Fast and furious

Oglądasz telewizję. Widzisz tam piękne ciała. Młody aktor albo atrakcyjna modelka.

Patrzysz na siebie.

Boże drogi…

Obiecujesz sobie, że już nigdy w życiu nic nie zjesz.

Podejmujesz decyzję! Zaczynasz biegać!

Jednak jogging to nie taka prosta sprawa, nawet ten jednodniowy. Najpierw trzeba dobrać obuwie, spodnie, koszulkę, majtki, skarpety, biustonosz (mocno się zapuściłeś) i to badziewie na ramię żeby nie dźwigać smartfona. A, skoro o smartfonie mowa – nie ma biegania bez Endomondo a sam bieg bez posta na fejsie się nie liczy. Aby jednak odpowiednio zmotywować organizm, na telefon musisz wgrać odpowiednią playlistę.

Dobra, teraz dobierzmy trasę. Google w ruch. Na początek rzucimy 20 kilometrów, zobaczymy na mapie ile to…

Hm, jak z Shire do Mordoru.

Weryfikujesz swoje cele, 3 kilometry to rozsądny wybór. O, akurat z domu do Tesco i z powrotem.

Ubierasz nowe butki, ściskasz poślady dresikami, naciągasz koszulkę na bebzol i… pada. Przecież w deszczu nie pobiegniesz. Więc jutro.

Nazajutrz opadów brak, ale to słońce… Kto normalny się męczy w taki upał? Udar murowany. Zrobisz dziś 5 przysiadów i styknie. Ale jutro już na pewno ruszasz w trasę. Chyba, że będzie zbyt wietrznie, pod wiatr się nie da…

Niestety, pogoda okazuje się być idealna. 23 stopnie, delikatny wiaterek, po niebie latają aniołowie zraszający spoconych biegaczy święconą wodą. Nic tylko zasuwać! Jeszcze tylko naładujesz Samsunga. I ustawisz lokalizację.

Gdzie się podziały te słuchawki?

Wychodzisz z mieszkania, krótka rozgrzewka i już leje się z ciebie jak z dzikiej świni na ruszcie. Biegniesz z K i Ch na ustach. Każdy krok to katorga, czujesz jak mięśnie krzyczą, jak ścięgna błagają o litość, jak płuca obumierają z niedoboru tlenu.

Dusznica poziom pro. Chciałbyś ostatni raz usłyszeć głos matki przed śmiercią.

Wtem mija cię atrakcyjna sportsmenka. Na 3 sekundy zmieniasz się w maratończyka. Klata do przodu, uśmiech na twarz i równomierny bieg.

Cześć maleńka, lubisz moje męskie ciałko?

Dziewczyna nawet nie spojrzała. Wracasz do standardowej pozycji skulonego dziada. Błagasz by karetka stojąca na skrzyżowaniu jechała właśnie po ciebie.

Na ratunek przychodzą światła. Czerwone znaczy stój, więc stoisz. Nie twoja wina, że trasa z domu do Tesco wiedzie przez 40 przejść dla pieszych. Podskakujesz ze dwa razy, niech grubasy w autach widzą jak się ćwiczy.

Mimo wszystko, po powrocie do mieszkania  uznajesz, że bieganie to przereklamowane jest. Zresztą, mamy XXI wiek, są lepsze sposoby na idealną figurę. Zapisujesz się na siłownię, cena promocyjna – milion złotych rocznie. Pakujesz czyste portki do nowiutkiej torby z Decathlonu i jazda do galerii.

Wchodzisz na siłkę a tam same Pudziany. Nie wiesz czy prosić o autograf czy uciekać. Przełykasz ślinę, idziesz do szatni i znajdujesz najciemniejszy kąt, w którym możesz spokojnie zmienić ciuszki nie narażając się na śmiech.

Chcesz zacząć ćwiczyć, ale zapomniałeś, że jedynym sprzętem, którego działanie ogarniasz jest hantel. Zginasz łokieć parę razy, patrzysz jak biceps rośnie o 3 centymetry na sekundę.

Rozgrzałeś się, podchodzisz do ogromnego, lśniącego cudeńka. Jakieś liny, ciężarki i inne wichajstry. Dookoła nikogo, więc zabierasz się do roboty.

Dupą podnosisz kilogramy na atlasie. Nie masz pojęcia co wyprawiasz. Wszyscy patrzą na ciebie jak na młota, ale nie dajesz po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Po godzinie treningu uciekasz do szatni. Nigdy więcej nie pojawisz się w tej mordowni, tyle kasy poszło w błoto a tylko tyłek boli.

Wracając do domu autobusem (od wysiłku na nogach rozwinęła się martwica) wpadasz na genialny pomysł. Po co się męczyć, skoro wystarczy dobra dieta? Wpadasz do domu, odpalasz Internet i pierwszy szok – nie ma diety kiełbasiano-piwnej! Trudno, przecież przodkowie jedli same kiełki i jakoś przetrwali. Wybierasz najbardziej restrykcyjny jadłospis – na śniadanie kubek wody, na obiad trociny a na kolację słoneczna energia.

Zaczniesz od jutra, dzisiaj już nie ma sensu.

Pizza!

Wstajesz rano pełen zapału, łykasz umówioną szklanicę wody i już czujesz jak sadło wyparowuje. Wkraczasz do pracy z promiennym uśmiechem. Nawet zęby jakby schudły.

Mija 20 minut w biurze i czujesz, że twój żołądek zaraz strawi sam siebie. Kwas solny przeżera się do kręgosłupa, co chwilę sprawdzasz czy przez pępek nie wypływa tłuszcz.

Kolejna godzina, schudłeś już tyle, że wyglądasz jak rasowy Etiopczyk. Chwalisz się wszystkim współpracownikom, że dieta poszła w ruch. Wytrwasz na pewno!

Wracasz do domu. Płaczesz. Zjadasz całą lodówkę razem z lodem ze ścianki.

Jednak to bieganie nie było takie złe…

4 pory

Na początek proste zadanie – przypomnij sobie największy życiowy błąd, który w życiu popełniłeś/aś. Już? Nie musisz się tym z nikim dzielić, wystarczy twoje zażenowanie, kłucie w sercu i bezsenność. Nie chcę się nad tobą użalać, sam siebie najlepiej ocenisz.

Ale faktycznie, idiota z ciebie.

Niestety, większość z nas w trakcie swej kończącej się śmiercią kariery odpieprzy (lub już odpieprzyło) coś piekielnie nieodpowiedzialnego, głupiego i kompletnie żenującego. Skala zależy oczywiście od stylu bycia, ale powodów do wstydu nikomu nie zabraknie. Mimo to, ocenianie innych ludzi przychodzi nam niezwykle łatwo. Facet, który zdradził swoją żonę przestaje być człowiekiem, staje się gnojem czystej klasy zasługującym na nabicie na nienaostrzony pal. Kobieta porzucająca dziecko zaraz po porodzie to nie matka a wiedźma bez sumienia, którą najlepiej wywieźć z miasta na kupie gnoju. A młody kierowca śmiertelnie potrącający samochodem pięcioletnią dziewczynkę? Toż to kryminalista, powinno się rozwlec jego truchło na krzyżu jajami do góry.

Przesadzam? Ja jedynie lubię czytać i powtarzać internetowe komentarze. Poza tym, czy takie myślenie to domena sieciowych hejterów? A co dzieje się podczas rodzinnej imprezy? Ile razy słyszeliście o złej kuzynce, która zostawiła męża i odeszła do innego? Albo o wujku, który tylko całymi dniami chleje i nie dba o rodzinę. Oglądaliście kiedyś Wiadomości wraz z familią? Rodzice czy dziadkowie nie omieszkają ocenić polityków, terrorystów, demonstrantów. Nigdy ich nie widzieli, nigdy nie poznali ich założeń a krytyka przychodzi im przez usta z niezwykłą łatwością.

Mnie to w sumie nie drażni, sam niekiedy bez skrupułów wyrażam niezasadne opinie. Przypomniałem sobie jednak, że również popełniam błędy i wiem jak czuje się ten zły. Spróbujcie czasami pomyśleć jakie emocje siedzą w człowieku, który właśnie orientuje się, iż jednym głupim działaniem przekreślił swoje dotychczasowe życie. No, jak narzeczony informuje was, że przespał się z waszą matką, to możecie odpuścić sobie współczucie i obrzucać go talerzami, lecz spójrzmy na coś z perspektywy czasu. W pierwszej chwili, w natłoku emocji nie ma czasu na logiczne przemyślenia, ale jak czulibyśmy się będąc po tej drugiej stronie barykady? Spieprzyliśmy, sprawa po prostu się jebła. Nie ma już tłumaczeń, nie ma litości, nie ma ucieczki od odpowiedzialności. Musimy patrzeć w twarz osobie, której rozerwaliśmy serce, której zmarnowaliśmy życie, która już nigdy nie spojrzy na nas kochającym wzrokiem.

Pierwsza myśl – po co mi to było? Po co próbowałem, po co ryzykowałem? Później przychodzą wyrzuty sumienia i bezsilność. Nie ma już o co walczyć, trzeba ze sceny zejść i się nie kompromitować. Przyjdzie tylko przeżyć smutne spojrzenie matki, wymowne, ojcowskie kręcenie głową i podśmiewanie rodzeństwa. Później jakoś to będzie.

Smutek jednak pozostaje, zmyć piętno drania to sztuka niemożliwa. Lepiej zainwestować w nowoczesne technologie i pracować nad wehikułem czasu.

Czy krzywdzicielom należy się współczucie? Absolutnie. Jedynie wyrozumiałość. Nie poznamy motywów każdego poznanego człowieka. Może będzie on do szpiku kości zły a jego niecne uczynki staną się napędem dla bandyckiego żywota. Z drugiej strony, ten patałach kulący się przed nami mógł naprawdę dopuścić się najgorszego życiowego przewinienia. Przez głupotę, nierozwagę lub przypadek. Co za różnica? Zapłaci za swoje a karę wymierzy sobie sam.

Niekiedy przyjdzie nam stać się dupkiem, by popchnąć swoje życie naprzód. Obyście nigdy nie byli zmuszeni nikomu mówić, że już go nie kochacie, ale jakże naiwnym trzeba być aby wierzyć, że przez długie lata dzielące was od grobu nie będziecie musieli wycisnąć z gardła słów, które niczym nóż z Lidla powoli wwiercą się w mózg osoby, dla której jeszcze przed sekundą byliście całym światem.

Możecie grać Matkę Teresę i zbawiać świat, ale ręczę, że pewnego dnia zrozumiecie, iż największym błędem waszego życia było nie popełnianie błędów.

A na zakończenie tekst od Kasi Nosowskiej:

Pamiętam tylko, że była wtedy wiosna,
Wiadomo maj, te sprawy drzewa całe w pąkach,
Serce pojemne jak przedwojenna wanna
I pragnienie by ją wypełnić.
Uwiodła mnie przepaść jednego spojrzenia.
Runęłam w nią rozkładając ramiona,
Spadałam całe lato i bym się roztrzaskała,
Gdyby nie spadochron z wyrzutów sumienia.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.

Do wrót normalności zastukałam zimą,
Gdzieś w okolicy Bożego Narodzenia.
Jestem z powrotem i leżę przy tobie
Czy szczęśliwsza ? Nie wiem, ja nie wiem.
Patrzę na ciebie w nocy, gdy już uśniesz.
Kładę się obok, oglądam nas w lustrze
I widzę, i widzę od lat nieprzerwanie
Podróbkę szczęścia z fabryki na Tajwanie.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.

Kill ‘Em All

Prawdopodobnie każdy z was słyszał o człowieku, który w Kamiennej Górze siekierą zamordował dziesięcioletnią dziewczynę. Zbrodnia straszna i całkowicie nieludzka, ale nie jest moim celem powtarzanie negatywnych określeń tego przestępstwa. Interesują mnie raczej reakcje ludzi. Jak to zwykle w przypadku takich tragedii bywa, także teraz powrócił temat przywrócenia kary śmierci. Domagają się jej ci mądrzejsi oraz ci głupsi, pragną wymierzenia sprawiedliwości poprzez strzelenie przestępcy w łeb. Osobiście jestem daleki od takiej pobłażliwości dla winnego i odmawiam wprowadzania kary ostatecznej (przynajmniej w tej chwili).

Moim zdaniem ludzie mają błędne przeświadczenie, że odebranie winnemu życia będzie dla niego najcięższą formą kary. W zasadzie, co może być gorszego od śmierci? Oj, bardzo wiele rzeczy. Zacznijmy od tego, że kilkaset lat temu śmierć stanowiła formę łaski. Co prawda, osoby dopuszczające się najcięższych przewinień najczęściej skazywane były na dokonanie swego żywota przed obliczem kata, ale rzadko kto dostępował luksusu natychmiastowego zgonu. Najpierw takiego delikwenta przypalano, łamano na kole, ucinano mu kończyny i rozciągano jądra wzdłuż głównego rynku. Śmierć? To dla pipek. Cóż przyjdzie z zabicia delikwenta? Nawet nie zdąży pocierpieć a już wszystko się skończy. Co się z nim później stanie? Cholera wie, może faktycznie trafi do piekła i będzie raczył się smolnymi kąpielami przez całą wieczność. Może jednak bóg się nad nim zlituje i pozwoli mu beztrosko skakać po obłokach. Ostatecznie człowieczek przestanie istnieć i nie zdąży nawet poczuć rozmiaru swej zbrodni.

Po co więc ryzykować? Nie lepiej wymierzyć mu konkretną karę tu, na Ziemi? Gdyby ktoś skrzywdził moją córkę nie satysfakcjonowałaby mnie jego śmierć. Chciałbym żeby cierpiał. Chciałbym żeby błagał o łaskę, żeby patrzył mi w oczy i domagał się tego ostatniego zastrzyku. A ja bym przewracał w palcach strzykawkę wiedząc, że w każdej chwili mogę skrócić jego męki. Użyłbym trucizny gdyby znudził mi się spektakl.

Jestem chory? Może. W mojej opinii cierpienie jest karą a śmierć wybawieniem. Jako, że żyjemy w cywilizowanym kraju raczej nikt nie pozwoliłby mi bawić się w Percy’ego z Zielonej Mili i wrzucać na elektrycznego grilla degeneratów. Gdybym miał wybierać wolałbym by krzywdziciel moich bliskich trafił do więzienia, tam przynajmniej współwięźniowie odpowiednio (powiedziałbym dogłębnie) o niego zadbali.

Jednakże, zakłady karne dla najokrutniejszych kryminalistów powinny wyglądać inaczej. Przestępca, który w wieku 20 lat zostanie skazany na dożywocie będzie generował koszty dla państwa przez kolejne 70 wiosen. Dojdzie więc do tego, że będę do emerytury pracował na gwałciciela własnych dzieci. Ech, ten kochany humanitaryzm! Co jednak zrobić by recydywista doznał odpowiedniej kary a przy tym był tani w utrzymaniu? Dla mnie sprawa jest prosta, wrzucić ich wszystkich w jakieś kompletnie odludne miejsce – wyspa na środku oceanu, pusty plac ogrodzony wielometrowym murem, który przestępcy sami wybudują, czy też inny teren odosobnienia. Sprawa do przedyskutowania. Przeżyją? Może, kogo to obchodzi? Pomyślcie jednak co się będzie działo na zamkniętej przestrzeni pełnej najgorszych bandytów. Ciągły strach, gwałty, kanibalizm, choroby, głód. Piękna sprawa. Do tego jakże humanitarna. Przecież pozwalamy im żyć, nikt im nie rozkazuje. Jeśli chcą mogą wybudować domy i uprawiać kukurydzę. Ich sprawa, wystarczy, że się zresocjalizują. Sami, bez wykładania choćby złotówki na ich utrzymanie.

Teraz jednak z innej beczki – choć sercem chciałbym ostrzej karać przestępców, rozum nakazuje ostrożność. Nie od dziś wiadomo, że system sprawiedliwości kuleje i to nie tylko w Polsce. Wiele osób zostaje niesłusznie oskarżonych i skazanych. Co więc w przypadku gdy prokurator się pomyli? Gdy na tortury lub śmierć wyślemy niewinnego człowieka? Powiecie, że ryzyko jest wliczone w koszty, ale jak byś się czuł(a) gdyby to ciebie zawlekli jutro rano pod ścianę i kazali twemu mózgowi rozpłynąć się po murze w akompaniamencie donośnego wystrzału? Pomyłki mogą dotyczyć każdego z nas, a skoro denerwujemy się gdy dostaniemy błędny zwrot podatku, pomyślmy co byśmy czuli gdyby zechciano nas ukatrupić. Ja bym się wnerwił.

Dlatego pomimo mojej krwawej wizji sprawiedliwości nie chcę wprowadzać jej w życie. Nie w rzeczywistości pełnej korupcji, nielojalności i braku kompetencji. Łatwo jest kogoś skazać lecz równie łatwo przyjdzie popełnić błąd. Jednak gdyby jakimś cudem dało się zagwarantować sprawiedliwość sądów, chciałbym by najgorsi przestępcy na własnej skórze poczuli wymiar cierpienia ludzi, który muszą oglądać zmasakrowane i zbezczeszczone zwłoki swoich bliskich.

The kids aren’t alright

Kilka dni temu udałem się do kina na Małego Księcia. Tak, na bajkę. Ja bardzo lubię bajki. Szczególnie te mądre. Samego Księcia czytałem w życiu 2 razy, będąc w podstawówce i jakoś zaraz po studiach. Gdy byłem dzieciakiem, lektura zupełnie nie przypadła mi do gustu – uznałem ją za zwyczajnie głupią i nielogiczną. Wracając do dzieła po latach, zrozumiałem ile mądrości w nim zawarto. To znaczy, że dorosłem? Czy może zdziecinniałem?

Czym jest dorastanie? Zapominaniem o dzieciństwie? Wstydzeniem się dzieciństwa? Niee… To by było przykre. Moim zdaniem człowiek nigdy nie dorasta, jedynie dojrzewa. Zmienia się nasze postrzeganie świata, zmieniają się priorytety, kształtuje się poczucie odpowiedzialności.

Jednakże mój pogląd nieco kłóci się z oficjalnym podejściem do dojrzałości. Czym tak naprawdę cechuje się prawilny dorosły?

Praca? Jest. Mały samochód? Jest. Krótki buziak rano i seks co trzy dni? Jest. Dziecko ubrane w ciuszki od Dolce&Gabanna? Jest. Telefon za 3 kafle, by wszystkie ważne w życiu rzeczy nagrać lub sfotografować? Jest. Piątkowe piwo ze znajomymi żeby pokazać, że wciąż jestem szalony? Jest. Posługiwanie się korpomową aby sprawić wrażenie ambitnego i pełnego know how (kocham to określenie)? Jest.

Takie dorastanie wydaje się być nudne, więc cieszę się, że nie wszyscy w około są tak dojrzali i rozsądni jak nakazują standardy dzisiejszego świata. Niestety, większość odrzuca przeszłość i radośnie tonie w odmętach codzienności. Zapominają o Pilocie i Róży. Nawet czytając te słowa nie przypomną sobie nikogo, kto w ich życiu mógłby zająć miejsce tych postaci. W sumie się nie dziwię. Osiągają sukcesy, mają szczęśliwe i bogate życia, więc po co cokolwiek rozpamiętywać?

Dlaczego miałbym nie czuć radości mając powyższe rzeczy? W końcu to cele, to paliwa tego społeczeństwa. Trwamy właściwie tylko dla monet tłoczonych przez nas samych do własnego krwioobiegu.

Czasami mam wątpliwości czy dobrze żyję. Pracuję w korpo, ale nie jestem przesadnie ambitny. W zasadzie w ogóle nie jestem, choć wiem, że powinienem. Nie marzę o drogich rzeczach, nie kupuję prawie wcale. Nie chcę podróżować po świecie, nie chcę dokonywać niczego wielkiego. Czasami gubię się w obowiązkach faceta, zapominam o coś zadbać, choć jako posiadacz penisa wiem, że muszę. Przez to, chwilę przed zaśnięciem zastanawiam się czy aby nie trzeba w końcu życiowo się ogarnąć i zacząć know how (hehehe).

Wstaję jednak rano i wiem, że ja jestem dorosły. Jestem tak dorosły jak chcę i jak mi się podoba. Wydurniam się, czasami bywam nieodpowiedzialny i nierozsądny. Lenię się w robocie, unikam obowiązków, bo wolę pooglądać Kwejka. Niekiedy unikam szansy na rozwój, bo nie chce mi się ruszyć tyłka. Zamiast tańczyć na weselu oglądam relację z finału Ligi Mistrzów (w ogóle jakim ignorantem trzeba być żeby robić imprezę w dzień ogólnoświatowego święta). Bardziej od notowań giełdowych interesują mnie ceny gier na Steam. Po prostu od czasu do czasu nieco przegrywam życie.

Wiecie co? Dobrze mi z tym. Już nie nienawidzę siebie i lubię swoje życie. Ponoszę klęski w bitwach, ale co z tego skoro wojny i tak przegrać nie mogę? Bowiem zawsze będę widział węża pożerającego słonia a nie jakiś tam kapelusz.

Zostanę dzieckiem. Takim dużym i brodatym, ale wara od moich Lego!

House of cards

Weź tu człowieku zacznij notkę po roku nieobecności. Pomijając bzdurne teksty o przeprosinach, tęsknocie i takich tam zacznę prosto i szczerze – nie miałem czasu pisać. W zasadzie w tym momencie też nie narzekam na nadmiar wolności, ale postaram się pisać systematycznie – niechże czyta choćby jedna osoba i uśmiechnie się szczerze a będę szczęśliwy.

Żartuję. Tęsknię za czasami gdy miałem tłumy fanów, rozdawałem autografy a młode matki podawały mi nowonarodzone dzieci bym cmokał je w czółka. Potrzebuję fejmu!

Słowem wstępu – trochę się u mnie pozmieniało, przeszedłem zawodowe oraz prywatne przeobrażenie w stopniu co najmniej zaawansowanym. Stąd brak czasu. Oraz chęci. Nie ma co ukrywać, że czasami wolę jednak otworzyć piwo i odpalić LOLa niż robić coś konstruktywnego. Wiecie – „zdolny, ale leniwy”.

Trudno było mi dobrać odpowiednią myśl przewodnią na notkę powrotną. Przyjąłem, że temat musi być trudny, kontrowersyjny, musi przynieść ból dupy wszystkim po trochu. W końcu jednak uświadomiłem sobie, że podążając tym tropem nigdy nic nie stworzę. Toteż wybrałem motyw, który dotyczy mnie osobiście w aktualnym etapie mego życia – poszukiwanie mieszkania.

Większość osób, które przekroczyły dwudziesty rok życia musiało się kiedyś przeprowadzić. Ja robiłem to dość często, można powiedzieć, że prowadzę wręcz koczowniczy tryb życia, lecz wciąż wkurzam się tak samo czytając ogłoszenia o wynajmie lokum czy też oglądając wybrane oferty.

Mieszkam w Poznaniu. Nie chwalę się ani nie żalę. Ot, miasto w Polsce. Galerie, zapchane ulice, rzeka jakaś i okresowe tłumy kiboli na ulicach, które za darmo pozbawią cię bolącego zęba. Standard. Mam nadzieję jednak, że sytuacja mieszkaniowa nie jest standardowa dla reszty kraju, bo powiem wam, że znaleźć dobre mieszkanie w stolicy Wielkopolski to konkretne wyzwanie. Zacznijmy od ceny. Wiem, wiem – w Warszawie na pewno jest drożej, ale Warszawy nie uwzględniam, tam zawsze jest coś gorzej, ciężej i trudnej (ale mają metro i gorącą tęczę). W każdym razie, jeżeli nawet ceny nie są najwyższe w kraju myślę, że niewiele osób bez mrugnięcia okiem oddałoby co miesiąc 1400 zł za kawalerkę (opłata dla właściciela, czynsz i rachunki, gdy jesteśmy fanami czytania książek przy świecach oraz jebania spod pach każdego poranka). A to jest właśnie normalna cena jednego pokoju z kuchnią i łazienką. Pal sześć jeśli znaleźliśmy jakąś drugą połówkę co zechce koszty dzielić z nami na pół, ale samemu wynająć klitkę za takie pieniądze? No weź mnie przeproś… Przecież wielu ludzi już opłaciwszy sam czynsz i rachunki będzie na minusie. Lecz nie lękajcie się! Zaprawdę powiadam wam, że możecie zmienić pracę i wziąć kredyt!

Czy tylko mnie to nie rozśmieszyło?

Kolejna kwestia – mnogość ogłoszeń oraz ich bezwartościowość. Przeglądając Internet możemy trafić na setki jeśli nie tysiące ogłoszeń odnośnie wynajmu mieszkania. Ktoś, kto szukał lokum zdaje sobie sprawę, że większość z nich to przynęty na naiwniaków, którzy może czegoś nie doczytają albo nie dosłyszą i wezmą najbardziej gównianą ofertę z pocałowaniem ręki.

Na głównej stronie podawane są zwykle ceny podstawowe, czyli to, co musicie zapłacić samemu właścicielowi za możliwość stawiana klocka w jego kiblu. Jeżeli ktoś odwiedzi jakikolwiek portal ogłoszeniowy znajdzie lekką ręką 500 ogłoszeń z samego Poznania z podaną ceną 800 zł. Fajnie, teraz przeczytajcie opis. 800 zł + 400 zł czynsz do spółdzielni + rachunki. Cena nieco wzrosła? Jasne, ale większość poszukujących filtruje ogłoszenia względem ceny. Im niższa kwota tym więcej kliknięć. Im więcej kliknięć tym większa szansa, że ktoś zadzwoni. Im większa szansa, iż ktoś zadzwoni, tym bardziej prawdopodobne, że da się zrobić bez wazeliny.

Koniec wydatków? Gdzie tam! Zostaje jeszcze kaucja (pseudo)zwrotna w wysokości nawet 2000 zł. Trafiając na uczciwego właściciela możecie spodziewać się jej zwrotu, ale on nie krzyknie na wstępie tak wysokiej kwoty. Jeśli jednak macie pecha możecie się pożegnać z niemałym plikiem banknotów – zawsze znajdzie coś co się zarysuje podczas roku użytkowania. A nie od dziś wiadomo, że wymiana antycznego stolika ze szlachetnej sklejki to koszt liczony w tysiącach. Panie, w milijonach!

Jeżeli zechce się wam poszukać mieszkań razem ze mną radzę zwracać uwagę na te ze zdjęciami. Przynajmniej się pośmiejecie. Sam nie znam się na wystroju wnętrz, nie przeszkadza mi nawet styl „wczesny Gierek”. Stać mnie na meble, mogę się wysilić, coś przerobić i urządzić. Jednak jeśli mam płacić 3/4 swojej wypłaty za mieszkanie oczekuję chociaż, że ściany będą w stonowanym kolorze, na podłodze zastanę coś więcej niż suchy beton a sedes jednak znajdzie sobie miejsce w ubikacji a nie w kuchni. Wykorzystajcie też moje doświadczenie i jeśli otrzymacie adres lokum obejrzyjcie sobie zdjęcia budynku z zewnątrz. Byłem już w miejscach wyglądających niczym scenografia do filmu o wojnie w Kosowie.

Jakiś czas temu widziałem całkiem przyjemne mieszkanie w rozsądnej cenie. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że dla właściciela owa kawalerka robiła za składzik na pamiątki z czasów gdy wjeżdżając do Poznania widzieliście jeszcze napis „Posen”. Można coś usunąć? Nie. Kij mnie obchodzi, że macie choć jeden własny mebel – dwa łóżka oraz pięć foteli musi zostać. W jednym pokoju. Smród starości i zgnilizny w czynszu.

Bardzo bawią mnie też ogłoszenia zatytułowane np.: „małą, klimatyczną kawalerkę wynajmę”. Co znaczy „mała”? Np. 18 m2. Serio. W tym jest kibel i aneks kuchenny. Cena? 1000 zł. Yes! Kafel za jebany, przerobiony kurnik.

Właściciele pewnie obruszyliby się za powyższy tekst, bo przecież tak im ciężko, nic nie zarabiają na mieszkaniach, trudno znaleźć dobrych najemców. Skoro cierpicie, to zamiast co roku twardo dawać ogłoszenia o wynajmie zdecydujcie się na sprzedaż, na pewno dostaniecie więcej. Po co jednak, można mieć wygodną szopę na graty, za którą jeszcze zapłacą studenciaki.

Niestety, po części sami jesteśmy sobie winni, bo godzimy się na takie warunki. Mamy jednak inne wyjście? Ostatecznie można zostać squattersem (jak to się w ogóle pisze?) i mieszkać w opuszczonych bunkrach. Podejrzewam jednak, że moi rodzice, znajomi a nawet dziewczyna mogliby tego nie zaakceptować. Poza tym, jestem konsumpcjonistą, potrzebuję nieco przyziemnego luksusu – lubię sobie czasami zjeść ciepły obiad, wziąć prysznic oraz kochać się na łóżku pozbawionym pluskiew. Taki to już ze mnie wariat!