Pictures of You

Zdawałoby się, że od momentu wynalezienia kamery wideo aparaty fotograficzne zaczną tracić zwolenników. Jak widać, nic takiego nie miało miejsca. Ba, fotografia przeżywa prawdziwy renesans dzięki powszechnej dostępności sprzętu oraz rozwojowi portali społecznościowych, których aktywni użytkownicy wchłaniają fotki jak muchy gówno.

Nie będę ukrywał, że na fotografii się nie znam. Nie chcę się znać. Kompletny ze mnie ignorant w pojmowaniu zdjęć jako sztuki, lecz mimo wszystko darzę szacunkiem profesjonalistów podchodzących do swego fachu poważnie i z całego serca życzę im wielu sukcesów. Znacznie częściej mam do czynienia ze zwykłymi fotkami zrobionymi u cioci na imieninach i akurat tego szajsu strasznie nie lubię.

Nie pojmuję w ogóle sensu dokumentowania pewnych wydarzeń Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, by wziąć z własnej woli album ze zdjęciami i powspominać. Oczywiście, jak ktoś podstawi mi komórkę pod nos i każe oglądać to przejrzę, aczkolwiek mój mózg nie potrafi zapisywać w pamięci plików graficznych. Szybko luknę i ekspresowo zapomnę. Nie widzę choćby grama magii w przypominaniu sobie pogrzebu wujka Mariana, zapitych mord ze studniówki czy wspólnego wypadu do Pcimia Dolnego wraz z doborową ekipą z zerówki.

Oprócz tego, że na myśl o ckliwych wspominkach chce mi się rzygać, nie lubię wykonywać czynności, które wymagają jedynie patrzenia, nie angażują mnie emocjonalnie. Podobnie mam z filmami. Aby zainteresować mnie kinem trzeba rzucić coś naprawdę walącego po łbie ciężką pałką, bo inaczej zaraz wzywa mnie Morfeusz na flaszkę.

Może to dlatego odczuwam taką niechęć do fotografii, gdyż obcuję tylko ze zdjęciami pstrykanymi dla samego pstrykania i zapełniania dysku twardego niepotrzebnym szmelcem. Nie oczekuję, że każdy będzie trzaskał foty jak korespondent wojenny, ale niektórzy naprawdę powinni się trochę ogarnąć. Dostanie taki fotograf lustrzankę od mamy i błyska lampą na każdym kroku. 15 tysięcy fotek na minutę a na każdej to samo. Szlag, jeśli ów domorosły twórca wrzuca zdjęcia na komputer i nie pokazuje ich nikomu. Niestety, obecnie panuje moda na fotografię, więc trzeba się chwalić swymi arcydziełami i zapychać internety.

Wielu pseudoprofesjonalistów uważa, że jednym filtrem można zmienić beznadziejną fotkę w dzieło sztuki. Najprostszym i najczęstszym działaniem jest przerobienie foci na czarno-białą. Wielkie umysły tak się starały, by aparaty ogarniały miliony barw, ale zapomnieli, że kolorowe zdjęcia są nudne. Za to czerń i biel to co innego! Kanapka z masłem w kolorze i bezbarwna kanapka z masłem to nadal kanapka z masłem, ale za to jaka tajemnicza. Podpowiem też, że twoja czarno-biała twarz pozostaje tak samo brzydka jak kolorowa.

Kolejnym etapem jest stosowanie sepii, ale z kozakami posługującymi się tak skomplikowanymi narzędziami nie chcę zadzierać. Istnieje ryzyko, że znajdą gdzieś moje zdjęcie i stworzą mema w Paint’cie. Profesjonalne złodupce.

Umiejętna obróbka zdjęć potrafi ukazać głębię fotografii, lecz osoby pretendujące do grona fachowców wiedzą, że trzeba z każdym udoskonalaniem postępować delikatnie. Granica między sztuką a kiczem jest cienka jak majtki dzisiejszych nastolatek. Ostatnio w mojej rodzinie było wesele a zaraz po nim ślub brała koleżanka. Wydarzenia te nie wniosły niczego szczególnego do mojego życia, ale w ręce wpadły mi albumy pełne fotografii upamiętniających owe okoliczności. Sam nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać, gdy dowiedziałem się, że za zdjęcia z imprez trzeba było zapłacić grubą kasę i zastanawiałem się przez dobre 3 sekundy czy aby nie zostać fotografem (po chwili jednak wróciłem do marzeń o zostaniu rycerzem Jedi). Zacznijmy od tego, że obrazy z albumu były mniej więcej tak prawdziwe jak twarz Cher. Rozumiem, że każdy chce zaprezentować się wyjątkowo, nietuzinkowo z okazji tak ważnej uroczystości jak ślub. Jednakże nie wyglądamy jak Jolie i Pitt a żaden fotograf nie jest cudotwórcą. W konsekwencji na fotografiach widzimy Panią Cebulę ustrojoną w suknię lśniącą blaskiem polarnej zorzy niczym psie jajca we wzwodzie i Pana Cebulę o twarzy wypolerowanej jak dupa Kryśki przed imprezą w jaświłowej Fantazji.

Że ludzie lubują się w robieniu sobie autogały, to tylko i wyłącznie ich problem. Na domiar złego, w każdym telefonie montują teraz aparaty co w połączeniu ze stałym dostępem do internetu daje wysyp słitaśnych foteczek. Tylko czym kierują się ludzie strzelający sobie samojebki? Przecież swoją twarz możesz oglądać na co dzień w lustrze. A twoi znajomi? Czy ich interesuje jak zajebisty dziś dziubek postawisz? Hm, jeżeli chcę pamiętać kogoś lub coś, to sam uwieczniam na kliszy tego kogoś lub to coś. Wnioskuję więc, że nie chodzi tu o nic innego jak machnięcie wspomnianej autogały, podbudowanie własnego ego. Niestety, skazy usunięte w Photoshopie tak naprawdę nie znikają z twarzy, więc osobiście nie chce mi się bawić ani w robienie ani w obrabianie selfie. Owszem, mój ryj potrzebuje rewitalizacji, ale po co oszukiwać się przerobionymi fotkami? Jeżeli ktoś nie jest zadowolony ze stanu swego lica, to albo niech idzie do chirurga plastycznego, albo płacze, bo go na to nie stać.

Mam nadzieję moja ewentualna, przyszła małżonka nie będzie chciała sesji ślubnej. Nie wydam tyle kasy na zdjęcia z pralką.

Boże.

Najlepszy żart ever.

Aż nie chce mi się dalej pisać.

Lonely day

Lubię być sam, trzeba to otwarcie przyznać. Podejrzewam, że kobiety mogą takie wyznanie pochodzące spod palców faceta potraktować jako niechęć do jakiegokolwiek kontaktu, ale po co ukrywać wrodzone cechy (szczególnie te cholernie irytujące)? Nie mylmy jednak miłości do wieczoru spędzonego sam na sam przed monitorem komputera z uczuciem samotności. Różnica jest mniej więcej taka jak między zadbaną, luksusową prostytutką a dziwką Amandą pracującą w wenezuelskim burdelu. Niby to samo a jedynie korzystanie z pierwszej opcji nadaje się do przechwałek przed kolegami.

Nie byłbym sobą gdybym przy okazji pisania tej notki nie zajrzał do Wikipedii. Otóż definicja hasła samotność brzmi:

Zjawisko subiektywnie odczuwane, stan emocjonalny człowieka wynikający najczęściej z braku pozytywnych relacji z innymi osobami. Często ma wydźwięk negatywny.

Zupełnie nie rozumiem po co dodano ostatnie zdanie. Samotność ma zawsze wydźwięk negatywny. Zdziwieni? Sądzę, że tak. W końcu niesprawiedliwie nazywa się mnie samotnikiem.

Jednakże z tego co wiem, jestem zdrowy psychicznie, toteż samotność nie może być dla mnie niczym fajnym. Niemożność odezwania się do kogokolwiek, brak akceptacji ze strony drugiego człowieka, ciągłe przebywanie ze swoimi myślami i w swoim towarzystwie. Co miałoby mi się podobać w takim życiu? Oczywiście nie oznacza to, iż gardzę chwilą w ciemnym pokoju pełnym ciszy niezmąconej choćby wibracją komórki.

Niestety, większość ludzi myli pojęcia nie potrafiąc zrozumieć, że ktoś lubi spędzić piątkowy wieczór świętując kolejną smoczą śmierć puszeczką piwa. To niemodne, lamerskie, wręcz nienormalne. W przeciwieństwie do udzielania się pod wszystkimi wpisami na Fejsie, wpraszanie się na czyjeś imprezy i wrzucanie do internetów własnej mordy licząc na kilka pozytywnych komentarzy.

W erze totalnej deprywatyzacji towarzyscy inaczej mają naprawdę ciężko. Tylko czekam aż ktoś wpakuje mnie w kaftan i przywiąże do dupy uczestnika parady równości bym się zasymilował ze społeczeństwem.

Myślicie, że przesadzam? To panowie powiedzcie kiedyś swoim kobietom, że dziś nie macie ochoty się spotykać, bo chcecie trochę odpocząć. Odważyłem się na tenże ryzykowny krok jedynie 2 czy 3 razy podczas całego życia. Damn, przecież to była totalna masakra – niby zrozumiała, niby nic się nie stało a i tak były pretensje jakbym ojca sztachetą zajechał. Znacznie bezpieczniej jest symulować chorobę. Jeżeli myślicie, że lubuję się w niezrównoważonych psychicznie pannach, oczywiście macie rację. Aczkolwiek podam inny przykład – co mówicie znajomym, gdy nie chce się wam iść na imprezę? Wybaczcie, wolę dziś pobyć sam/a? Oczywiście, że nie – kłamiecie, że źle się czujecie, macie szlaban od babci za niezjedzenie drożdżówki lub udajecie się na pogrzeb chomika Wacława do sąsiedniego miasta. Wszystko, by nie przyznać się do jednorazowej chęci zamulani przed kompem.

Musisz się pokazać, musisz krzyczeć najgłośniej i tańczyć najszybciej. Paradoksalnie, nakręca to spiralę samotności. Wiem co mówię! W globalnej wiosce wręcz nieprawdopodobnym byłoby utonąć w prawdziwej niedostępności drugiego człowieka – nawet na jebanej pustyni spotkacie jakiegoś beduina. Samotność to jednak sprytny pasożyt, potrafi się przystosować i dzisiaj jej najzjadliwszą wersją jest samotność w tłumie.

Gadasz, ale nie rozmawiasz.

Idziesz, ale nie spacerujesz.

Uprawiasz seks, ale nie kochasz się.

Niby wszystko w porządku, niby żyjesz zgodnie z telewizyjnym przykładem a samotność wciąż rośnie, wciąż nie daje spać, wciąż nie pozwala myśleć. Choć wskazówka licznika znajomych się podnosi to i tak po imprezie wracasz do pustego domu i robisz tego ostatniego drinka mającego wreszcie przenieść cię do czasów, gdy nie czułeś się tak okropnie jak dzisiaj

I teraz przyznaj przed samym sobą, że nie znasz tego uczucia.

Ups, zdarzyło się? Owszem, bo samotność choć niemodna i tępiona przez mass media rośnie w siłę i zżera po cichu tych co najszerzej się uśmiechają. Toteż doceńcie, gdy ktoś otwarcie mówi o chęci spędzenia dnia sam na sam ze sobą – on na pewno nie ma problemu z samotnością.

PS. No, nie było mnie trochę, ale nie chce mi się tłumaczyć :]

Jealousy makes you nasty

Zazdrość… To jest dopiero moc! Spójrzcie na naszą historię. Większość konfliktów napędzanych było zazdrością – o bogactwa, o terytorium, o dostęp do morza, o kobiety. W dzisiejszych czasach człowiek pozbawiony chęci posiadania jest uznawany za nieambitnego. Bez przesadnych pragnień bylibyśmy lepsi, lecz powiedzmy sobie uczciwie – tylko dzięki nim wyszliśmy z epoki narzędzi otoczakowych.

Zacznijmy od zdefiniowania słowa „zazdrość”. Według słownika PWN jest to:

1. «uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma»

2. «silne uczucie niepokoju, że ukochana osoba mogłaby nas zdradzić»

W tejże notce zajmę się jedynie pierwszym znaczeniem tego wyrażenia. Nie napiszę o zazdrości partnerskiej, bo musiałbym napomknąć o biologii, ewolucji i takich tam a udawanie pseudointelektualisty zaczyna mnie męczyć.

Przyznajcie się, czasami żal wam dupę ściska, co dziewczyny? Gdy podchodzi do was koleżanka będąca uosobieniem męskiego wyobrażenia o atrakcyjnej kobiecie, to z uwagą przyglądacie się jej ciału, by wyłapać choć najdrobniejszą niedoskonałość. Nawet, jeśli coś znajdziecie, i tak chcecie być takie jak ona. A nie, czekajcie. Cóż z tego, że jest piękna jak w głowie ma pusto i puszcza się za kilo kartofli na niestrzeżonym parkingu. Info pewne!

A mężczyźni? Wiedzą, że kobiety lubią władzę i pieniądze (bez urazy panie, piszemy tu poważną notkę a nie liżemy się po tyłkach), więc tego pożądają. Bogaty koleś szarżujący własnym Porsche wydaje się mieć wielu znajomych, a tak naprawdę większość liczy, że choć część jego blasku spłynie na nich. Jeżeli już nie ma takiej możliwości, trzeba rozgadać, iż facet wszystko ukradł, teraz jest w ogóle spłukany i zgrywa ważniaka a samochodem rekompensuje sobie małego penisa.

Jakież to ludzkie. Czy jednak wszystko co nasze musi być złe? Absolutnie. Tak naprawdę gdyby nie zazdrość większość z nas rzadko kiedy ruszyłaby się sprzed telewizora (o ile ktoś w ogóle wynalazłby telewizor). Znajdzie się jeden ambitny, któremu szara masa taka jak ja nigdy nie dorówna, ale trzeba chociaż sprawiać wrażenie zaangażowanego. Szczególnie, gdy jest się facetem. Tajemnicą nie jest, że to kobiety zioną szczególną zawiścią i pokazują ją tylko w zaufanym gronie (takim gdzie nie ma osoby, którą właśnie obgadują) Toteż upust swej zazdrości panie dają w towarzystwie mężczyzn, zmuszając ich do ciekawej gry w udawanie. W końcu nic tak nie wkurza kobiety jak widok leniwego partnera siedzącego na kanapie. Wkurwioną babę da się znieść, jeśli nie drze ryja, ale każda ma odpał szału kilka razy w roku, najczęściej po spotkaniu z koleżanką, którą mąż zabrał na ekskluzywne wakacje do Egiptu. Facet może załagodzić spór robiąc coś. Owo coś przyniesie zyski umożliwiające w pierwszym kwartale ewentualnie wyjazd do Radomia na kajaki, ale za 8 lat uzbiera się na piramidy. Dałoby się sumę zorganizować szybciej, lecz kobieta po okresie frustracji i krzyku w końcu zmniejsza volume i mężczyzna znów może spokojnie pracować na 40% możliwości. Oczywiście do czasu kolejnego wybuchu ukochanej Grażyny.

Na szczęście kobiety są jakie są, inaczej mężczyźni dawno by zależeli się na śmierć. Facetom też zdarza się zazdrościć, lecz u nas uczucie to ma inny wymiar. Niby chciałoby się mieć milion dolarów, ale… jak będzie chociaż na piwo, to też dobrze. Fajnie by było pośmigać BMW X6, ale… Golf też się nada. Po prostu umiemy cieszyć się z małych rzeczy! Chciałbym mieć murzyńskie przyrodzenie, ale… ech.

Wśród przedstawicieli płci brzydkiej są też osobniki megaambitne, o których czytacie w gazetach. Jak wszyscy na pewno wiecie, trwa aktualnie mundial. Po boiskach latają piękni, wysportowani i bajczenie bogaci piłkarze mogący ukraść każdą nadwiślańską piękność. I co robią nasi mężczyźni? Podziwiają ich! Wyobrażacie sobie, że panie z uwagą śledzą jak obiekty westchnień ich mężów prezentują swe atuty na arenach? Proszę was…

Ja co prawda jestem facetem, ale raczej pipkowatym. Tym samym, dość często bywam zazdrosny. Ostatnio zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, iż to głównie przez moją beznadziejność w każdej dziedzinie. Tak naprawdę nic nie robię dobrze, ewentualnie czasami wyjdzie mi coś średnio. Choć wiele razy chciałem zmienić ten stan rzeczy, nigdy mi się to nie udało. Za to dorobiłem się całej rzeszy ludzi starających się przekonać mnie, że jestem fajniejszy niż myślę, przez co nie mogę zostać pełnoetatowym przegranym.

Boże… nawet w byciu pipą jestem beznadziejny.

Futbol!

Kobiety nie rozumieją wielu męskich rzeczy. W sumie co się dziwić, są kobietami. Jest jednak pewien element życia faceta, który dla większości pań jawi się niczym najgłupsza, najprymitywniejsza i totalnie bezsensowna forma spędzania wolnego czasu – oglądanie meczów piłkarskich.

Są na tym świecie ludzie pozbawieni fallusów będący zarazem zwolennikami futbolu, jednak jest ich wciąż niewielu. Prawdziwe, stuprocentowe kobiety nieuznające różnic między stroną lewą i prawą nienawidzą piłki nożnej. Nic tak nie wnerwia płci pięknej jak widok grupy facetów drących się niczym upośledzone małpy do odbiornika telewizyjnego prezentującego 22 spoconych sportowców latających za kawałkiem napompowanej skóry.

Kobieta na dźwięk słowa mecz aktywuje najmroczniejsze sfery własnego mózgu odpowiedzialne za marudzenie, podejrzewanie i przypominanie sobie, że luby dawno nie spędzał z nią wolnego czasu. Gdy facet informuje partnerkę o zbliżającym się męskim wieczorze wszystko jest w porządku. Ona rozumie, iż ukochany musi czasami spędzić czas z kumplami, wypić jakieś piwko, powydurniać się w barze. Niestety, większość panów źle prezentuje swoje zamiary zupełnie niepotrzebnie zdradzając gwóźdź programu – mecz. Równie dobrze możecie, powiedzieć, że w klubie, do którego się udajecie będą wszystkie wasze ex-partnerki. Reakcje będzie identyczna.

… oczywiście kochanie, nie mam nic przeciwko byś w sobotni wieczór poszedł oglądać MECZ.

… oj, rozumiem, że ten MECZ jest ważny.

… ale nie musisz się tłumaczyć! Zostawisz mnie tylko na jeden wieczór i spotkasz się z kumplami na MECZU.

… jasne, że nie jestem zła głuptasie. Za co niby? Że wolisz oglądać MECZ niż zostać ze mną w domu?

… kochanie, nie przejmuj się. Spędzimy wspólnie kolejny wieczór, to będzie chyba pierwszy romantyczny moment od 7 lat. Lecz teraz idź na MECZ.

… już mówiłam, że wszystko w porządku… Nie dotykaj mnie! Przecież musisz iść na MECZ!

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego panie mają problem z piłką nożną? Żaden inny sport nie powoduje u nich tak negatywnych emocji.

Stworzyłem pewną teorię. Tylko futbol potrafi odwieść faceta od myślenia o seksie. Żeńskie narządy płciowe mają solidną siłę przebicia, ale nawet one nie mogą konkurować z finałem Ligi Mistrzów. Kobiety dobrze wiedzą, że przegrywają tę walkę i po prostu się frustrują. Mężczyzna zapominający o kopulacji nie da potomstwa, a to ono jest ewolucyjnym sensem istnienia osobnika. Toteż między płcią słabą a piłką kopaną trwa wojna o istnienie gatunku!

Spójrzmy na to z drugiej, lepiej mi znanej strony. Faceci jarają się piłką nożną. Można nie interesować się tym sportem, można zlewać na wyniki poszczególnych lig, ale są mecze, elektryzujące każdego posiadacza penisa. Osobiście mogę stwierdzić, że nic mnie tak nie relaksuje jak oglądanie dobrych, klasowych rozgrywek. Nigdy nie byłem sportowo utalentowany, może w miarę radziłem sobie na bramce, ale to kwestia przyzwyczajenia do pozycji – grubego zawsze stawiają na budzie. Jednakże, od wczesnego dzieciństwa śledziłem turnieje piłkarskie. Nie kibicowałem i nie kibicuję konkretnej drużynie, po prostu lubię obejrzeć ciekawe widowisko. Nic nie zastąpi klimatu solidnego, zaciętego spotkania dwóch mocnych zespołów.

Czy jednak wolę oglądanie meczu od randki z dziewczyną? Odpowiedź brzmi – niekiedy tak. Już słyszę ten jęk niedowierzania wśród pań, jednak nie ma się czym ekscytować. Większość par nie spędza ze sobą każdego wieczoru a te wolne godziny przeznacza na realizację indywidualnego hobby, lecz paradoksalnie tylko widok mężczyzny siedzącego przed telewizorem świecącym zielenią stadionowej murawy doprowadza kobiety do szału. Choć powyżej napisałem własną teorię odnośnie pochodzenia tego konfliktu, panie wiedzą najlepiej dlaczego piłka nożna tak je drażni.

Proponuję wlać więcej luzu do związku. Kopana jest ważna, ale na dłuższą metę nie zastąpi bliskości kobiety. No, chyba, że chodzi o taki finał Ligi Mistrzów jak tegoroczny – emocje nie z tej ziemi. Wykorzystując sytuację, pragnę pogratulować fanom Realu kolejnego trofeum na koncie.

Niedawno był dzień matki, więc składam serdeczne życzenia wszystkim mamom. Szczególnie tym, które poczęły swe pociechy właśnie w zeszłą sobotę. Wasz facet przegapił najważniejsze piłkarskie wydarzenie roku, by was przelecieć. Trzymajcie się go, bo to skarb.

Albo kryptopedał.

Wind of change

Kilka dni temu świętowaliśmy dziesięciolecie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Akurat w czasie obchodów byłem w rodzinnym domu i praktycznie non stop stał przede mną telewizor. Siłą rzeczy, trzeba oglądać. Jako, że 1 maja nie było moich ulubionych Wojen Magazynowych wrzuciłem bodajże Jedynkę. Stała jakaś pięknie ubrana pani i pan wyglancowany, więc miałem nadzieję, że zapowiedzą dobry kabaret. Skeczy nie uświadczyłem i na usta me nie wstąpił uśmiech, lecz z każdą sekundą brwi unosiły się pod wpływem rosnącego zaskoczenia.

Nie jestem antyunijny. Z systemem trzeba walczyć, to oczywiste, ale nie można sprzeciwiać się wszystkiemu jak leci. Trwamy w Unii, bo jaką niby mamy alternatywę? Zrobić się dzielnicą Londynu? Zostać kolejnym stanem USA? Połączyć się z braćmi Słowianami i stworzyć państwo wódą i piwem płynące? Trzeba być ślepym, by nie dostrzec ile zawdzięczamy Europie, ile się dzięki niej zmieniło. Na praktycznie każdym budynku wiszą tablice określające jak dużo kasy na budowę czy renowację wyrzuciła Unia.

Dlaczego, więc tak zdziwiła mnie szopka prezentowana w TV? Zaczęło się od spotu, który zaserwowano na samym początku. Filmik w założeniu miał chwalić wspólnotę europejską a tak naprawdę dyskredytował wszystko co było przed nią. Ktoś wyciągnął stare, peerelowskie taśmy i wybrał najbardziej wstydliwe momenty – kolejki, puste półki, bazary pełne przemytników i takie tam. Oczywiście wszystko skąpane w szarości. Jeżeli filmy były naturalnie czarno-białe zdawało się, że zabrano im nawet te dwa kolory. W tle sączyła się smutna melodyjka. Wtem nadeszła Unia Europejska i wszystko się zmieniło. Polskę pokolorowano, wybudowano autostrady, wieżowce, stadiony. Ba, zakwitły nawet kwiaty i wypiętrzyły się góry (ponoć za komuny PZPR nie dała na to pozwolenia).

Bujać to my a nie nas. Ok, zachód przyniósł dużo dobrego, lecz nie wszystko złoto co kwiecień plecień. Popatrzmy, ilu z was albo waszych znajomych zajmuje mieszkania zbudowane przed 1989 rokiem? Ile dróg (dziurawych, bo dziurawych, ale jednak) stworzono za komuny? Ile szkół, szpitali, komisariatów policji czy zakładów przemysłowych pochodzi z czasów Gierka? Można mówić, że są one efektem ogólnego istnienia państwa i gdyby w Polsce zaraz po wojnie nastał kapitalizm stworzylibyśmy znacznie więcej i znacznie niższym kosztem. Prawdopodobnie jest to prawda, ale co powstało właśnie w czasach PRL nie powinno być negowane.

Niby śmiejemy się z poprzedniego ustroju, ale takie koncerty jak ten z okazji dziesięciolecia członkostwa wieją wsią i socjalizmem niczym obchody Święta Ziemniaka w Mońkach Garstka artystów kręcących tyłkami w rytm pieśni granych z playbacku, tandetne wstawki filmowe ukazujące zachodnioeuropejskiego boga i głupie, polityczne gadki, od których uszy więdną a mózg pleśnieje. Jedyna różnica, to lepsza oprawa audiowizualna, jednak ostatecznie cała impreza pachnie remizą.

Choć wielu, uzna, że pieprzę farmazony, stwierdzam, że osoby rządzące naszym krajem wcale nie są tak głupie, jak się powszechnie uznaje. Myślicie, że elity polityczne kochają Unię? Bzdura. Po prostu, tak jak już wspomniałem – nie dano nam zbytniego wyboru. Tylko dla zachodniej kasy możemy zaakceptować, że zmiana płci przy zachowaniu zarostu na twarzy jest normalna, zaś jedzenie zwykłej, wędzonej kiełbasy nielegalne…

Zarówno Unia Europejska jak i jej autorskie rodzaje kapitalizmu oraz demokracji upadną, zastąpi je coś innego. Partyjniacy codziennie zapieprzający do swych biur w Ministerstwie Miłości, również wierzyli, że PRL i ZSRR są wieczne. Klops, przyszło kilku narwańców i rozpieprzyło wszystko w drobny mak.

Teraz ich nazywa się zdrajcami. Paradoksalnie, lewaków z krainy octu i musztardy, również się gnoi. Zarzucamy rządowi ustanowienie zbyt wysokich podatków a Unii nadmiar biurokracji. Oczywiście nic w tym dziwnego, my jesteśmy Polacy, my polska husaria, co buntem żyje i gdy nadejdzie czas, zmiecie wroga w pył.

Tak to już jest. Wszystko się zmienia.

A nie, przepraszam. Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia.