Fast and furious

Oglądasz telewizję. Widzisz tam piękne ciała. Młody aktor albo atrakcyjna modelka.

Patrzysz na siebie.

Boże drogi…

Obiecujesz sobie, że już nigdy w życiu nic nie zjesz.

Podejmujesz decyzję! Zaczynasz biegać!

Jednak jogging to nie taka prosta sprawa, nawet ten jednodniowy. Najpierw trzeba dobrać obuwie, spodnie, koszulkę, majtki, skarpety, biustonosz (mocno się zapuściłeś) i to badziewie na ramię żeby nie dźwigać smartfona. A, skoro o smartfonie mowa – nie ma biegania bez Endomondo a sam bieg bez posta na fejsie się nie liczy. Aby jednak odpowiednio zmotywować organizm, na telefon musisz wgrać odpowiednią playlistę.

Dobra, teraz dobierzmy trasę. Google w ruch. Na początek rzucimy 20 kilometrów, zobaczymy na mapie ile to…

Hm, jak z Shire do Mordoru.

Weryfikujesz swoje cele, 3 kilometry to rozsądny wybór. O, akurat z domu do Tesco i z powrotem.

Ubierasz nowe butki, ściskasz poślady dresikami, naciągasz koszulkę na bebzol i… pada. Przecież w deszczu nie pobiegniesz. Więc jutro.

Nazajutrz opadów brak, ale to słońce… Kto normalny się męczy w taki upał? Udar murowany. Zrobisz dziś 5 przysiadów i styknie. Ale jutro już na pewno ruszasz w trasę. Chyba, że będzie zbyt wietrznie, pod wiatr się nie da…

Niestety, pogoda okazuje się być idealna. 23 stopnie, delikatny wiaterek, po niebie latają aniołowie zraszający spoconych biegaczy święconą wodą. Nic tylko zasuwać! Jeszcze tylko naładujesz Samsunga. I ustawisz lokalizację.

Gdzie się podziały te słuchawki?

Wychodzisz z mieszkania, krótka rozgrzewka i już leje się z ciebie jak z dzikiej świni na ruszcie. Biegniesz z K i Ch na ustach. Każdy krok to katorga, czujesz jak mięśnie krzyczą, jak ścięgna błagają o litość, jak płuca obumierają z niedoboru tlenu.

Dusznica poziom pro. Chciałbyś ostatni raz usłyszeć głos matki przed śmiercią.

Wtem mija cię atrakcyjna sportsmenka. Na 3 sekundy zmieniasz się w maratończyka. Klata do przodu, uśmiech na twarz i równomierny bieg.

Cześć maleńka, lubisz moje męskie ciałko?

Dziewczyna nawet nie spojrzała. Wracasz do standardowej pozycji skulonego dziada. Błagasz by karetka stojąca na skrzyżowaniu jechała właśnie po ciebie.

Na ratunek przychodzą światła. Czerwone znaczy stój, więc stoisz. Nie twoja wina, że trasa z domu do Tesco wiedzie przez 40 przejść dla pieszych. Podskakujesz ze dwa razy, niech grubasy w autach widzą jak się ćwiczy.

Mimo wszystko, po powrocie do mieszkania  uznajesz, że bieganie to przereklamowane jest. Zresztą, mamy XXI wiek, są lepsze sposoby na idealną figurę. Zapisujesz się na siłownię, cena promocyjna – milion złotych rocznie. Pakujesz czyste portki do nowiutkiej torby z Decathlonu i jazda do galerii.

Wchodzisz na siłkę a tam same Pudziany. Nie wiesz czy prosić o autograf czy uciekać. Przełykasz ślinę, idziesz do szatni i znajdujesz najciemniejszy kąt, w którym możesz spokojnie zmienić ciuszki nie narażając się na śmiech.

Chcesz zacząć ćwiczyć, ale zapomniałeś, że jedynym sprzętem, którego działanie ogarniasz jest hantel. Zginasz łokieć parę razy, patrzysz jak biceps rośnie o 3 centymetry na sekundę.

Rozgrzałeś się, podchodzisz do ogromnego, lśniącego cudeńka. Jakieś liny, ciężarki i inne wichajstry. Dookoła nikogo, więc zabierasz się do roboty.

Dupą podnosisz kilogramy na atlasie. Nie masz pojęcia co wyprawiasz. Wszyscy patrzą na ciebie jak na młota, ale nie dajesz po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Po godzinie treningu uciekasz do szatni. Nigdy więcej nie pojawisz się w tej mordowni, tyle kasy poszło w błoto a tylko tyłek boli.

Wracając do domu autobusem (od wysiłku na nogach rozwinęła się martwica) wpadasz na genialny pomysł. Po co się męczyć, skoro wystarczy dobra dieta? Wpadasz do domu, odpalasz Internet i pierwszy szok – nie ma diety kiełbasiano-piwnej! Trudno, przecież przodkowie jedli same kiełki i jakoś przetrwali. Wybierasz najbardziej restrykcyjny jadłospis – na śniadanie kubek wody, na obiad trociny a na kolację słoneczna energia.

Zaczniesz od jutra, dzisiaj już nie ma sensu.

Pizza!

Wstajesz rano pełen zapału, łykasz umówioną szklanicę wody i już czujesz jak sadło wyparowuje. Wkraczasz do pracy z promiennym uśmiechem. Nawet zęby jakby schudły.

Mija 20 minut w biurze i czujesz, że twój żołądek zaraz strawi sam siebie. Kwas solny przeżera się do kręgosłupa, co chwilę sprawdzasz czy przez pępek nie wypływa tłuszcz.

Kolejna godzina, schudłeś już tyle, że wyglądasz jak rasowy Etiopczyk. Chwalisz się wszystkim współpracownikom, że dieta poszła w ruch. Wytrwasz na pewno!

Wracasz do domu. Płaczesz. Zjadasz całą lodówkę razem z lodem ze ścianki.

Jednak to bieganie nie było takie złe…

4 pory

Na początek proste zadanie – przypomnij sobie największy życiowy błąd, który w życiu popełniłeś/aś. Już? Nie musisz się tym z nikim dzielić, wystarczy twoje zażenowanie, kłucie w sercu i bezsenność. Nie chcę się nad tobą użalać, sam siebie najlepiej ocenisz.

Ale faktycznie, idiota z ciebie.

Niestety, większość z nas w trakcie swej kończącej się śmiercią kariery odpieprzy (lub już odpieprzyło) coś piekielnie nieodpowiedzialnego, głupiego i kompletnie żenującego. Skala zależy oczywiście od stylu bycia, ale powodów do wstydu nikomu nie zabraknie. Mimo to, ocenianie innych ludzi przychodzi nam niezwykle łatwo. Facet, który zdradził swoją żonę przestaje być człowiekiem, staje się gnojem czystej klasy zasługującym na nabicie na nienaostrzony pal. Kobieta porzucająca dziecko zaraz po porodzie to nie matka a wiedźma bez sumienia, którą najlepiej wywieźć z miasta na kupie gnoju. A młody kierowca śmiertelnie potrącający samochodem pięcioletnią dziewczynkę? Toż to kryminalista, powinno się rozwlec jego truchło na krzyżu jajami do góry.

Przesadzam? Ja jedynie lubię czytać i powtarzać internetowe komentarze. Poza tym, czy takie myślenie to domena sieciowych hejterów? A co dzieje się podczas rodzinnej imprezy? Ile razy słyszeliście o złej kuzynce, która zostawiła męża i odeszła do innego? Albo o wujku, który tylko całymi dniami chleje i nie dba o rodzinę. Oglądaliście kiedyś Wiadomości wraz z familią? Rodzice czy dziadkowie nie omieszkają ocenić polityków, terrorystów, demonstrantów. Nigdy ich nie widzieli, nigdy nie poznali ich założeń a krytyka przychodzi im przez usta z niezwykłą łatwością.

Mnie to w sumie nie drażni, sam niekiedy bez skrupułów wyrażam niezasadne opinie. Przypomniałem sobie jednak, że również popełniam błędy i wiem jak czuje się ten zły. Spróbujcie czasami pomyśleć jakie emocje siedzą w człowieku, który właśnie orientuje się, iż jednym głupim działaniem przekreślił swoje dotychczasowe życie. No, jak narzeczony informuje was, że przespał się z waszą matką, to możecie odpuścić sobie współczucie i obrzucać go talerzami, lecz spójrzmy na coś z perspektywy czasu. W pierwszej chwili, w natłoku emocji nie ma czasu na logiczne przemyślenia, ale jak czulibyśmy się będąc po tej drugiej stronie barykady? Spieprzyliśmy, sprawa po prostu się jebła. Nie ma już tłumaczeń, nie ma litości, nie ma ucieczki od odpowiedzialności. Musimy patrzeć w twarz osobie, której rozerwaliśmy serce, której zmarnowaliśmy życie, która już nigdy nie spojrzy na nas kochającym wzrokiem.

Pierwsza myśl – po co mi to było? Po co próbowałem, po co ryzykowałem? Później przychodzą wyrzuty sumienia i bezsilność. Nie ma już o co walczyć, trzeba ze sceny zejść i się nie kompromitować. Przyjdzie tylko przeżyć smutne spojrzenie matki, wymowne, ojcowskie kręcenie głową i podśmiewanie rodzeństwa. Później jakoś to będzie.

Smutek jednak pozostaje, zmyć piętno drania to sztuka niemożliwa. Lepiej zainwestować w nowoczesne technologie i pracować nad wehikułem czasu.

Czy krzywdzicielom należy się współczucie? Absolutnie. Jedynie wyrozumiałość. Nie poznamy motywów każdego poznanego człowieka. Może będzie on do szpiku kości zły a jego niecne uczynki staną się napędem dla bandyckiego żywota. Z drugiej strony, ten patałach kulący się przed nami mógł naprawdę dopuścić się najgorszego życiowego przewinienia. Przez głupotę, nierozwagę lub przypadek. Co za różnica? Zapłaci za swoje a karę wymierzy sobie sam.

Niekiedy przyjdzie nam stać się dupkiem, by popchnąć swoje życie naprzód. Obyście nigdy nie byli zmuszeni nikomu mówić, że już go nie kochacie, ale jakże naiwnym trzeba być aby wierzyć, że przez długie lata dzielące was od grobu nie będziecie musieli wycisnąć z gardła słów, które niczym nóż z Lidla powoli wwiercą się w mózg osoby, dla której jeszcze przed sekundą byliście całym światem.

Możecie grać Matkę Teresę i zbawiać świat, ale ręczę, że pewnego dnia zrozumiecie, iż największym błędem waszego życia było nie popełnianie błędów.

A na zakończenie tekst od Kasi Nosowskiej:

Pamiętam tylko, że była wtedy wiosna,
Wiadomo maj, te sprawy drzewa całe w pąkach,
Serce pojemne jak przedwojenna wanna
I pragnienie by ją wypełnić.
Uwiodła mnie przepaść jednego spojrzenia.
Runęłam w nią rozkładając ramiona,
Spadałam całe lato i bym się roztrzaskała,
Gdyby nie spadochron z wyrzutów sumienia.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.

Do wrót normalności zastukałam zimą,
Gdzieś w okolicy Bożego Narodzenia.
Jestem z powrotem i leżę przy tobie
Czy szczęśliwsza ? Nie wiem, ja nie wiem.
Patrzę na ciebie w nocy, gdy już uśniesz.
Kładę się obok, oglądam nas w lustrze
I widzę, i widzę od lat nieprzerwanie
Podróbkę szczęścia z fabryki na Tajwanie.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.