Solą w oku

Rzadko zdarza mi się obejrzeć jakiegoś rodzaju program informacyjny w telewizji. Nie lubię, nie umiem, nie mam czasu bo gram w grę. Ostatnio jednak coś mnie wzięło i obejrzałem zarówno Fakty jak i Wiadomości. Dzięki temu zacząłem rozumieć dlaczego tak trudno jest teraz rozmawiać z ludźmi nie narażając się na kłótnie.

Weźmy na tapetę bardzo popularny ostatnio temat ustawy o IPN. Nie wiem kiedy przeczytacie ten wpis więc krótko wytłumaczę – ustawa przewiduje karę za zakłamywanie historii, przypisywanie Polakom zbrodni nazistowskich, używanie zwrotu polskie obozy zagłady (jak nie będę się odzywał to znaczy, że właśnie za to siedzę) i tego typu rzeczy. Na pierwszy rzut oka, całkiem niezły pomysł, ale jak to zwykle bywa trzeba trochę pomyśleć i wyjdzie, że taka ustawa to nie tylko plusy.

Niestety, wydaje mi się, że myślenie w telewizji nie jest już modne. Oglądam sobie TVNowskie Fakty i słyszę jaka to ustawa jest be, jak to pójdziemy do pierdla jeśli tylko napiszemy o Jedwabnem, jak Izrael zrzuci na nas bomby a Mosad wjedzie z buta do sejmu. Słucham, przeżuwam kolacyjną kanapkę i myślę sobie “no kurde, mają rację!”. W sumie strach będzie coś powiedzieć, coś napisać, publicznie obrazić. A na to zgodzić się nie mogę.

Panie Duda, nie podpisuj pan!

Nim dokończyłem kanapkę (z salami jeśli to kogoś interesuje) przełączyłem się na TVP i ich Wiadomości. Tam pan prezenter, co zawsze wygląda jakby chciał mi wpierdolić (nie chce mi się szukać nazwiska, ale dużo ich tam chyba nie zostało więc wiadomo o kogo chodzi) tłumaczy mi, że od lat byliśmy ośmieszani i poniżani, że nikt tak nie pomagał Żydom jak Polacy, że ustawa nie będzie karać za publikacje naukowo no i, że Żydzi tak naprawdę nie mają nic przeciwko a Mosad nie planuje z buta wjeżdżać. Przełykam więc ostatni kęs buły i krzyczę do telewizora:

Panie Duda, podpisuj pan!

Wtedy nagle przeszedł mnie prąd. Wiecie, takie dziwne uczucie, co czasami nadchodzi podczas kolokwium. Kiedyś już tak miałem, więc dobrze wiedzialem co się święci – pomyślałem.

Dałem się podejść jak dziecko. Jak bachor co wierzy, że gdy nie podniesie  rąk i nie przekaże energii Goku to Genki-dama nie ma szans się udać. W obu programach chcą nam faktycznie przekazać informacje, ale tylko te wybiórcze. Oglądając przez cały czas jeden kanał można zafiksować się na jeden punkt widzenia i stracić zdrowy rozsądek. A stąd już tylko krok do radykalizmu.

Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam się za wielce oświeconego, jedynego znającego prawdę. Ja tylko zdaję sobie sprawę, że rzadko kiedy coś jest afroamerykańskie albo białe. Wiem również, iż jest spora grupa ludzi co też przepuszcza papkę z telewizji przez swoje własne filtry. Niestety, czasami wydaje mi się, że osoby te nikną w tłumie bo nie są tak wyraźne i tak głośne jak reszta. Poza tym, będąc na środku walczysz na dwa fronty i jesteś odbierany jako ktoś bez własnych poglądów.

Stąd też tak trudno dziś gadać z ludźmi. Nawet najbanalniejszy temat zaraz zejdzie na tematy polityczne. Czy sobie tego życzysz czy nie, rozmówca zechce przekabacić cię na swoją stronę, zasypie cię teoriami o spiskach i skandalach, o których czytał na stronie tylkoprawda.wordpress.pl. Rzec by się chciało, przecież na tym polega rozmowa. Jednak dobrze wiemy, że obecnie rzadko komu zależy na rozmowie. Ludzie chcą po prostu wykrzyczeć swoje przekonania i jak trafią na “swojego” to razem będę nieść kaganek oświaty nawracając niewiernych. A jak spróbujecie się postawić i rzucić logicznym kontrargumentem? Po dłuższej chwili przetwarzania nieoczekiwanego błędu i restarcie mózgu, rozmówca nazwie was faszystami albo komuchami w zależności od preferencji politycznych.

Dalsza wymiana zdań nie ma sensu. Dlatego ja raczej w towarzystwie milczę. Nie chce mi się nikogo sprowadzać na właściwe tory, nie chcę się kłócić bo szkoda mi na to czasu i energii. Wolę być nijaki bo tak łatwiej. Może kiedyś, gdy naprawdę uznam, że czyjeś idiotyczne przekonania doprowadzą do tragedii stanę po przeciwnej stronie barykady. Obecnie jednak wolę popatrzeć, odsunąć się i obserwować jak idiota idiocie stara się przekazać mądrość.

Zastanawiacie się pewnie dlaczego przy tak wdzięcznym temacie nie pojawił się żaden żart o Żydach. Otóż ostatnio zacząłem publikować na Facebooku a na tylkoprawda.wordpress.pl piszą, że Zuckerberg pochodzi z rodziny żydowskiej.

#przypadekniesadze

Windą do nieba

Cóż to był za szalony czas! Tyle się działo przez ostatnie miesiące. Podróże, imprezy, wyzwania w życiu zawodowym!

Żartuję. Nudy jak ch… Jedyne czym się mogę pochwalić to fakt, że się oświadczyłem i przygotowuję się do ślubu. O tym też chciałbym opowiedzieć, a słowem wstępu pozwólcie, iż zacytuję klasyka – to jest dramat kurwa.

Muszę sprostować – nie chodzi o sam ślub. W końcu nikt mnie nie zmuszał żebym wydawał miliardy złotych na kawałek metalu z prawdziwym sztucznym brylantem i brudził sobie kolana klękaniem w romantycznym miejscu. Niestety, same przygotowania do wesela to już inna bajka. Jestem, co prawda dopiero na samym początku (jeszcze nawet terminu nie mam), ale muszę coś ogarniać, gdyż moja luba łeb mnie suszy.

A myślałem, że jak dam ten pierścionek to już będzie spokój…

Na moje nieszczęście, jakiś czas temu wybrałem się na targi ślubne w Poznaniu. W zasadzie niczego nie oczekiwałem, niczego się nie spodziewałem, ale to co zobaczyłem nielicho mnie przeraziło. Okazało się, że w Wielkopolsce nie ma trzech sal weselnych, a raczej – tak na oko – pierdyliard. Każda się reklamuje, menedżerowie chcą żeby to u nich pijana ekipa z Podlasia zarzygała parkiet a jej wielkopolski odpowiednik zdemolował kible. Ja tu myślałem, że zrobię po prostu ostrą popijawę z kilogramami mięcha na stołach a oni mi gadają o wystroju sali, obrusach, zastawach, fajerwerkach, DJ-ach, orkiestrach, fotografach i guźcu (taka świnia z afryki) po północy.

Łaziłem jak debil po tych halach i oglądałem piękne samochody, które mają mnie zawieźć do kościoła, grajków prezentujących swe niesamowite umiejętności wyszukiwania piosenek Zenka Martyniuka na YouTube oraz barmanów-akrobatów żonglujących butelkami z wódką (po co to tak ryzykować?). Ostatecznie wyszedłem stamtąd z dwiema torbami (Poznaniakom tłumaczę – siatkami) ulotek i zawrotami głowy będącymi konsekwencją bytowania w tłumie. Bo jeszcze nie wspomniałem, iż na samych targach był taki ścisk, że chyba cała Polska na hurra zechciała wypowiedzieć sakramentalne tak właśnie w tym samym czasie co ja.

Może to Ukraińcom wizy pracownicze się kończą?

Najwięcej frajdy miałem jak patrzyłem na pary stojące przy stoiskach. Kobiety z prawdziwym, wręcz ekstatycznym zainteresowaniem słuchały nawijki handlarzy i oglądały co droższe suknie, obrączki czy inne pierdolety. Panowie zaś, w większości stali zagubieni, z nadzieją, że to już ostatnie stoisko, które zobaczą. Gdy niechcący spotkaliśmy się wzrokiem przez ułamek sekundy słyszeliśmy swe umysły krzyczące po co mi to było?.

Co by nie mówić, wesela to bardzo komercyjna sprawa. Nie wiem jak to wyglądało kiedyś, ale w chwili obecnej ludzie już chyba trochę przesadzają. W telewizji praktycznie cały czas leci coś o ślubach – to jakaś bogata pani przyjeżdża na wieś i organizuje wieśniakom prawdziwe wesele w stylu Hollywood (tylko z Zenkiem zamiast Bruno Marsa) czy randomowe tępe dzidy wybierają suknie przez pół dnia płacząc przy tym, że bez tej écru z falbanami i cekinami za jedyne 3000$ impreza się nie odbędzie. Wszystko fajnie, ale nie wydaje się wam, że wesela stały się maszynką do zarabiania, na pannach, którym społeczeństwo wkręciło, iż ten teoretycznie najważniejszy dzień w życiu musi być podbity workami pieniędzy? Osobiście wolałbym uroczystość skromną, bez udziwnień, lecz jestem tylko pionkiem w tej grze oddającym pole stronie kobiecej – przyszłej pannie młodej i oczywiście mamom co to wesele przeżywają bardziej niż niedźwiedzie polarne globalne ocieplenie.

Nie zmienia to jednak faktu, iż serce me raduje się gdy widzę jak wiele osób podąża ze swymi drugimi połówkami do ołtarza. Mam nadzieję (może złudną), że wszystkie te pary robią to z miłości a nie społecznego i religijnego przykazu. Jakby nie było, czy ktoś chce mieć wesele w stodole czy w pałacu, czy potrzebuje jedynie uśmiechu rodziny czy kuglarza strzelającego fajerwerkami z dupy będzie cudownie jeśli ten dzień dla wszystkich stanie się wspaniałym przeżyciem a nie tylko pierwszym krokiem w rozwód po dwóch latach.

Nie wypowiadam się za bardzo na temat organizacji samego ślubu, ale będę brał kościelny. Zdziwko co? Dla mnie nie. Niezależnie od mojego podejścia do religii myślę, iż ślub zgodny z czyjąś wiarą to zajebiste wydarzenie więc nie zamierzam wchodzić w paradę mej narzeczonej i pozostawiam jej prawdziwie wolną rękę w kwestii ślubu kościelnego. Jako, że nie bardzo dogaduję się z księżmi (pewnie już jestem dla nich za stary) cieszę się, że zejdzie ze mnie to obciążenie i spokojnie zajmę się organizacją cywilki.

Weselicho odbędzie się najwcześniej za rok (jeszcze nie przeszedłem Fallouta 4) więc nie będzie to ostatni wpis o tej tematyce. Na pewno z zapartym tchem śledzić będziecie moje przygody podczas nauk przedmałżeńskich i dziką negocjację cen wódki z przyjaciółmi ze wschodu.

Stay tuned!

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma

Prawdziwe. Wszystko w zasadzie jest prawdziwe. Mimo to bardzo trudno znaleźć coś prawdziwego. Aby zjeść prawdziwego schabowego trzeba nachodzić się parę godzin, by znaleźć prawdziwą knajpę, z prawdziwym kucharzem co zaserwuje prawdziwego kotleciora. Prawdziwy schaboszczak potrzebuje do pary prawdziwych kartofli, nie jakichś podrabiańców. Oczywiście prawdziwa sól musi nadać prawdziwy smak gwarantujący prawdziwą przyjemność z jedzenia.

Skoro z głupim mięsem opatulonym panierką (prawdziwą rzecz jasna) jest tyle zachodu, to jak w tych czasach znaleźć prawdziwego mężczyznę/ prawdziwą kobietę?

Wydaje mi się, że zbyt wielu ludzi przywłaszcza sobie decydowanie o tym co zasługuje na miano „prawdziwego”. Pal sześć, gdy za nadawanie orderu prawdziwości zabierają się fachowcy w danej dziedzinie. Znacznie gorzej dzieje się, kiedy to ludzie niemający pojęcia o temacie wymyślają swoją własną hierarchię – może teraz was zaskoczę, wszyscy jesteśmy trochę takimi ignorantami. W końcu każdy z nas ma wyobrażenie o prawdziwym przedstawicielu płci przeciwnej. Gdy zapytacie kobietę, kto to jest prawdziwy mężczyzna dostaniecie rozciągniętą po sufit listę umiejętności, które człowiek musiałby posiadać by dołączyć do elitarnego grona prawdziwych mężczyzn. Oczywiście w drugą stronę też to działa, ale wielu facetów pewnie wskazałoby jedynie dwa atrybuty prawdziwej kobiety – cycki.

Trochę pożartowaliśmy, lecz temat sam w sobie taki znowu śmieszny nie jest. Wróćmy na chwilę do prawdziwych mężczyzn. Co też ów prawdziwy mężczyzna musi umieć? Na pewno musi prosto wbić gwóźdź. Łatwizna, nie? Powiedzcie to mężczyznom bez rąk… To taki skrajny przypadek, ale wiadomo, że facet co nic naprawić nie umie to przecież żaden facet. A przecież dopiero zaczynamy. Mężczyzna musi również potrafić obsłużyć wiertarkę, frezarkę, młot pneumatyczny, koparkę, kombajn oraz wyrzutnię pocisków ziemia-powietrze FIM-92 Stinger (by w razie zagrożenia obronić swą królową).

Powiedzmy, że znalazł się ktoś, kto to wszystko ogarnął – zrobił udarówką dziurę jak pięść, obrobił frezarką 100 gwintów, wydziobał młotem drugi Wielki Kanion, pogłębił go koparką, przerobił kombajnem pole sąsiada po czym wygrzebał ze strychu wyrzutnię rakiet i temu samemu sąsiadowi rozjebał stodołę. Już? Najwyższe miejsce na podium? Zasłużone laury? Zapomnij. Może dla jednej Pani staniesz się ideałem, ale na ledwie 5 sekund – nie daj boziulko białogłowej na klawiaturze przestawi się „Z” z „Y”. Kolejny element do listy. A zanim zdążysz wygooglać „jak pryestawić Y y Z” do listy dojdzie jeszcze kilka rzeczy, które prawdziwy mężczyzna umieć musi. Jakby tego było mało, na nic zdadzą się twe dotychczasowe osiągnięcia, gdy zapragniesz znaleźć miłość w innej części świata. Nie umiesz surfować? Odpuść sobie Hawaje. Nie umiesz zabić lwa gołymi pięściami? Afryka odpada. Nie umiesz nazwać przynajmniej 15 płci, a nikt z twojej rodziny nie jest homoseksualistą? Nie dla ciebie panie z Europy Zachodniej.

Omówiliśmy ledwie umiejętności, nie doszliśmy jeszcze do cech. Przecież prawdziwy mężczyzna musi być…

Dość. Chyba już każdy załapał. I pewnie już każdy pomyślał: „przesadzasz Frustracie”. Oczywiście, że przesadzam, inaczej by nie było zabawnie.

Prawda?

W każdym razie, sami chyba rozumiecie, że stosowanie słowa „prawdziwe” zupełnie mija się z celem w kontekście człowieka – jeśli już to można powiedzieć, że prawdziwy mężczyzna musi mieć penisa a prawdziwa kobieta waginę. I pochwę. I macicę. I…

Dobra nie wchodźmy głębiej.

Badum tsss…

Niestety wciąż żywe są pewne stereotypy, którymi żyjemy nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo krzywdzimy siebie i innych. Poprzeczkę podnosimy coraz wyżej i wyżej a końca nie widać. Trochę pastwiłem się w poprzednich akapitach, nad kobietami i ich rozhukanymi oczekiwaniami, lecz przecież mężczyźni robią dokładnie to samo. Wiedzą co musi umieć zrobić prawdziwa kobieta (przynajmniej tak dobrze jak mamusia), jak powinna wyglądać (przynajmniej tak jak mamusia za młodu) i jaka ma być w łóżku (przynajmniej taka jak mam… ekhm).

I jak na boga, my takie życiowe kaleki dobieramy się w pary skoro po horyzont ni prawdziwego chłopa, ni prawdziwej baby? Jednak, skądś biorą się prawdziwe miłości, prawdziwe śluby i prawdziwe dzieci. Okazjonalnie prawdziwe rozwody i prawdziwe bomby za przesoloną zupę, ale hej – jak już chyba uzgodniliśmy, ideałów u nas nie znajdziesz. Mimo to, jakoś sobie żyjemy, jakoś sobie radzimy i nawet udaje nam się przetrwać. Choć czasami krzywo wkręcimy śrubę lub zamiast pomidorowej wyjdzie nam pożar chałupy.

Powiem wam tyle – odpuśćcie sobie te stereotypy „prawdziwych”. To tylko nakręca frustrację z własnej nieudolności i zbyt wygórowanych oczekiwań wobec świata. A to już tylko krok do stworzenia beznadziejnego bloga, na którym wylejecie swoje żale wobec świata pisząc z jakiejś ciemnej piwnicy, z klawiaturą na wydatnym brzuchu i łysiną powstałą przez lata rwania włosów.

Nieśmieszne.

Ja na przykład, mimo całej mej zajebistości też czegoś nie umiem. Np. kompletnie nie znam się na motoryzacji. Nigdy mnie tego nie uczyli a ja też szczególnie chętny do nauki nie byłem. I co? I nico. Nikt nie przyszedł do mego domu z maczetą i nie odrąbał mi mego atrybutu męskości. Jednak gdybym w kółko słyszał, jaki to jestem beznadziejny, bo nie wiem nawet gdzie w samochodzie szukać alternatora to pewnie w końcu założyłbym tego bloga.

Nadal nieśmieszne.

Podsumowując – zluzujcie majty. Sobie i innym. Dla nieodpowiednich partnerów nigdy nie będziecie dość dobrzy a ci nieodpowiedni nigdy nie będą dość dobrzy dla was. Dopiero gdy zrozumiecie, że na świecie nie ma ani prawdziwych mężczyzn ani prawdziwych kobiet, dorośniecie do tego by stworzyć związek. Taki prawdziwy, gdzie nieprawdziwy facet obija sobie paluchy młotkiem gdy nieprawdziwa kobieta rani swe palce igłą.

Prayer of the Refugee

Nastały takie czasy, że nawet najmniej istotne informacje otrzymują status hot newsów. Jak na pewno wiecie, ksiądz Krzysztof Charamsa przyznał się do bycia gejem. Kościół w szoku, opinia publiczna zmasakrowana, obrońcy moralności na kolanach. Ale pomyślmy tak rozsądnie, co w tym takiego strasznego?

Pytanie pierwsze: Czy katolicy naprawdę są tak daleko od rzeczywistości by myśleć, iż w Kościele nie ma homoseksualistów?

Jeden chłop przyznał się, że kocha Boga a jedynie w wolnym czasie lubi posunąć innego faceta i wszystkim odpieprza. Pomyślcie, ilu księży ma na sumieniu tego typu grzechy, ale się nie ujawnia i robi swoje potajemnie? Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal, ale idiotą trzeba być, by po setce afer z udziałem kapłanów i chłopców nie przyjmować do wiadomości, że wśród kleru są geje. Taka afera o coś co jest oczywiste…

Pytanie drugie: Co jest głupsze – uprawianie seksu z tą samą płcią czy nie uprawianie go w ogóle?

Nie jestem fanem homoseksualistów, denerwuje mnie nie tyle ich orientacja, lecz bezkrytyczna i nachalna agitacja. Z seksu dwóch facetów dzieci nie będzie, więc biologicznie taki związek normalny nie jest. Z drugiej strony celibat jest idiotyczny zarówno naukowo jak i zdroworozsądkowo. Już ignorując co i komu księża obiecują, świadome odrzucanie przyjemności jest po prostu głupie. Bóg bardziej ich pokocha, bo nie dotykają kobiet i rezygnują z tacierzyństwa? Chciałbym uwierzyć, ale wyznaję prostą zasadę – jeśli najwyższy istnieje, to jest rozsądny i nie wymyśla posranych zasad dla własnego widzimisię. Duszpasterz wracający po pracy do kochającej partnerki i dzieci byłby gorszy niż ten przywiązujący sobie ręce do kaloryfera byle tylko nie smyrnąć się po jajach?

Pytanie trzecie: Może cała sytuacja to tylko piękna zagrywka medialna?

Bycie gejem jest w tej chwili bardzo opłacalne. A kapłan pedał to już w ogóle idealny kandydat na showmana. Wcale bym się nie zdziwił gdyby ksiądz Krzysztof siedział teraz w swoim pokoju i śmiał się ze wszystkich wielce oburzonych. Trochę pogadanek, trochę wstydu i fejm na całe życie. Sam bym tego lepiej nie wymyślił.

Pytanie czwarte: Czy ludzie nie wiedzą, że życie opiera się na kłamstwie?

Duchowny kłamał. Hm… Rozumiem, że niektórzy mogą sobie trwać w wyimaginowanym świecie fantazji, ale jak można nie zauważyć, że kontrolowana obłuda stanowi jeden z filarów naszego życia? Politycy obiecują, że podniosą nam wypłaty o 3000 zł jeśli oddamy na nich głos. Policjanci twierdzą, że robią wszystko co w ich mocy by odszukać nasz skradziony samochód. Telemarketerzy dobierają nam najlepsze, indywidualne oferty. Ludzie mówią to co muszą, wypełniają rozkazy a my to po cichu akceptujemy. Ksiądz skłamał i raban na całego. Kto tu jest obłudny ja się pytam?

Pytanie piąte: Co to kogo obchodzi?

Wszystko fajnie, jest show, jest burdel w szeregach kleru, ale jakie to ma znaczenie dla ludzkości? No żadne. Osobiście poruszył mnie jeden fakt – sam zainteresowany otwarcie przyznał, iż po swoim ujawnieniu jest szczęśliwy i czuje się lepiej. Ze mnie to taki Dobry Ziomek Frustrat, bez typowo narodowej spiny cieszę się cudzym szczęściem. Mnie postawa księdza nie denerwuje i nie rani. Więcej, myślę, że przed laty popełnił on głupotę przyrzekając coś czego nie rozumiał i przez to cierpiał w milczeniu, wiedząc, że niewielu zrozumie jego położenie. Dlatego jestem rad, że facet zrzucił ciężar z serca i może napawać się resztą swego bytu kochając kogo chce a nie kogo mu każą.

Nie doświadczyłem co prawda niczego niesamowitego ze strony religii, ale jestem w stanie uwierzyć, że człowiek może być szczerze radosny miłując drugiego człowieka. Co do bóstwa mam wątpliwości, lecz jeżeli ktoś ma inne odczucia, ja to szanuję i nawet lubię. Bądźcie szczęśliwi ludzie, niezależnie czy przed ołtarzem czy w łóżku.

Tylko nie krzywdźcie innych.

Fast and furious

Oglądasz telewizję. Widzisz tam piękne ciała. Młody aktor albo atrakcyjna modelka.

Patrzysz na siebie.

Boże drogi…

Obiecujesz sobie, że już nigdy w życiu nic nie zjesz.

Podejmujesz decyzję! Zaczynasz biegać!

Jednak jogging to nie taka prosta sprawa, nawet ten jednodniowy. Najpierw trzeba dobrać obuwie, spodnie, koszulkę, majtki, skarpety, biustonosz (mocno się zapuściłeś) i to badziewie na ramię żeby nie dźwigać smartfona. A, skoro o smartfonie mowa – nie ma biegania bez Endomondo a sam bieg bez posta na fejsie się nie liczy. Aby jednak odpowiednio zmotywować organizm, na telefon musisz wgrać odpowiednią playlistę.

Dobra, teraz dobierzmy trasę. Google w ruch. Na początek rzucimy 20 kilometrów, zobaczymy na mapie ile to…

Hm, jak z Shire do Mordoru.

Weryfikujesz swoje cele, 3 kilometry to rozsądny wybór. O, akurat z domu do Tesco i z powrotem.

Ubierasz nowe butki, ściskasz poślady dresikami, naciągasz koszulkę na bebzol i… pada. Przecież w deszczu nie pobiegniesz. Więc jutro.

Nazajutrz opadów brak, ale to słońce… Kto normalny się męczy w taki upał? Udar murowany. Zrobisz dziś 5 przysiadów i styknie. Ale jutro już na pewno ruszasz w trasę. Chyba, że będzie zbyt wietrznie, pod wiatr się nie da…

Niestety, pogoda okazuje się być idealna. 23 stopnie, delikatny wiaterek, po niebie latają aniołowie zraszający spoconych biegaczy święconą wodą. Nic tylko zasuwać! Jeszcze tylko naładujesz Samsunga. I ustawisz lokalizację.

Gdzie się podziały te słuchawki?

Wychodzisz z mieszkania, krótka rozgrzewka i już leje się z ciebie jak z dzikiej świni na ruszcie. Biegniesz z K i Ch na ustach. Każdy krok to katorga, czujesz jak mięśnie krzyczą, jak ścięgna błagają o litość, jak płuca obumierają z niedoboru tlenu.

Dusznica poziom pro. Chciałbyś ostatni raz usłyszeć głos matki przed śmiercią.

Wtem mija cię atrakcyjna sportsmenka. Na 3 sekundy zmieniasz się w maratończyka. Klata do przodu, uśmiech na twarz i równomierny bieg.

Cześć maleńka, lubisz moje męskie ciałko?

Dziewczyna nawet nie spojrzała. Wracasz do standardowej pozycji skulonego dziada. Błagasz by karetka stojąca na skrzyżowaniu jechała właśnie po ciebie.

Na ratunek przychodzą światła. Czerwone znaczy stój, więc stoisz. Nie twoja wina, że trasa z domu do Tesco wiedzie przez 40 przejść dla pieszych. Podskakujesz ze dwa razy, niech grubasy w autach widzą jak się ćwiczy.

Mimo wszystko, po powrocie do mieszkania  uznajesz, że bieganie to przereklamowane jest. Zresztą, mamy XXI wiek, są lepsze sposoby na idealną figurę. Zapisujesz się na siłownię, cena promocyjna – milion złotych rocznie. Pakujesz czyste portki do nowiutkiej torby z Decathlonu i jazda do galerii.

Wchodzisz na siłkę a tam same Pudziany. Nie wiesz czy prosić o autograf czy uciekać. Przełykasz ślinę, idziesz do szatni i znajdujesz najciemniejszy kąt, w którym możesz spokojnie zmienić ciuszki nie narażając się na śmiech.

Chcesz zacząć ćwiczyć, ale zapomniałeś, że jedynym sprzętem, którego działanie ogarniasz jest hantel. Zginasz łokieć parę razy, patrzysz jak biceps rośnie o 3 centymetry na sekundę.

Rozgrzałeś się, podchodzisz do ogromnego, lśniącego cudeńka. Jakieś liny, ciężarki i inne wichajstry. Dookoła nikogo, więc zabierasz się do roboty.

Dupą podnosisz kilogramy na atlasie. Nie masz pojęcia co wyprawiasz. Wszyscy patrzą na ciebie jak na młota, ale nie dajesz po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Po godzinie treningu uciekasz do szatni. Nigdy więcej nie pojawisz się w tej mordowni, tyle kasy poszło w błoto a tylko tyłek boli.

Wracając do domu autobusem (od wysiłku na nogach rozwinęła się martwica) wpadasz na genialny pomysł. Po co się męczyć, skoro wystarczy dobra dieta? Wpadasz do domu, odpalasz Internet i pierwszy szok – nie ma diety kiełbasiano-piwnej! Trudno, przecież przodkowie jedli same kiełki i jakoś przetrwali. Wybierasz najbardziej restrykcyjny jadłospis – na śniadanie kubek wody, na obiad trociny a na kolację słoneczna energia.

Zaczniesz od jutra, dzisiaj już nie ma sensu.

Pizza!

Wstajesz rano pełen zapału, łykasz umówioną szklanicę wody i już czujesz jak sadło wyparowuje. Wkraczasz do pracy z promiennym uśmiechem. Nawet zęby jakby schudły.

Mija 20 minut w biurze i czujesz, że twój żołądek zaraz strawi sam siebie. Kwas solny przeżera się do kręgosłupa, co chwilę sprawdzasz czy przez pępek nie wypływa tłuszcz.

Kolejna godzina, schudłeś już tyle, że wyglądasz jak rasowy Etiopczyk. Chwalisz się wszystkim współpracownikom, że dieta poszła w ruch. Wytrwasz na pewno!

Wracasz do domu. Płaczesz. Zjadasz całą lodówkę razem z lodem ze ścianki.

Jednak to bieganie nie było takie złe…