Futbol!

Kobiety nie rozumieją wielu męskich rzeczy. W sumie co się dziwić, są kobietami. Jest jednak pewien element życia faceta, który dla większości pań jawi się niczym najgłupsza, najprymitywniejsza i totalnie bezsensowna forma spędzania wolnego czasu – oglądanie meczów piłkarskich.

Są na tym świecie ludzie pozbawieni fallusów będący zarazem zwolennikami futbolu, jednak jest ich wciąż niewielu. Prawdziwe, stuprocentowe kobiety nieuznające różnic między stroną lewą i prawą nienawidzą piłki nożnej. Nic tak nie wnerwia płci pięknej jak widok grupy facetów drących się niczym upośledzone małpy do odbiornika telewizyjnego prezentującego 22 spoconych sportowców latających za kawałkiem napompowanej skóry.

Kobieta na dźwięk słowa mecz aktywuje najmroczniejsze sfery własnego mózgu odpowiedzialne za marudzenie, podejrzewanie i przypominanie sobie, że luby dawno nie spędzał z nią wolnego czasu. Gdy facet informuje partnerkę o zbliżającym się męskim wieczorze wszystko jest w porządku. Ona rozumie, iż ukochany musi czasami spędzić czas z kumplami, wypić jakieś piwko, powydurniać się w barze. Niestety, większość panów źle prezentuje swoje zamiary zupełnie niepotrzebnie zdradzając gwóźdź programu – mecz. Równie dobrze możecie, powiedzieć, że w klubie, do którego się udajecie będą wszystkie wasze ex-partnerki. Reakcje będzie identyczna.

… oczywiście kochanie, nie mam nic przeciwko byś w sobotni wieczór poszedł oglądać MECZ.

… oj, rozumiem, że ten MECZ jest ważny.

… ale nie musisz się tłumaczyć! Zostawisz mnie tylko na jeden wieczór i spotkasz się z kumplami na MECZU.

… jasne, że nie jestem zła głuptasie. Za co niby? Że wolisz oglądać MECZ niż zostać ze mną w domu?

… kochanie, nie przejmuj się. Spędzimy wspólnie kolejny wieczór, to będzie chyba pierwszy romantyczny moment od 7 lat. Lecz teraz idź na MECZ.

… już mówiłam, że wszystko w porządku… Nie dotykaj mnie! Przecież musisz iść na MECZ!

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego panie mają problem z piłką nożną? Żaden inny sport nie powoduje u nich tak negatywnych emocji.

Stworzyłem pewną teorię. Tylko futbol potrafi odwieść faceta od myślenia o seksie. Żeńskie narządy płciowe mają solidną siłę przebicia, ale nawet one nie mogą konkurować z finałem Ligi Mistrzów. Kobiety dobrze wiedzą, że przegrywają tę walkę i po prostu się frustrują. Mężczyzna zapominający o kopulacji nie da potomstwa, a to ono jest ewolucyjnym sensem istnienia osobnika. Toteż między płcią słabą a piłką kopaną trwa wojna o istnienie gatunku!

Spójrzmy na to z drugiej, lepiej mi znanej strony. Faceci jarają się piłką nożną. Można nie interesować się tym sportem, można zlewać na wyniki poszczególnych lig, ale są mecze, elektryzujące każdego posiadacza penisa. Osobiście mogę stwierdzić, że nic mnie tak nie relaksuje jak oglądanie dobrych, klasowych rozgrywek. Nigdy nie byłem sportowo utalentowany, może w miarę radziłem sobie na bramce, ale to kwestia przyzwyczajenia do pozycji – grubego zawsze stawiają na budzie. Jednakże, od wczesnego dzieciństwa śledziłem turnieje piłkarskie. Nie kibicowałem i nie kibicuję konkretnej drużynie, po prostu lubię obejrzeć ciekawe widowisko. Nic nie zastąpi klimatu solidnego, zaciętego spotkania dwóch mocnych zespołów.

Czy jednak wolę oglądanie meczu od randki z dziewczyną? Odpowiedź brzmi – niekiedy tak. Już słyszę ten jęk niedowierzania wśród pań, jednak nie ma się czym ekscytować. Większość par nie spędza ze sobą każdego wieczoru a te wolne godziny przeznacza na realizację indywidualnego hobby, lecz paradoksalnie tylko widok mężczyzny siedzącego przed telewizorem świecącym zielenią stadionowej murawy doprowadza kobiety do szału. Choć powyżej napisałem własną teorię odnośnie pochodzenia tego konfliktu, panie wiedzą najlepiej dlaczego piłka nożna tak je drażni.

Proponuję wlać więcej luzu do związku. Kopana jest ważna, ale na dłuższą metę nie zastąpi bliskości kobiety. No, chyba, że chodzi o taki finał Ligi Mistrzów jak tegoroczny – emocje nie z tej ziemi. Wykorzystując sytuację, pragnę pogratulować fanom Realu kolejnego trofeum na koncie.

Niedawno był dzień matki, więc składam serdeczne życzenia wszystkim mamom. Szczególnie tym, które poczęły swe pociechy właśnie w zeszłą sobotę. Wasz facet przegapił najważniejsze piłkarskie wydarzenie roku, by was przelecieć. Trzymajcie się go, bo to skarb.

Albo kryptopedał.

Wind of change

Kilka dni temu świętowaliśmy dziesięciolecie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Akurat w czasie obchodów byłem w rodzinnym domu i praktycznie non stop stał przede mną telewizor. Siłą rzeczy, trzeba oglądać. Jako, że 1 maja nie było moich ulubionych Wojen Magazynowych wrzuciłem bodajże Jedynkę. Stała jakaś pięknie ubrana pani i pan wyglancowany, więc miałem nadzieję, że zapowiedzą dobry kabaret. Skeczy nie uświadczyłem i na usta me nie wstąpił uśmiech, lecz z każdą sekundą brwi unosiły się pod wpływem rosnącego zaskoczenia.

Nie jestem antyunijny. Z systemem trzeba walczyć, to oczywiste, ale nie można sprzeciwiać się wszystkiemu jak leci. Trwamy w Unii, bo jaką niby mamy alternatywę? Zrobić się dzielnicą Londynu? Zostać kolejnym stanem USA? Połączyć się z braćmi Słowianami i stworzyć państwo wódą i piwem płynące? Trzeba być ślepym, by nie dostrzec ile zawdzięczamy Europie, ile się dzięki niej zmieniło. Na praktycznie każdym budynku wiszą tablice określające jak dużo kasy na budowę czy renowację wyrzuciła Unia.

Dlaczego, więc tak zdziwiła mnie szopka prezentowana w TV? Zaczęło się od spotu, który zaserwowano na samym początku. Filmik w założeniu miał chwalić wspólnotę europejską a tak naprawdę dyskredytował wszystko co było przed nią. Ktoś wyciągnął stare, peerelowskie taśmy i wybrał najbardziej wstydliwe momenty – kolejki, puste półki, bazary pełne przemytników i takie tam. Oczywiście wszystko skąpane w szarości. Jeżeli filmy były naturalnie czarno-białe zdawało się, że zabrano im nawet te dwa kolory. W tle sączyła się smutna melodyjka. Wtem nadeszła Unia Europejska i wszystko się zmieniło. Polskę pokolorowano, wybudowano autostrady, wieżowce, stadiony. Ba, zakwitły nawet kwiaty i wypiętrzyły się góry (ponoć za komuny PZPR nie dała na to pozwolenia).

Bujać to my a nie nas. Ok, zachód przyniósł dużo dobrego, lecz nie wszystko złoto co kwiecień plecień. Popatrzmy, ilu z was albo waszych znajomych zajmuje mieszkania zbudowane przed 1989 rokiem? Ile dróg (dziurawych, bo dziurawych, ale jednak) stworzono za komuny? Ile szkół, szpitali, komisariatów policji czy zakładów przemysłowych pochodzi z czasów Gierka? Można mówić, że są one efektem ogólnego istnienia państwa i gdyby w Polsce zaraz po wojnie nastał kapitalizm stworzylibyśmy znacznie więcej i znacznie niższym kosztem. Prawdopodobnie jest to prawda, ale co powstało właśnie w czasach PRL nie powinno być negowane.

Niby śmiejemy się z poprzedniego ustroju, ale takie koncerty jak ten z okazji dziesięciolecia członkostwa wieją wsią i socjalizmem niczym obchody Święta Ziemniaka w Mońkach Garstka artystów kręcących tyłkami w rytm pieśni granych z playbacku, tandetne wstawki filmowe ukazujące zachodnioeuropejskiego boga i głupie, polityczne gadki, od których uszy więdną a mózg pleśnieje. Jedyna różnica, to lepsza oprawa audiowizualna, jednak ostatecznie cała impreza pachnie remizą.

Choć wielu, uzna, że pieprzę farmazony, stwierdzam, że osoby rządzące naszym krajem wcale nie są tak głupie, jak się powszechnie uznaje. Myślicie, że elity polityczne kochają Unię? Bzdura. Po prostu, tak jak już wspomniałem – nie dano nam zbytniego wyboru. Tylko dla zachodniej kasy możemy zaakceptować, że zmiana płci przy zachowaniu zarostu na twarzy jest normalna, zaś jedzenie zwykłej, wędzonej kiełbasy nielegalne…

Zarówno Unia Europejska jak i jej autorskie rodzaje kapitalizmu oraz demokracji upadną, zastąpi je coś innego. Partyjniacy codziennie zapieprzający do swych biur w Ministerstwie Miłości, również wierzyli, że PRL i ZSRR są wieczne. Klops, przyszło kilku narwańców i rozpieprzyło wszystko w drobny mak.

Teraz ich nazywa się zdrajcami. Paradoksalnie, lewaków z krainy octu i musztardy, również się gnoi. Zarzucamy rządowi ustanowienie zbyt wysokich podatków a Unii nadmiar biurokracji. Oczywiście nic w tym dziwnego, my jesteśmy Polacy, my polska husaria, co buntem żyje i gdy nadejdzie czas, zmiecie wroga w pył.

Tak to już jest. Wszystko się zmienia.

A nie, przepraszam. Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia.