Pictures of You

Zdawałoby się, że od momentu wynalezienia kamery wideo aparaty fotograficzne zaczną tracić zwolenników. Jak widać, nic takiego nie miało miejsca. Ba, fotografia przeżywa prawdziwy renesans dzięki powszechnej dostępności sprzętu oraz rozwojowi portali społecznościowych, których aktywni użytkownicy wchłaniają fotki jak muchy gówno.

Nie będę ukrywał, że na fotografii się nie znam. Nie chcę się znać. Kompletny ze mnie ignorant w pojmowaniu zdjęć jako sztuki, lecz mimo wszystko darzę szacunkiem profesjonalistów podchodzących do swego fachu poważnie i z całego serca życzę im wielu sukcesów. Znacznie częściej mam do czynienia ze zwykłymi fotkami zrobionymi u cioci na imieninach i akurat tego szajsu strasznie nie lubię.

Nie pojmuję w ogóle sensu dokumentowania pewnych wydarzeń Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, by wziąć z własnej woli album ze zdjęciami i powspominać. Oczywiście, jak ktoś podstawi mi komórkę pod nos i każe oglądać to przejrzę, aczkolwiek mój mózg nie potrafi zapisywać w pamięci plików graficznych. Szybko luknę i ekspresowo zapomnę. Nie widzę choćby grama magii w przypominaniu sobie pogrzebu wujka Mariana, zapitych mord ze studniówki czy wspólnego wypadu do Pcimia Dolnego wraz z doborową ekipą z zerówki.

Oprócz tego, że na myśl o ckliwych wspominkach chce mi się rzygać, nie lubię wykonywać czynności, które wymagają jedynie patrzenia, nie angażują mnie emocjonalnie. Podobnie mam z filmami. Aby zainteresować mnie kinem trzeba rzucić coś naprawdę walącego po łbie ciężką pałką, bo inaczej zaraz wzywa mnie Morfeusz na flaszkę.

Może to dlatego odczuwam taką niechęć do fotografii, gdyż obcuję tylko ze zdjęciami pstrykanymi dla samego pstrykania i zapełniania dysku twardego niepotrzebnym szmelcem. Nie oczekuję, że każdy będzie trzaskał foty jak korespondent wojenny, ale niektórzy naprawdę powinni się trochę ogarnąć. Dostanie taki fotograf lustrzankę od mamy i błyska lampą na każdym kroku. 15 tysięcy fotek na minutę a na każdej to samo. Szlag, jeśli ów domorosły twórca wrzuca zdjęcia na komputer i nie pokazuje ich nikomu. Niestety, obecnie panuje moda na fotografię, więc trzeba się chwalić swymi arcydziełami i zapychać internety.

Wielu pseudoprofesjonalistów uważa, że jednym filtrem można zmienić beznadziejną fotkę w dzieło sztuki. Najprostszym i najczęstszym działaniem jest przerobienie foci na czarno-białą. Wielkie umysły tak się starały, by aparaty ogarniały miliony barw, ale zapomnieli, że kolorowe zdjęcia są nudne. Za to czerń i biel to co innego! Kanapka z masłem w kolorze i bezbarwna kanapka z masłem to nadal kanapka z masłem, ale za to jaka tajemnicza. Podpowiem też, że twoja czarno-biała twarz pozostaje tak samo brzydka jak kolorowa.

Kolejnym etapem jest stosowanie sepii, ale z kozakami posługującymi się tak skomplikowanymi narzędziami nie chcę zadzierać. Istnieje ryzyko, że znajdą gdzieś moje zdjęcie i stworzą mema w Paint’cie. Profesjonalne złodupce.

Umiejętna obróbka zdjęć potrafi ukazać głębię fotografii, lecz osoby pretendujące do grona fachowców wiedzą, że trzeba z każdym udoskonalaniem postępować delikatnie. Granica między sztuką a kiczem jest cienka jak majtki dzisiejszych nastolatek. Ostatnio w mojej rodzinie było wesele a zaraz po nim ślub brała koleżanka. Wydarzenia te nie wniosły niczego szczególnego do mojego życia, ale w ręce wpadły mi albumy pełne fotografii upamiętniających owe okoliczności. Sam nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać, gdy dowiedziałem się, że za zdjęcia z imprez trzeba było zapłacić grubą kasę i zastanawiałem się przez dobre 3 sekundy czy aby nie zostać fotografem (po chwili jednak wróciłem do marzeń o zostaniu rycerzem Jedi). Zacznijmy od tego, że obrazy z albumu były mniej więcej tak prawdziwe jak twarz Cher. Rozumiem, że każdy chce zaprezentować się wyjątkowo, nietuzinkowo z okazji tak ważnej uroczystości jak ślub. Jednakże nie wyglądamy jak Jolie i Pitt a żaden fotograf nie jest cudotwórcą. W konsekwencji na fotografiach widzimy Panią Cebulę ustrojoną w suknię lśniącą blaskiem polarnej zorzy niczym psie jajca we wzwodzie i Pana Cebulę o twarzy wypolerowanej jak dupa Kryśki przed imprezą w jaświłowej Fantazji.

Że ludzie lubują się w robieniu sobie autogały, to tylko i wyłącznie ich problem. Na domiar złego, w każdym telefonie montują teraz aparaty co w połączeniu ze stałym dostępem do internetu daje wysyp słitaśnych foteczek. Tylko czym kierują się ludzie strzelający sobie samojebki? Przecież swoją twarz możesz oglądać na co dzień w lustrze. A twoi znajomi? Czy ich interesuje jak zajebisty dziś dziubek postawisz? Hm, jeżeli chcę pamiętać kogoś lub coś, to sam uwieczniam na kliszy tego kogoś lub to coś. Wnioskuję więc, że nie chodzi tu o nic innego jak machnięcie wspomnianej autogały, podbudowanie własnego ego. Niestety, skazy usunięte w Photoshopie tak naprawdę nie znikają z twarzy, więc osobiście nie chce mi się bawić ani w robienie ani w obrabianie selfie. Owszem, mój ryj potrzebuje rewitalizacji, ale po co oszukiwać się przerobionymi fotkami? Jeżeli ktoś nie jest zadowolony ze stanu swego lica, to albo niech idzie do chirurga plastycznego, albo płacze, bo go na to nie stać.

Mam nadzieję moja ewentualna, przyszła małżonka nie będzie chciała sesji ślubnej. Nie wydam tyle kasy na zdjęcia z pralką.

Boże.

Najlepszy żart ever.

Aż nie chce mi się dalej pisać.

Lonely day

Lubię być sam, trzeba to otwarcie przyznać. Podejrzewam, że kobiety mogą takie wyznanie pochodzące spod palców faceta potraktować jako niechęć do jakiegokolwiek kontaktu, ale po co ukrywać wrodzone cechy (szczególnie te cholernie irytujące)? Nie mylmy jednak miłości do wieczoru spędzonego sam na sam przed monitorem komputera z uczuciem samotności. Różnica jest mniej więcej taka jak między zadbaną, luksusową prostytutką a dziwką Amandą pracującą w wenezuelskim burdelu. Niby to samo a jedynie korzystanie z pierwszej opcji nadaje się do przechwałek przed kolegami.

Nie byłbym sobą gdybym przy okazji pisania tej notki nie zajrzał do Wikipedii. Otóż definicja hasła samotność brzmi:

Zjawisko subiektywnie odczuwane, stan emocjonalny człowieka wynikający najczęściej z braku pozytywnych relacji z innymi osobami. Często ma wydźwięk negatywny.

Zupełnie nie rozumiem po co dodano ostatnie zdanie. Samotność ma zawsze wydźwięk negatywny. Zdziwieni? Sądzę, że tak. W końcu niesprawiedliwie nazywa się mnie samotnikiem.

Jednakże z tego co wiem, jestem zdrowy psychicznie, toteż samotność nie może być dla mnie niczym fajnym. Niemożność odezwania się do kogokolwiek, brak akceptacji ze strony drugiego człowieka, ciągłe przebywanie ze swoimi myślami i w swoim towarzystwie. Co miałoby mi się podobać w takim życiu? Oczywiście nie oznacza to, iż gardzę chwilą w ciemnym pokoju pełnym ciszy niezmąconej choćby wibracją komórki.

Niestety, większość ludzi myli pojęcia nie potrafiąc zrozumieć, że ktoś lubi spędzić piątkowy wieczór świętując kolejną smoczą śmierć puszeczką piwa. To niemodne, lamerskie, wręcz nienormalne. W przeciwieństwie do udzielania się pod wszystkimi wpisami na Fejsie, wpraszanie się na czyjeś imprezy i wrzucanie do internetów własnej mordy licząc na kilka pozytywnych komentarzy.

W erze totalnej deprywatyzacji towarzyscy inaczej mają naprawdę ciężko. Tylko czekam aż ktoś wpakuje mnie w kaftan i przywiąże do dupy uczestnika parady równości bym się zasymilował ze społeczeństwem.

Myślicie, że przesadzam? To panowie powiedzcie kiedyś swoim kobietom, że dziś nie macie ochoty się spotykać, bo chcecie trochę odpocząć. Odważyłem się na tenże ryzykowny krok jedynie 2 czy 3 razy podczas całego życia. Damn, przecież to była totalna masakra – niby zrozumiała, niby nic się nie stało a i tak były pretensje jakbym ojca sztachetą zajechał. Znacznie bezpieczniej jest symulować chorobę. Jeżeli myślicie, że lubuję się w niezrównoważonych psychicznie pannach, oczywiście macie rację. Aczkolwiek podam inny przykład – co mówicie znajomym, gdy nie chce się wam iść na imprezę? Wybaczcie, wolę dziś pobyć sam/a? Oczywiście, że nie – kłamiecie, że źle się czujecie, macie szlaban od babci za niezjedzenie drożdżówki lub udajecie się na pogrzeb chomika Wacława do sąsiedniego miasta. Wszystko, by nie przyznać się do jednorazowej chęci zamulani przed kompem.

Musisz się pokazać, musisz krzyczeć najgłośniej i tańczyć najszybciej. Paradoksalnie, nakręca to spiralę samotności. Wiem co mówię! W globalnej wiosce wręcz nieprawdopodobnym byłoby utonąć w prawdziwej niedostępności drugiego człowieka – nawet na jebanej pustyni spotkacie jakiegoś beduina. Samotność to jednak sprytny pasożyt, potrafi się przystosować i dzisiaj jej najzjadliwszą wersją jest samotność w tłumie.

Gadasz, ale nie rozmawiasz.

Idziesz, ale nie spacerujesz.

Uprawiasz seks, ale nie kochasz się.

Niby wszystko w porządku, niby żyjesz zgodnie z telewizyjnym przykładem a samotność wciąż rośnie, wciąż nie daje spać, wciąż nie pozwala myśleć. Choć wskazówka licznika znajomych się podnosi to i tak po imprezie wracasz do pustego domu i robisz tego ostatniego drinka mającego wreszcie przenieść cię do czasów, gdy nie czułeś się tak okropnie jak dzisiaj

I teraz przyznaj przed samym sobą, że nie znasz tego uczucia.

Ups, zdarzyło się? Owszem, bo samotność choć niemodna i tępiona przez mass media rośnie w siłę i zżera po cichu tych co najszerzej się uśmiechają. Toteż doceńcie, gdy ktoś otwarcie mówi o chęci spędzenia dnia sam na sam ze sobą – on na pewno nie ma problemu z samotnością.

PS. No, nie było mnie trochę, ale nie chce mi się tłumaczyć :]