Windą do nieba

Cóż to był za szalony czas! Tyle się działo przez ostatnie miesiące. Podróże, imprezy, wyzwania w życiu zawodowym!

Żartuję. Nudy jak ch… Jedyne czym się mogę pochwalić to fakt, że się oświadczyłem i przygotowuję się do ślubu. O tym też chciałbym opowiedzieć, a słowem wstępu pozwólcie, iż zacytuję klasyka – to jest dramat kurwa.

Muszę sprostować – nie chodzi o sam ślub. W końcu nikt mnie nie zmuszał żebym wydawał miliardy złotych na kawałek metalu z prawdziwym sztucznym brylantem i brudził sobie kolana klękaniem w romantycznym miejscu. Niestety, same przygotowania do wesela to już inna bajka. Jestem, co prawda dopiero na samym początku (jeszcze nawet terminu nie mam), ale muszę coś ogarniać, gdyż moja luba łeb mnie suszy.

A myślałem, że jak dam ten pierścionek to już będzie spokój…

Na moje nieszczęście, jakiś czas temu wybrałem się na targi ślubne w Poznaniu. W zasadzie niczego nie oczekiwałem, niczego się nie spodziewałem, ale to co zobaczyłem nielicho mnie przeraziło. Okazało się, że w Wielkopolsce nie ma trzech sal weselnych, a raczej – tak na oko – pierdyliard. Każda się reklamuje, menedżerowie chcą żeby to u nich pijana ekipa z Podlasia zarzygała parkiet a jej wielkopolski odpowiednik zdemolował kible. Ja tu myślałem, że zrobię po prostu ostrą popijawę z kilogramami mięcha na stołach a oni mi gadają o wystroju sali, obrusach, zastawach, fajerwerkach, DJ-ach, orkiestrach, fotografach i guźcu (taka świnia z afryki) po północy.

Łaziłem jak debil po tych halach i oglądałem piękne samochody, które mają mnie zawieźć do kościoła, grajków prezentujących swe niesamowite umiejętności wyszukiwania piosenek Zenka Martyniuka na YouTube oraz barmanów-akrobatów żonglujących butelkami z wódką (po co to tak ryzykować?). Ostatecznie wyszedłem stamtąd z dwiema torbami (Poznaniakom tłumaczę – siatkami) ulotek i zawrotami głowy będącymi konsekwencją bytowania w tłumie. Bo jeszcze nie wspomniałem, iż na samych targach był taki ścisk, że chyba cała Polska na hurra zechciała wypowiedzieć sakramentalne tak właśnie w tym samym czasie co ja.

Może to Ukraińcom wizy pracownicze się kończą?

Najwięcej frajdy miałem jak patrzyłem na pary stojące przy stoiskach. Kobiety z prawdziwym, wręcz ekstatycznym zainteresowaniem słuchały nawijki handlarzy i oglądały co droższe suknie, obrączki czy inne pierdolety. Panowie zaś, w większości stali zagubieni, z nadzieją, że to już ostatnie stoisko, które zobaczą. Gdy niechcący spotkaliśmy się wzrokiem przez ułamek sekundy słyszeliśmy swe umysły krzyczące po co mi to było?.

Co by nie mówić, wesela to bardzo komercyjna sprawa. Nie wiem jak to wyglądało kiedyś, ale w chwili obecnej ludzie już chyba trochę przesadzają. W telewizji praktycznie cały czas leci coś o ślubach – to jakaś bogata pani przyjeżdża na wieś i organizuje wieśniakom prawdziwe wesele w stylu Hollywood (tylko z Zenkiem zamiast Bruno Marsa) czy randomowe tępe dzidy wybierają suknie przez pół dnia płacząc przy tym, że bez tej écru z falbanami i cekinami za jedyne 3000$ impreza się nie odbędzie. Wszystko fajnie, ale nie wydaje się wam, że wesela stały się maszynką do zarabiania, na pannach, którym społeczeństwo wkręciło, iż ten teoretycznie najważniejszy dzień w życiu musi być podbity workami pieniędzy? Osobiście wolałbym uroczystość skromną, bez udziwnień, lecz jestem tylko pionkiem w tej grze oddającym pole stronie kobiecej – przyszłej pannie młodej i oczywiście mamom co to wesele przeżywają bardziej niż niedźwiedzie polarne globalne ocieplenie.

Nie zmienia to jednak faktu, iż serce me raduje się gdy widzę jak wiele osób podąża ze swymi drugimi połówkami do ołtarza. Mam nadzieję (może złudną), że wszystkie te pary robią to z miłości a nie społecznego i religijnego przykazu. Jakby nie było, czy ktoś chce mieć wesele w stodole czy w pałacu, czy potrzebuje jedynie uśmiechu rodziny czy kuglarza strzelającego fajerwerkami z dupy będzie cudownie jeśli ten dzień dla wszystkich stanie się wspaniałym przeżyciem a nie tylko pierwszym krokiem w rozwód po dwóch latach.

Nie wypowiadam się za bardzo na temat organizacji samego ślubu, ale będę brał kościelny. Zdziwko co? Dla mnie nie. Niezależnie od mojego podejścia do religii myślę, iż ślub zgodny z czyjąś wiarą to zajebiste wydarzenie więc nie zamierzam wchodzić w paradę mej narzeczonej i pozostawiam jej prawdziwie wolną rękę w kwestii ślubu kościelnego. Jako, że nie bardzo dogaduję się z księżmi (pewnie już jestem dla nich za stary) cieszę się, że zejdzie ze mnie to obciążenie i spokojnie zajmę się organizacją cywilki.

Weselicho odbędzie się najwcześniej za rok (jeszcze nie przeszedłem Fallouta 4) więc nie będzie to ostatni wpis o tej tematyce. Na pewno z zapartym tchem śledzić będziecie moje przygody podczas nauk przedmałżeńskich i dziką negocjację cen wódki z przyjaciółmi ze wschodu.

Stay tuned!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *