Lubię to!

Mam w nawyku wrzucać na Facebook’a link do nowej notki. Chcę poinformować ewentualnych czytelników o pojawieniu się świeżego wpisu. Na pewno? Może zależy mi na zaczerwienieniu kuli ziemskiej, może chcę by mnie podziwiano i karmię swe ego każdym, nawet nikłym przejawem zainteresowania moją osobą?

Jeżeli poświęciliście nieco czasu na czytanie tego bloga raczej domyślacie się, że mam gdzieś liczbę lajków. Cieszę się gdy ktoś polubi mój wpis bo to oznacza, że poukładane przeze mnie litery gładko wślizgnęły się do głowy lajkera wywołując pozytywne emocje. Taki w końcu jest sens tworzenia. Mimo tego, daleki jestem od podniecania się czymkolwiek wystawionym w serwisie społecznościowym.

Nie wkurza mnie popularność Facebook’a, nie podobają mi się jedynie pewne zachowania jego użytkowników.

Przekazałem wam, że napisałem notkę. Niektórzy klikną, rzucą okiem i wrócą do przeglądania Kwejka. Inni przeczytają, przemyślą i może nawet się uśmiechną. Większość jednak oleje mój wpis bo ładna koleżanka dodała focię (też bym tak zrobił). Mimo wszystko moje działanie ma jakiś sens czego nie można powiedzieć o wrzucaniu setki zdjęć swojego dziecka na serwery.

Ok., urodziłaś piękne bobo, cieszę się twoim szczęściem.

Wspaniale się ono uśmiecha.

I je.

I sra.

I wymiotuje na nieświadomego niczego domniemanego ojca.

Oczywiście pod fotografią pojawią się elokwentne komentarze – ładnie, ślicznie albo <3.

Jak myślicie, dlaczego ktoś tak bardzo chce bym oglądał jego potomka? Nie jestem socjologiem ale śmierdzi mi to potrzebą podbudowania własnej samooceny.

Patrz na moją dzidzię! Podziwiaj ją! Lajkuj! Uwielbiaj!

Dzieci nie są niczemu winne, posłużyły mi jedynie za przykład. Są też tacy co mają na Fejsie potężne albumy zapchane własnymi zdjęciami. Jeżeli są to ładne dziewczyny, nie widzę problemu lecz nawet one powinny znać umiar. Po co nachalnie prezentować swój ryj? Jeżeli ktoś miałby zainteresować się twoją urodą to zrobiłby to po przejrzeniu pierwszych pięciu fotografii.

Czy wy naprawdę macie po 700 znajomych? Przecież żeby dobić do takiej liczby musiałbym zapraszać kibiców z gry FIFA. Nie chce mi się sprawdzać ilu ludzi uznaje się za mych ziomów lecz stawiam, iż do setki ciężko będzie dobić. W mojej fejsbukowej karierze zaprosiłem może dwójkę znajomych celem przetestowania opcji dodawania. Teraz jeżeli ktoś chce dostąpić zaszczytu kumplowania się ze mną musi wysłać podanie. Rozpatrzę i zadecyduję czy jesteś godzien.

Sam łapię się na tym, że Facebook mnie rozleniwia. Ostatnio dojrzałem, iż pewna znana mi para związała się przysięgą małżeńską, po czym – zgodnie z niepisaną tradycją – wrzuciła fotkę informacyjną. Pomyślałem, że fajnie będzie im pogratulować. Próbowałem coś napisać ale nie mogłem spłodzić niczego oryginalnego. Co zrobiłem? Kliknąłem lubię to… Niczym analfabeta niepotrafiący inaczej wyrazić swej opinii. Coraz rzadziej trafia się na ciekawe dyskusje w komentarzach, ludziom nie chce się wysilać. Znacznie łatwiej jest dać łapkę lub wyzwać kogoś od idioty niż skleić logiczne zdanie mające na celu przekazania innym osobistej opinii.

Widzicie co się dzieje na czyimś profilu gdy pojawi się informacja, iż dany użytkownik akurat tego dnia obchodzi urodziny? Właśnie aby uniknąć kąpieli w debilnych sto lat! od osób, które tylko w chwili klepania dwóch słów na klawiaturze pomyślą o mnie nie podaję daty mego święta. Za to bardzo szanuję osoby składające mi życzenia bez posiłkowania się serwisami społecznościowymi. Nie mam również pretensji do zapominalskich, w końcu ja was też mam w dupie więc jesteśmy kwita.

Facebook – sam w sobie – to świetna inicjatywa choć czasami podejmuję tam działania, po których zadaję sobie pytanie: dlaczego?. Chyba taka jest ludzka natura, mamy potrzebę by zwracać na siebie uwagę.

Lubimy lajki.

Lajkujcie więc, będę miał do czego fapować.