Chodnikowi wariaci

Gdybym kiedyś jakimś cudem dostał się do sejmu albo jeszcze lepiej wnerwił się na tyle by wzniecić zamach stanu i przejąć władzę totalitarną moim pierwszym projektem byłoby stworzenie kodeksu ruchu chodnikowego. Nie widzę innej rady na zapanowanie nad niektórymi użytkownikami najstarszego środka transportu. Szczególnie denerwujące są najczęstsze zachowania, zacznę od cechy niezależnej od wieku i płci czyli: „to je mój chodnik!”. Idzie sobie taki delikwent środkiem, najczęściej dzierżąc w rękach dwie reklamówy albo ciągnąc za sobą walizkę i choćby go przeskoczyć bo ominąć nie ma jak. Sytuacja wygląda tak, że co raz wychylam się to w jedną to w drugą stronę, czekam na moment gdy chodnik się na chwilkę poszerzy, przeklinam pod nosem ale jeszcze w tym momencie delikatnie. Nagle dostrzegam swoją szansę – przejście dla pieszych za kilka metrów. Włączam migacze, wrzucam trójkę na trampkach i jazda…

Załóżmy jednak, że osoba przede mną jest przedstawicielem starszego pokolenia. Myślę, że już wiecie co się zaraz wydarzy bo staruszki szybko się męczą, czują już chromanie przestankowe albo po prostu uwielbiają oglądać bieliznę, którą mogły założyć jakieś 50 lat temu i stają sobie jakby nigdy nic na środku chodnika, bez stopu, bez prawego kierunku. Co sił w nogach wciskam hamulec, gwałtownie skręcam w lewo cudem miesząc się miedzy reklamówką wypakowaną artykułami z Biedronki a słupem telekomunikacyjnym. Niestety osoby za mną nie miały tyle szczęścia, słychać krzyki, ktoś uderza w babcine zakupy, wpada na niego kolejna osoba, rowerzysta przy próbie minięcia ląduje na masce zaparkowanego auta. Bilans: trzech rannych, dwa skasowane pojazdy, rozrzucone zakupy i zjebka od babinki za nieumiejętne poruszanie się po chodniku.

Ja wciąż idę przecierając oczy ze zdumienia nad swoim szczęściem. Niestety, zza rogu wynurza się dziewoja z psem na smyczy. Kundelek kroczy sobie spokojnie obwąchując każdy krzaczek, słupek i kawałek gówna pozostawiany przez innego przedstawiciela swego gatunku. Psinka nagle, dwa metry przede mną dostrzega coś ciekawego po swej lewej stronie a właścicielka nie pomyśli by zablokować smycz i dać mi spokojnie przejść więc rozpościera się przede mną barykada z kawałka sznura. Szybko przypominam sobie szkolenie ninja, które przeszedłem w trybie wirtualnym grając w Mortal Kombat i sprawnie przeskakuję nad rozpostartą smyczą lądując pięknym telemarkiem.

Rzucam gniewnym spojrzeniem a z ust wypływają klasyczne, ojczyźniane „K „i „Ch”. To jednak jeszcze nie koniec, przede mną pojawia się typ przechodnia co go nazywam „Messi”. Prze on moją stroną z pełnym impetem, patrzy w me niebieskie oczy rzucając wyzwanie. Gdy jesteśmy metr od siebie „Messi” zaczyna kiwkę, ja w lewo, on w lewo, ja w prawo, on w prawo, ja staję on staje, ja w lewo on w lewo. Przysięgam, następnym razem zaryzykuję czerwoną kartkę i strzelę mu takiego gola między nogi, że do końca życia będzie chodził na czworakach.

W końcu przylegam do ściany pobliskiego budynku i daję okiwać się gwieździe Barcelony. Roztrzęsiony gniewem zmierzam do domu, zostało tylko kilka metrów i wiem, że jeśli coś jeszcze mnie spotka nienormalnego to zabiję bez skrupułów. Na szczęście już spokojnie, tylko karetka na sygnałach przemyka obok ulicą zmierzając w stronę karambolu wywołanego przez fankę sklepowych witryn.