Telefony komórkowe

Wiecie jaka mała rzecz jest szczególnie wkurzająca? Telefon komórkowy. Tak jest, to niewielkie dziadostwo potrafi naprawdę napsuć krwi i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Ważny egzamin, wszyscy podenerwowani, totalna cisza na sali przerywana jedynie stukaniem kropli potu z czoła spadających na blaty stołów. Wtem z mojej kieszeni dziarsko odzywa się krótki sygnał „tidudidum”. Wszyscy patrzą na mnie, doktor podnosi głowę znad gazety i tylko niewiarygodne szczęście pozwala mi przetrwać ten incydent bez wyrzucenia z egzaminu. Wyciągam komórkę z kieszeni.

– Co jest telefonie, przecież cię wyciszyłem.

– LOL, bateria padnie za 3 dni. Musiałem to powiedzieć.

Inna historia jest z budzeniem. Mój sramtfon wyposażony jest w supernowoczesną funkcję budzika, która w sumie też działa jak chce. Poniedziałek, wtorek, do soboty wszystko działa elegancko i  7.15 rozbrzmiewa melodyjka z „Dextera” co mnie podrywa na nogi. Nadchodzi niedziela a budzik znów drze się na całą wioskę o standardowej godzinie.

– Telefonie, czy nie nastawiłem cie na budzenie codziennie oprócz niedzieli?

– Ups, sry.

Znów wszystko działa w porządku przez kolejny miesiąc, dwa aż pewnego dnia przebudzam się w nocy, sięgam po komórkę by sprawdzić ile jeszcze snu mi zostało. 9:00 na wyświetlaczu.

– WTF, dlaczego nie zadzwoniłeś?!

– LOL.

Wolny dzień, spokój, nikt nie dzwoni i nie przychodzą SMSy. Zapomniała o mnie mama, dziewczyna, szef a nawet Orange. Całkowicie rozluźniony udaję się do toalety za fizjologiczną potrzebą, rozsiadam się wygodnie, otwieram krzyżówkę…

– EJ, KTOŚ DZWONI! EJ, SZYBKO! NO RUSZŻE SIĘ!

Wyjście do baru za przyzwoleniem dziewczyny, wszystko kulturalnie, rozmowy, piwo muzyka. Wiedziałem, że telefon nie ma na full baterii ale przyzwyczaił mnie do tego, że na jednej kresce ciągnie kilka dni. Blisko północy dostaję SMSa od lubej, trzeba odpisać szczególnie, że sytuacja jest pod kontrolą. Wtem moim oczom ukazuje się zupełnie czarny ekran i mimo wduszania czerwonego przycisku komórka nie startuje.

– Co z tobą? Zawsze działałeś dłużej!

– Ta… Branoc.

Sytuacja z goła odwrotna, ten sam bar ale już późno, zbyt dużo alkoholu i zbyt mało rozmów więc ze wszystkiego pamiętam tylko jedno, dwa, góra osiem pierwszych piw. Budzę się z samego rana w niedzielę i włączam familiadę by zaraz od niechcenia sprawdzić telefon. A tam milion wysłanych  SMSów, do wszystkich znajomych, kobiet, mężczyzn, psów, kotów i tylko papieża brakuje. W większości o treści: „Seeeema, cotem slyhac woosaa? +])”.

– Telefonie, ja tego nie pisałem!

– Jasne, sam napisałem… <trollface>

Zrobiłem co zrobiłem więc trzeba odkupić winy. Znajomi jakoś przeżyją ale dziewczyna będzie się złościć kolejny kwartał. Produkuję więc pięknego SMSa do wybranki, włączam tryb mickiewiczowski, czuję wenę i jakbym tworzył dzieło stulecia. Dodaję też szczyptę (albo i cały worek) pikanterii, zawsze działa. Gotowe! Wybieram numer z listy… Jasne, telefon się zawiesił. Spokojnie czekam. Ok., już w porządku, wybieram więc numer dziewczyny, zatwierdzam  i nagle komórka przeskakuje na kontakt oznaczony jako „mama”. Oczywiście wiadomość poszła.

– Telefonie… dlaczego?

– Why? Because fuck you, that’s why!

– …

– No co ty, stary. Nie denerwuj się, to tylko żarty. Nie, nie o ścianę! Nieeeee!!!

Chodnikowi wariaci

Gdybym kiedyś jakimś cudem dostał się do sejmu albo jeszcze lepiej wnerwił się na tyle by wzniecić zamach stanu i przejąć władzę totalitarną moim pierwszym projektem byłoby stworzenie kodeksu ruchu chodnikowego. Nie widzę innej rady na zapanowanie nad niektórymi użytkownikami najstarszego środka transportu. Szczególnie denerwujące są najczęstsze zachowania, zacznę od cechy niezależnej od wieku i płci czyli: „to je mój chodnik!”. Idzie sobie taki delikwent środkiem, najczęściej dzierżąc w rękach dwie reklamówy albo ciągnąc za sobą walizkę i choćby go przeskoczyć bo ominąć nie ma jak. Sytuacja wygląda tak, że co raz wychylam się to w jedną to w drugą stronę, czekam na moment gdy chodnik się na chwilkę poszerzy, przeklinam pod nosem ale jeszcze w tym momencie delikatnie. Nagle dostrzegam swoją szansę – przejście dla pieszych za kilka metrów. Włączam migacze, wrzucam trójkę na trampkach i jazda…

Załóżmy jednak, że osoba przede mną jest przedstawicielem starszego pokolenia. Myślę, że już wiecie co się zaraz wydarzy bo staruszki szybko się męczą, czują już chromanie przestankowe albo po prostu uwielbiają oglądać bieliznę, którą mogły założyć jakieś 50 lat temu i stają sobie jakby nigdy nic na środku chodnika, bez stopu, bez prawego kierunku. Co sił w nogach wciskam hamulec, gwałtownie skręcam w lewo cudem miesząc się miedzy reklamówką wypakowaną artykułami z Biedronki a słupem telekomunikacyjnym. Niestety osoby za mną nie miały tyle szczęścia, słychać krzyki, ktoś uderza w babcine zakupy, wpada na niego kolejna osoba, rowerzysta przy próbie minięcia ląduje na masce zaparkowanego auta. Bilans: trzech rannych, dwa skasowane pojazdy, rozrzucone zakupy i zjebka od babinki za nieumiejętne poruszanie się po chodniku.

Ja wciąż idę przecierając oczy ze zdumienia nad swoim szczęściem. Niestety, zza rogu wynurza się dziewoja z psem na smyczy. Kundelek kroczy sobie spokojnie obwąchując każdy krzaczek, słupek i kawałek gówna pozostawiany przez innego przedstawiciela swego gatunku. Psinka nagle, dwa metry przede mną dostrzega coś ciekawego po swej lewej stronie a właścicielka nie pomyśli by zablokować smycz i dać mi spokojnie przejść więc rozpościera się przede mną barykada z kawałka sznura. Szybko przypominam sobie szkolenie ninja, które przeszedłem w trybie wirtualnym grając w Mortal Kombat i sprawnie przeskakuję nad rozpostartą smyczą lądując pięknym telemarkiem.

Rzucam gniewnym spojrzeniem a z ust wypływają klasyczne, ojczyźniane „K „i „Ch”. To jednak jeszcze nie koniec, przede mną pojawia się typ przechodnia co go nazywam „Messi”. Prze on moją stroną z pełnym impetem, patrzy w me niebieskie oczy rzucając wyzwanie. Gdy jesteśmy metr od siebie „Messi” zaczyna kiwkę, ja w lewo, on w lewo, ja w prawo, on w prawo, ja staję on staje, ja w lewo on w lewo. Przysięgam, następnym razem zaryzykuję czerwoną kartkę i strzelę mu takiego gola między nogi, że do końca życia będzie chodził na czworakach.

W końcu przylegam do ściany pobliskiego budynku i daję okiwać się gwieździe Barcelony. Roztrzęsiony gniewem zmierzam do domu, zostało tylko kilka metrów i wiem, że jeśli coś jeszcze mnie spotka nienormalnego to zabiję bez skrupułów. Na szczęście już spokojnie, tylko karetka na sygnałach przemyka obok ulicą zmierzając w stronę karambolu wywołanego przez fankę sklepowych witryn.

Gołębie

Za moich czasów to ptaki miały szacunek do ludzi, nie to co teraz. Idziesz sobie panie ulicą, jak porządny obywatel, nie jakiś lewak a te gołębie nawet przejść nie dadzą. Buja się taki, kołysze głową i tupta po chodniku jakby zapomniał, że ma skrzydła i jego miejsce jest trochę wyżej. Jak już poczuje czubek mojego buta na swoim upierzonym kuprze to łaskawie poderwie się do lotu ale nie w panice, nie z poczuciem zagrożenia czy winy. Zatrzepocze skrzydłami i przeleci obok czoła jakby chciał na pożegnanie klepnąć skrzydłem w mój policzek krzycząc „uważaj jak leziesz, chamie!”.

A jeszcze jak te bulgoczące ptaszyska wyczuwają jedzenie, nie można już nic spokojnie na mieście zjeść bo zaraz jakiś zwiadowca na dachu wypatrzy, da sygnał reszcie, moment i pod nogami kręci się cała chmara pierzastych żebraków. Tak będą się prężyć, dziobać buty, latać wokoło kebaba aż ucieknę gdzieś pod dach albo szybko zjem co moje. Ta druga opcja jest niezwykle ryzykowna, przysiągłbym, że niektóre gołębie patrzą się na mnie jakby chciały wyrwać mi z ręki całą bułę narzekając jeszcze, że nie wziąłem sosu arabskiego tylko czosnkowy.  Czekam tylko na dzień gdy któryś to zrobi.

Jedzą te zwierzęta takie wynalazki i chyba przez to im się w dupach poprzewracało. Dosłownie! Przecież ci terroryści mają coś nie tak z metabolizmem, myślę, że ktoś z mądrych ludzi powinien zająć się wynalezieniem ptasiego Stoperanu bo ilość produkowanego przez gołębie kałomoczu przechodzi ludzkie pojęcie. Oczywiści szczyt ich nieżytu żołądkowo-jelitowego przypada na dzień gdy ja idę na ważną uroczystość ustrojony w najlepsze ciuchy. Robię pierwszy krok przed dom, rozglądam się uważnie, teren wygląda na czysty. Przemykam powoli, unikając drzew, słupów elektrycznych, wystających elementów budynków. Niestety, te dranie zawsze mnie wypatrzą. Ni stąd ni zowąd, (gołębie to przecież nie Luftwaffe, że słychać je z kilku kilometrów) zostaję zbombardowany biało-szarą mazią. Pierwszy unik, wolta, salto i ślizg pod samochodem. Już blisko, jestem prawie u celu gdy nagle na głowie ląduje mi kupsko zdające się pochodzić co najmniej spod bocianiego kupra. Nic bardziej mylnego, na nieboskłonie wesoło przemyka sobie zwykły, polski gołąb krzycząc na cały dziób: „HEADSHOT!”

Bitwa o autobus

Sytuację gdy babcia wpada do autobusu i z werwą i zaangażowaniem młodego charta szuka sobie miejsca znamy wszyscy. Mnie jednak bardziej wnerwia co innego a mianowicie gdy owe wojownicze staruszki zaczynają swą walkę jeszcze przed autobusem.

Jadę sobie spokojnie blisko drzwi bo to przecież zaraz mój przystanek, autobus wolno wtacza się w zatoczkę, narasta napięcie. Pojawiają się pierwsze twarze, znajome siwe włosy, wiotkie dłonie skryte pod rękawami za dużych płaszczy dzierżące śmiercionośne torby z zakupami. Pojazd zatrzymuje się i ja, biedny człowiek chcący jedynie opuścić środek komunikacji miejskiej wciskam przycisk otwarcia drzwi. Niepotrzebnie, babcie już dawno piętnaście razy wdusiły go z drugiej strony zanim jeszcze autobus stanął na dobre. Otwierają się wrota i nieświadomy niczego robię pierwszy krok. Gdy nagle, ni stąd ni z owąd po lewej stronie balkonik, po prawej drewniana laska, niechybny łokieć w żebrach, torba na nosie i takie coś na kółkach co służy do kompletnie nie wiem czego ale babinki zawsze muszą to taszczyć za sobą po chodniku ląduje na mej stopie. Nawałnica, gwałt, cierpię katusze raniony co chwila ciosem z kolejnej żylastej ręki. Jak w koszmarnym śnie widzę przed oczami twarze z wymalowaną śmiercią, obrywam kulą, zimowym butem co jak ulał pasuje do czerwcowej pogody a miniaturowy kundelek zaczepno-obronny wgryza mi się w kostkę. Wołam o pomoc lecz nikt mnie nie słyszy, wszyscy z przerażeniem przylegają do ścian lub chowają się do kasowników.

Mija kilka sekund, kurz po bitwie opada i zamglonym wzrokiem dostrzegam wyjście z autobusu przy którym stoi jakaś młódka, która jeszcze nie nauczył się, że do autobusu najpierw się wchodzi a później wychodzi. A może po prostu to jeszcze nie ten wiek? Może niedoświadczenie menopauzy? Tudzież życia nikt jej nie nauczył. Chwiejnym krokiem, z harmidrem walki o wolne siedzisko za plecami opuszczam pojazd szczerząc się do panny czekającej na przystanku jedynym pozostałym jeszcze na miejscu zębem.