Brainstorm

Zimno tu trochę. Ciekawe jaką mam teraz temperaturę w dupie… Pewnie z -5. Nie, niemożliwe, przecież jestem stałocieplny. A kto nie jest? Wąż nie jest. W ogóle wąż to pojebany jest. Tak bez nóg śmiga i do tego wszystko wpierdala bez gryzienia. Ciekawe co ja mogę zjeść bez gryzienia. Zupę! Ale bym zjadł zupę, pomidorową taką…

– Za 5 minut oddajemy karteczki!

– Co kurwa?!

Kto choć raz nie miał takiej sytuacji niech pierwszy rzuci kamieniem. Ważny egzamin, matura, kolokwium. Uczyłeś się cały tydzień, miesiąc, całe życie. Nic tylko brać długopis i pisać. Taa… wytłumacz to swojemu mózgowi, który akurat w tak ważnych momentach zacznie zastanawiać się nad najlepszym sposobem jedzenia Delicji.

Niewątpliwie mamy szczęście że posiadamy tak rozwinięte mózgi. Możemy myśleć abstrakcyjnie i w ogóle, jednak gdyby ten organ nie był aż tak nieprzewidywalny, pewnie już dawno teleportem podróżowalibyśmy do roboty zamiast męczyć się w tramwajach. Ja w ogóle jestem pełen podziwu dla największych umysłów tego świata, że potrafili oni wynaleźć coś nowego przy takim chujku jak nasza kora mózgowa. Osobiście nie mogę skupić się na prostym wykonywaniu obowiązków w pracy i zamiast przez chociaż 6 godzin robić jak na normalnego człowieka przystało, potrafię długimi minutami patrzeć na ekran i klikać rzeczy nie mając bladego pojęcia co robię.

 

Fajna laska tam stoi. Trochę zasłonięte cycki, ale założę się, że jakby machnęła biustem to by niejednemu ryj urwała. To jej dzieci? To nie dziwne, że ma takie balony. Mi tam macierzyństwo nie przeszkadza, rwałbym jak Reksio szynkę. Ale usta to ma chyba robione. Albo obciągnięte pały liczy w kilometrach.

Módlmy się!

– Co? Czekaj… AMEN!

Nadal stoisz sobie w tym kościele, lecz zastanawiasz się jak można zarezerwować najlepszą miejscówkę w piekle. Patrzysz z nadzieją na ikonę Jezusa chcąc przeprosić za swoje zachowanie, ale Chrystus nie spogląda na ciebie łaskawym wzrokiem tylko wygląda mniej więcej tak:

Nie przeprosisz, nie wytłumaczysz się. Co niby powiesz? To nie ja, to mój mózg? Nie da rady, w końcu to Ty jesteś właśnie w tym mózgu i to Ty nie potrafisz zachować się w świątyni.

Czy aby na pewno? Bo mi się czasami wydaję, że ludzie zupełnie nie ogarniają działania naszego mózgu. Coś tam popisali w książkach o neuronach i płatach, niby przeprowadzają operacje neurochirurgiczne, ale tak naprawdę nie mają pojęcia co robią. W jaki sposób mają wiedzieć jeśli my sami siebie nie rozumiemy? Kto nigdy nie zapomniał, co oglądał przed nadejściem reklam chociaż twardo wpatrywał się w ekran telewizora przez dobrą godzinę? Kto nie zapomniał jak się mówi po polsku, gdy ktoś nagle zapytał nas o godzinę na ulicy?

Podejrzewam, że jestem przeciętnie inteligentnym człowiekiem. Umiem grać w szachy, potrafię rozwiązywać równania z jedną niewiadomą, ale też nie mam pojęcia jak uszyć sweter czy upiec babę ziemniaczaną. Średnio, ale można z niemałym przekonaniem powiedzieć, że mój mózg nieźle ogarnia temat. Tak? To pozwólcie, że podzielę się z wami moimi ostatnimi przygodami.

  1. Wyszedłem ze sklepu z reklamówką pełną zakupów w prawej dłoni. Chcąc być bardziej gangsta, lewą rękę trzymałem w kieszeni. Nagle, po zrobieniu kilku kroków poślizgnąłem się. Zrozumiałem, że nie ustoję więc mój mózg zaczął wydawać rozkazy. Coś jednak nie zatrybiło, bo ten zamiast ratować ciało, które go dźwiga uznał, że znacznie cenniejsza jest sałatka z kurczakiem znajdująca się w torbie. Choć powinienem puścić pakunek, postanowiłem unieść rękę w rozpaczliwej próbie ratowania dobytku, Na szczęście, jest jeszcze druga, wolna dłoń! Niestety, tu zaszedł jakiś niespodziewany error i mózg zapomniał jak wydostaje się palce z kieszeni. Próbował, to prawda, ale nagle dłoń w magiczny sposób zaplątała się o nicość. Tym sposobem wylądowałem na dupie unosząc rękę niczym Statua Wolności.

  2. Siedzę sobie przy komputerze, robię jakieś niesamowite rzeczy (czyli pewnie oglądam memy) i nagle znajduję się w kuchni, Jak? Kiedy? Po co? Nie mam pojęcia, ale stoję i patrzę na kran. Kapie. Woda z niego kapie. Patrzę nadal. Kap, kap, kap. Po krótkiej przerwie na mrugnięcie wracam do obserwowania kranu. No nic, co będę tak stał. Wracam do pokoju, rozsiadam się na fotelu, przykrywam kocykiem i przypominam sobie, że miałem dokręcić kran, bo mnie kapanie wkurwia.

  3. Końcówka dnia. Idę do łazienki w celu zmycia z ciała trudów całej doby. Rozbieram się grzecznie i ciuchy kulturalnie wrzucam do kosza na pranie. W końcu docieram do skarpetek, ściągam je, zgniatam w dłoni i ciskam do… sedesu. Kultura musi być, więc po wszystkim opuszczam klapę. Odwracam się, zmierzam w kierunku prysznica i… STOP! Co tu się właśnie odjebało? Zaglądam do klopa i tak jak się spodziewał, skarpetki toną w kiblowej wodzie. To był ten dzień gdy zrozumiałem, że jestem debilem.

  4. Tu miała być kolejna historyjka, lecz zgadnijcie co się wydarzyło. Oczywiście, zapomniałem co miałem opowiedzieć.

Tak dużo się mówi o sztucznej inteligencji. Jedni chwalą się niesamowitymi osiągnięciami maszyn, drudzy boją się, iż roboty nabędą ludzką naturę i nas zniszczą. Ja wam powiem, że jeśli sztuczna inteligencja nie będzie co jakiś czas zapominać jak się chodzi upadając przez to na prostej drodze, to nie będzie to żadna sztuczna inteligencja tylko zwykła maszyna. My jesteśmy jedyni i niepowtarzalni w tym naszym kretynizmie.

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma

Prawdziwe. Wszystko w zasadzie jest prawdziwe. Mimo to bardzo trudno znaleźć coś prawdziwego. Aby zjeść prawdziwego schabowego trzeba nachodzić się parę godzin, by znaleźć prawdziwą knajpę, z prawdziwym kucharzem co zaserwuje prawdziwego kotleciora. Prawdziwy schaboszczak potrzebuje do pary prawdziwych kartofli, nie jakichś podrabiańców. Oczywiście prawdziwa sól musi nadać prawdziwy smak gwarantujący prawdziwą przyjemność z jedzenia.

Skoro z głupim mięsem opatulonym panierką (prawdziwą rzecz jasna) jest tyle zachodu, to jak w tych czasach znaleźć prawdziwego mężczyznę/ prawdziwą kobietę?

Wydaje mi się, że zbyt wielu ludzi przywłaszcza sobie decydowanie o tym co zasługuje na miano „prawdziwego”. Pal sześć, gdy za nadawanie orderu prawdziwości zabierają się fachowcy w danej dziedzinie. Znacznie gorzej dzieje się, kiedy to ludzie niemający pojęcia o temacie wymyślają swoją własną hierarchię – może teraz was zaskoczę, wszyscy jesteśmy trochę takimi ignorantami. W końcu każdy z nas ma wyobrażenie o prawdziwym przedstawicielu płci przeciwnej. Gdy zapytacie kobietę, kto to jest prawdziwy mężczyzna dostaniecie rozciągniętą po sufit listę umiejętności, które człowiek musiałby posiadać by dołączyć do elitarnego grona prawdziwych mężczyzn. Oczywiście w drugą stronę też to działa, ale wielu facetów pewnie wskazałoby jedynie dwa atrybuty prawdziwej kobiety – cycki.

Trochę pożartowaliśmy, lecz temat sam w sobie taki znowu śmieszny nie jest. Wróćmy na chwilę do prawdziwych mężczyzn. Co też ów prawdziwy mężczyzna musi umieć? Na pewno musi prosto wbić gwóźdź. Łatwizna, nie? Powiedzcie to mężczyznom bez rąk… To taki skrajny przypadek, ale wiadomo, że facet co nic naprawić nie umie to przecież żaden facet. A przecież dopiero zaczynamy. Mężczyzna musi również potrafić obsłużyć wiertarkę, frezarkę, młot pneumatyczny, koparkę, kombajn oraz wyrzutnię pocisków ziemia-powietrze FIM-92 Stinger (by w razie zagrożenia obronić swą królową).

Powiedzmy, że znalazł się ktoś, kto to wszystko ogarnął – zrobił udarówką dziurę jak pięść, obrobił frezarką 100 gwintów, wydziobał młotem drugi Wielki Kanion, pogłębił go koparką, przerobił kombajnem pole sąsiada po czym wygrzebał ze strychu wyrzutnię rakiet i temu samemu sąsiadowi rozjebał stodołę. Już? Najwyższe miejsce na podium? Zasłużone laury? Zapomnij. Może dla jednej Pani staniesz się ideałem, ale na ledwie 5 sekund – nie daj boziulko białogłowej na klawiaturze przestawi się „Z” z „Y”. Kolejny element do listy. A zanim zdążysz wygooglać „jak pryestawić Y y Z” do listy dojdzie jeszcze kilka rzeczy, które prawdziwy mężczyzna umieć musi. Jakby tego było mało, na nic zdadzą się twe dotychczasowe osiągnięcia, gdy zapragniesz znaleźć miłość w innej części świata. Nie umiesz surfować? Odpuść sobie Hawaje. Nie umiesz zabić lwa gołymi pięściami? Afryka odpada. Nie umiesz nazwać przynajmniej 15 płci, a nikt z twojej rodziny nie jest homoseksualistą? Nie dla ciebie panie z Europy Zachodniej.

Omówiliśmy ledwie umiejętności, nie doszliśmy jeszcze do cech. Przecież prawdziwy mężczyzna musi być…

Dość. Chyba już każdy załapał. I pewnie już każdy pomyślał: „przesadzasz Frustracie”. Oczywiście, że przesadzam, inaczej by nie było zabawnie.

Prawda?

W każdym razie, sami chyba rozumiecie, że stosowanie słowa „prawdziwe” zupełnie mija się z celem w kontekście człowieka – jeśli już to można powiedzieć, że prawdziwy mężczyzna musi mieć penisa a prawdziwa kobieta waginę. I pochwę. I macicę. I…

Dobra nie wchodźmy głębiej.

Badum tsss…

Niestety wciąż żywe są pewne stereotypy, którymi żyjemy nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo krzywdzimy siebie i innych. Poprzeczkę podnosimy coraz wyżej i wyżej a końca nie widać. Trochę pastwiłem się w poprzednich akapitach, nad kobietami i ich rozhukanymi oczekiwaniami, lecz przecież mężczyźni robią dokładnie to samo. Wiedzą co musi umieć zrobić prawdziwa kobieta (przynajmniej tak dobrze jak mamusia), jak powinna wyglądać (przynajmniej tak jak mamusia za młodu) i jaka ma być w łóżku (przynajmniej taka jak mam… ekhm).

I jak na boga, my takie życiowe kaleki dobieramy się w pary skoro po horyzont ni prawdziwego chłopa, ni prawdziwej baby? Jednak, skądś biorą się prawdziwe miłości, prawdziwe śluby i prawdziwe dzieci. Okazjonalnie prawdziwe rozwody i prawdziwe bomby za przesoloną zupę, ale hej – jak już chyba uzgodniliśmy, ideałów u nas nie znajdziesz. Mimo to, jakoś sobie żyjemy, jakoś sobie radzimy i nawet udaje nam się przetrwać. Choć czasami krzywo wkręcimy śrubę lub zamiast pomidorowej wyjdzie nam pożar chałupy.

Powiem wam tyle – odpuśćcie sobie te stereotypy „prawdziwych”. To tylko nakręca frustrację z własnej nieudolności i zbyt wygórowanych oczekiwań wobec świata. A to już tylko krok do stworzenia beznadziejnego bloga, na którym wylejecie swoje żale wobec świata pisząc z jakiejś ciemnej piwnicy, z klawiaturą na wydatnym brzuchu i łysiną powstałą przez lata rwania włosów.

Nieśmieszne.

Ja na przykład, mimo całej mej zajebistości też czegoś nie umiem. Np. kompletnie nie znam się na motoryzacji. Nigdy mnie tego nie uczyli a ja też szczególnie chętny do nauki nie byłem. I co? I nico. Nikt nie przyszedł do mego domu z maczetą i nie odrąbał mi mego atrybutu męskości. Jednak gdybym w kółko słyszał, jaki to jestem beznadziejny, bo nie wiem nawet gdzie w samochodzie szukać alternatora to pewnie w końcu założyłbym tego bloga.

Nadal nieśmieszne.

Podsumowując – zluzujcie majty. Sobie i innym. Dla nieodpowiednich partnerów nigdy nie będziecie dość dobrzy a ci nieodpowiedni nigdy nie będą dość dobrzy dla was. Dopiero gdy zrozumiecie, że na świecie nie ma ani prawdziwych mężczyzn ani prawdziwych kobiet, dorośniecie do tego by stworzyć związek. Taki prawdziwy, gdzie nieprawdziwy facet obija sobie paluchy młotkiem gdy nieprawdziwa kobieta rani swe palce igłą.

Fast and furious

Oglądasz telewizję. Widzisz tam piękne ciała. Młody aktor albo atrakcyjna modelka.

Patrzysz na siebie.

Boże drogi…

Obiecujesz sobie, że już nigdy w życiu nic nie zjesz.

Podejmujesz decyzję! Zaczynasz biegać!

Jednak jogging to nie taka prosta sprawa, nawet ten jednodniowy. Najpierw trzeba dobrać obuwie, spodnie, koszulkę, majtki, skarpety, biustonosz (mocno się zapuściłeś) i to badziewie na ramię żeby nie dźwigać smartfona. A, skoro o smartfonie mowa – nie ma biegania bez Endomondo a sam bieg bez posta na fejsie się nie liczy. Aby jednak odpowiednio zmotywować organizm, na telefon musisz wgrać odpowiednią playlistę.

Dobra, teraz dobierzmy trasę. Google w ruch. Na początek rzucimy 20 kilometrów, zobaczymy na mapie ile to…

Hm, jak z Shire do Mordoru.

Weryfikujesz swoje cele, 3 kilometry to rozsądny wybór. O, akurat z domu do Tesco i z powrotem.

Ubierasz nowe butki, ściskasz poślady dresikami, naciągasz koszulkę na bebzol i… pada. Przecież w deszczu nie pobiegniesz. Więc jutro.

Nazajutrz opadów brak, ale to słońce… Kto normalny się męczy w taki upał? Udar murowany. Zrobisz dziś 5 przysiadów i styknie. Ale jutro już na pewno ruszasz w trasę. Chyba, że będzie zbyt wietrznie, pod wiatr się nie da…

Niestety, pogoda okazuje się być idealna. 23 stopnie, delikatny wiaterek, po niebie latają aniołowie zraszający spoconych biegaczy święconą wodą. Nic tylko zasuwać! Jeszcze tylko naładujesz Samsunga. I ustawisz lokalizację.

Gdzie się podziały te słuchawki?

Wychodzisz z mieszkania, krótka rozgrzewka i już leje się z ciebie jak z dzikiej świni na ruszcie. Biegniesz z K i Ch na ustach. Każdy krok to katorga, czujesz jak mięśnie krzyczą, jak ścięgna błagają o litość, jak płuca obumierają z niedoboru tlenu.

Dusznica poziom pro. Chciałbyś ostatni raz usłyszeć głos matki przed śmiercią.

Wtem mija cię atrakcyjna sportsmenka. Na 3 sekundy zmieniasz się w maratończyka. Klata do przodu, uśmiech na twarz i równomierny bieg.

Cześć maleńka, lubisz moje męskie ciałko?

Dziewczyna nawet nie spojrzała. Wracasz do standardowej pozycji skulonego dziada. Błagasz by karetka stojąca na skrzyżowaniu jechała właśnie po ciebie.

Na ratunek przychodzą światła. Czerwone znaczy stój, więc stoisz. Nie twoja wina, że trasa z domu do Tesco wiedzie przez 40 przejść dla pieszych. Podskakujesz ze dwa razy, niech grubasy w autach widzą jak się ćwiczy.

Mimo wszystko, po powrocie do mieszkania  uznajesz, że bieganie to przereklamowane jest. Zresztą, mamy XXI wiek, są lepsze sposoby na idealną figurę. Zapisujesz się na siłownię, cena promocyjna – milion złotych rocznie. Pakujesz czyste portki do nowiutkiej torby z Decathlonu i jazda do galerii.

Wchodzisz na siłkę a tam same Pudziany. Nie wiesz czy prosić o autograf czy uciekać. Przełykasz ślinę, idziesz do szatni i znajdujesz najciemniejszy kąt, w którym możesz spokojnie zmienić ciuszki nie narażając się na śmiech.

Chcesz zacząć ćwiczyć, ale zapomniałeś, że jedynym sprzętem, którego działanie ogarniasz jest hantel. Zginasz łokieć parę razy, patrzysz jak biceps rośnie o 3 centymetry na sekundę.

Rozgrzałeś się, podchodzisz do ogromnego, lśniącego cudeńka. Jakieś liny, ciężarki i inne wichajstry. Dookoła nikogo, więc zabierasz się do roboty.

Dupą podnosisz kilogramy na atlasie. Nie masz pojęcia co wyprawiasz. Wszyscy patrzą na ciebie jak na młota, ale nie dajesz po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Po godzinie treningu uciekasz do szatni. Nigdy więcej nie pojawisz się w tej mordowni, tyle kasy poszło w błoto a tylko tyłek boli.

Wracając do domu autobusem (od wysiłku na nogach rozwinęła się martwica) wpadasz na genialny pomysł. Po co się męczyć, skoro wystarczy dobra dieta? Wpadasz do domu, odpalasz Internet i pierwszy szok – nie ma diety kiełbasiano-piwnej! Trudno, przecież przodkowie jedli same kiełki i jakoś przetrwali. Wybierasz najbardziej restrykcyjny jadłospis – na śniadanie kubek wody, na obiad trociny a na kolację słoneczna energia.

Zaczniesz od jutra, dzisiaj już nie ma sensu.

Pizza!

Wstajesz rano pełen zapału, łykasz umówioną szklanicę wody i już czujesz jak sadło wyparowuje. Wkraczasz do pracy z promiennym uśmiechem. Nawet zęby jakby schudły.

Mija 20 minut w biurze i czujesz, że twój żołądek zaraz strawi sam siebie. Kwas solny przeżera się do kręgosłupa, co chwilę sprawdzasz czy przez pępek nie wypływa tłuszcz.

Kolejna godzina, schudłeś już tyle, że wyglądasz jak rasowy Etiopczyk. Chwalisz się wszystkim współpracownikom, że dieta poszła w ruch. Wytrwasz na pewno!

Wracasz do domu. Płaczesz. Zjadasz całą lodówkę razem z lodem ze ścianki.

Jednak to bieganie nie było takie złe…

4 pory

Na początek proste zadanie – przypomnij sobie największy życiowy błąd, który w życiu popełniłeś/aś. Już? Nie musisz się tym z nikim dzielić, wystarczy twoje zażenowanie, kłucie w sercu i bezsenność. Nie chcę się nad tobą użalać, sam siebie najlepiej ocenisz.

Ale faktycznie, idiota z ciebie.

Niestety, większość z nas w trakcie swej kończącej się śmiercią kariery odpieprzy (lub już odpieprzyło) coś piekielnie nieodpowiedzialnego, głupiego i kompletnie żenującego. Skala zależy oczywiście od stylu bycia, ale powodów do wstydu nikomu nie zabraknie. Mimo to, ocenianie innych ludzi przychodzi nam niezwykle łatwo. Facet, który zdradził swoją żonę przestaje być człowiekiem, staje się gnojem czystej klasy zasługującym na nabicie na nienaostrzony pal. Kobieta porzucająca dziecko zaraz po porodzie to nie matka a wiedźma bez sumienia, którą najlepiej wywieźć z miasta na kupie gnoju. A młody kierowca śmiertelnie potrącający samochodem pięcioletnią dziewczynkę? Toż to kryminalista, powinno się rozwlec jego truchło na krzyżu jajami do góry.

Przesadzam? Ja jedynie lubię czytać i powtarzać internetowe komentarze. Poza tym, czy takie myślenie to domena sieciowych hejterów? A co dzieje się podczas rodzinnej imprezy? Ile razy słyszeliście o złej kuzynce, która zostawiła męża i odeszła do innego? Albo o wujku, który tylko całymi dniami chleje i nie dba o rodzinę. Oglądaliście kiedyś Wiadomości wraz z familią? Rodzice czy dziadkowie nie omieszkają ocenić polityków, terrorystów, demonstrantów. Nigdy ich nie widzieli, nigdy nie poznali ich założeń a krytyka przychodzi im przez usta z niezwykłą łatwością.

Mnie to w sumie nie drażni, sam niekiedy bez skrupułów wyrażam niezasadne opinie. Przypomniałem sobie jednak, że również popełniam błędy i wiem jak czuje się ten zły. Spróbujcie czasami pomyśleć jakie emocje siedzą w człowieku, który właśnie orientuje się, iż jednym głupim działaniem przekreślił swoje dotychczasowe życie. No, jak narzeczony informuje was, że przespał się z waszą matką, to możecie odpuścić sobie współczucie i obrzucać go talerzami, lecz spójrzmy na coś z perspektywy czasu. W pierwszej chwili, w natłoku emocji nie ma czasu na logiczne przemyślenia, ale jak czulibyśmy się będąc po tej drugiej stronie barykady? Spieprzyliśmy, sprawa po prostu się jebła. Nie ma już tłumaczeń, nie ma litości, nie ma ucieczki od odpowiedzialności. Musimy patrzeć w twarz osobie, której rozerwaliśmy serce, której zmarnowaliśmy życie, która już nigdy nie spojrzy na nas kochającym wzrokiem.

Pierwsza myśl – po co mi to było? Po co próbowałem, po co ryzykowałem? Później przychodzą wyrzuty sumienia i bezsilność. Nie ma już o co walczyć, trzeba ze sceny zejść i się nie kompromitować. Przyjdzie tylko przeżyć smutne spojrzenie matki, wymowne, ojcowskie kręcenie głową i podśmiewanie rodzeństwa. Później jakoś to będzie.

Smutek jednak pozostaje, zmyć piętno drania to sztuka niemożliwa. Lepiej zainwestować w nowoczesne technologie i pracować nad wehikułem czasu.

Czy krzywdzicielom należy się współczucie? Absolutnie. Jedynie wyrozumiałość. Nie poznamy motywów każdego poznanego człowieka. Może będzie on do szpiku kości zły a jego niecne uczynki staną się napędem dla bandyckiego żywota. Z drugiej strony, ten patałach kulący się przed nami mógł naprawdę dopuścić się najgorszego życiowego przewinienia. Przez głupotę, nierozwagę lub przypadek. Co za różnica? Zapłaci za swoje a karę wymierzy sobie sam.

Niekiedy przyjdzie nam stać się dupkiem, by popchnąć swoje życie naprzód. Obyście nigdy nie byli zmuszeni nikomu mówić, że już go nie kochacie, ale jakże naiwnym trzeba być aby wierzyć, że przez długie lata dzielące was od grobu nie będziecie musieli wycisnąć z gardła słów, które niczym nóż z Lidla powoli wwiercą się w mózg osoby, dla której jeszcze przed sekundą byliście całym światem.

Możecie grać Matkę Teresę i zbawiać świat, ale ręczę, że pewnego dnia zrozumiecie, iż największym błędem waszego życia było nie popełnianie błędów.

A na zakończenie tekst od Kasi Nosowskiej:

Pamiętam tylko, że była wtedy wiosna,
Wiadomo maj, te sprawy drzewa całe w pąkach,
Serce pojemne jak przedwojenna wanna
I pragnienie by ją wypełnić.
Uwiodła mnie przepaść jednego spojrzenia.
Runęłam w nią rozkładając ramiona,
Spadałam całe lato i bym się roztrzaskała,
Gdyby nie spadochron z wyrzutów sumienia.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.

Do wrót normalności zastukałam zimą,
Gdzieś w okolicy Bożego Narodzenia.
Jestem z powrotem i leżę przy tobie
Czy szczęśliwsza ? Nie wiem, ja nie wiem.
Patrzę na ciebie w nocy, gdy już uśniesz.
Kładę się obok, oglądam nas w lustrze
I widzę, i widzę od lat nieprzerwanie
Podróbkę szczęścia z fabryki na Tajwanie.

Mam czyściutkie sumienie
I bilet pewny do nieba bram.

The kids aren’t alright

Kilka dni temu udałem się do kina na Małego Księcia. Tak, na bajkę. Ja bardzo lubię bajki. Szczególnie te mądre. Samego Księcia czytałem w życiu 2 razy, będąc w podstawówce i jakoś zaraz po studiach. Gdy byłem dzieciakiem, lektura zupełnie nie przypadła mi do gustu – uznałem ją za zwyczajnie głupią i nielogiczną. Wracając do dzieła po latach, zrozumiałem ile mądrości w nim zawarto. To znaczy, że dorosłem? Czy może zdziecinniałem?

Czym jest dorastanie? Zapominaniem o dzieciństwie? Wstydzeniem się dzieciństwa? Niee… To by było przykre. Moim zdaniem człowiek nigdy nie dorasta, jedynie dojrzewa. Zmienia się nasze postrzeganie świata, zmieniają się priorytety, kształtuje się poczucie odpowiedzialności.

Jednakże mój pogląd nieco kłóci się z oficjalnym podejściem do dojrzałości. Czym tak naprawdę cechuje się prawilny dorosły?

Praca? Jest. Mały samochód? Jest. Krótki buziak rano i seks co trzy dni? Jest. Dziecko ubrane w ciuszki od Dolce&Gabanna? Jest. Telefon za 3 kafle, by wszystkie ważne w życiu rzeczy nagrać lub sfotografować? Jest. Piątkowe piwo ze znajomymi żeby pokazać, że wciąż jestem szalony? Jest. Posługiwanie się korpomową aby sprawić wrażenie ambitnego i pełnego know how (kocham to określenie)? Jest.

Takie dorastanie wydaje się być nudne, więc cieszę się, że nie wszyscy w około są tak dojrzali i rozsądni jak nakazują standardy dzisiejszego świata. Niestety, większość odrzuca przeszłość i radośnie tonie w odmętach codzienności. Zapominają o Pilocie i Róży. Nawet czytając te słowa nie przypomną sobie nikogo, kto w ich życiu mógłby zająć miejsce tych postaci. W sumie się nie dziwię. Osiągają sukcesy, mają szczęśliwe i bogate życia, więc po co cokolwiek rozpamiętywać?

Dlaczego miałbym nie czuć radości mając powyższe rzeczy? W końcu to cele, to paliwa tego społeczeństwa. Trwamy właściwie tylko dla monet tłoczonych przez nas samych do własnego krwioobiegu.

Czasami mam wątpliwości czy dobrze żyję. Pracuję w korpo, ale nie jestem przesadnie ambitny. W zasadzie w ogóle nie jestem, choć wiem, że powinienem. Nie marzę o drogich rzeczach, nie kupuję prawie wcale. Nie chcę podróżować po świecie, nie chcę dokonywać niczego wielkiego. Czasami gubię się w obowiązkach faceta, zapominam o coś zadbać, choć jako posiadacz penisa wiem, że muszę. Przez to, chwilę przed zaśnięciem zastanawiam się czy aby nie trzeba w końcu życiowo się ogarnąć i zacząć know how (hehehe).

Wstaję jednak rano i wiem, że ja jestem dorosły. Jestem tak dorosły jak chcę i jak mi się podoba. Wydurniam się, czasami bywam nieodpowiedzialny i nierozsądny. Lenię się w robocie, unikam obowiązków, bo wolę pooglądać Kwejka. Niekiedy unikam szansy na rozwój, bo nie chce mi się ruszyć tyłka. Zamiast tańczyć na weselu oglądam relację z finału Ligi Mistrzów (w ogóle jakim ignorantem trzeba być żeby robić imprezę w dzień ogólnoświatowego święta). Bardziej od notowań giełdowych interesują mnie ceny gier na Steam. Po prostu od czasu do czasu nieco przegrywam życie.

Wiecie co? Dobrze mi z tym. Już nie nienawidzę siebie i lubię swoje życie. Ponoszę klęski w bitwach, ale co z tego skoro wojny i tak przegrać nie mogę? Bowiem zawsze będę widział węża pożerającego słonia a nie jakiś tam kapelusz.

Zostanę dzieckiem. Takim dużym i brodatym, ale wara od moich Lego!