógł mu wsiąść. Naturalnie, bez szczególnego podniecenia łapię za rączki i kieruję pojazd w stronę otwartych drzwi. Zaraz zbiega się kilkunastu facetów chwytających każdy element wózka, by inwalida mógł wtarabanić się do tramwaju. Ich zaangażowanie jest zupełnie zbyteczne, sam bym sobie poradził. W wagonie panuje spory tłok, ale gdy pasażerowie dostrzegają, kto wsiada przywierają do siebie na tyle ciasno, że można by wtaszczyć do środka Fiata 126P. Kij, iż wszyscy podróżują przyklejeni do szyb i kasowników, ważne, że kaleka ma tyle przestrzeni, by w chwili natchnienia móc zatańczyć breakdance. Ja nie odsuwam się od niego, wprost przeciwnie – trzymam się oparcia wózka przez całą podróż.

Na wstępie, aby wrażliwcy nie posikali się po galotach wytłumaczę użycie słowa kaleka. Zrobiłem to głównie dlatego, że skończyły mi się miękkie synonimy. Pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu nazywanie kogoś kaleką było całkowicie normalne. Niestety, drażniło to obrońców językowej czystości i teraz stosuje się zamienniki. Pewnie od tego szybciej odrosną inwalidzie nogi. Zauważyliście, że nie ma już ślepych – są niewidomi? Zabrakło gejów, pojawili się homoseksualiści? Prostytutki zamieniły się w kobiety lekkich obyczajów a kretyni w dyslektyków?

Rozumiem, świat chce być przyjaźniejszy, lecz staje się to już komiczne. Osobiście czułbym się urażony, gdyby względem mnie nie można było używać pewnych określeń. Wracając do sytuacji z gościem na wózku, ludzie traktowali go nie jak osobę z dysfunkcją ruchową, lecz jak niesamodzielnego, nieprzystosowanego do społeczeństwa wyrzutka z syfilisem. Pomyślcie tak, w mediach wmawiają wam, że nie ma granic, jesteście pełnoprawnymi obywatelami stojącymi na równi z innymi. Tymczasem, gdy wjeżdżacie na przystanek wszyscy uciekają spod wiaty na tnący deszcz. Później mężczyźni manifestujący swą nadludzką siłę wnoszą was do notabene niskopodłogowego tramwaju niczym cesarza. W końcu robią wam prywatną komnatę wewnątrz wagonu, co byście chociaż nie poczuli się urażeni zbyt małą ilością osobistej przestrzeni.

Bardzo cieszę się, widząc wolne miejsca parkingowe przeznaczone dla niepełnosprawnych kierowców. Dobrze, że coraz więcej przejść wyposaża się w podjazdy a niewidomi słyszą jaki przystanek autobusowy właśnie się zbliża. Wszystkie te udogodnienia tworzone są właśnie po to, aby inwalidzi radzili sobie sami, by czuli, że mogą istnieć bez ciągłej pomocy ze strony pełnosprawnych. Jeżeli dostajesz łyżkę, to ma ona umożliwić ci sprawne jedzenie zupy, ale nikt nie pomyśli, by karmić cię pomidorówką.

Jestem pełen podziwu dla ludzi codziennie walczących z przeciwnościami losu. Nie wyobrażam sobie większego zwycięstwa niż samodzielne radzenie sobie z egzystencjalnymi pułapkami. Pomocna dłoń zawsze się przyda, lecz dajmy niepełnosprawnym być a nie wegetować. Życie w najgorszych znojach jest lepsze niż jego imitacja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *