Laptop sraptop

Wracam z pracy, konsumuję obiad i wreszcie mam chwilę na rozrywkę. Słońce na zewnątrz piecze niemiłosiernie więc nie chce mi się nigdzie iść. Na szczęście jest komputer, zawodowy morderca czasu.

Rozsiadam się wygodnie na kanapie, kładę laptopa na kolanach i naciskam przycisk „power”. Maszyna budzi się leniwie cicho pomrukując.

– Cześć człowiek.

– Cześć lapie, jak tam zdrowie?

– Może być, tylko coś w stacji dysków mnie łupie.

– Czekaj, zostawiłem wczoraj jakąś płytę w napędzie. Zaraz wyciągnę.

– OK., co trzeba?

– Spokojnie, najpierw się obudź.

Na ekranie charakterystyczne logo Windows’a mieni się czterema kolorami. Czekam spokojnie a komputer ziewa donośnie. Po minucie pojawia się ekran wyboru użytkownika. Zatwierdzam swój profil. Z głośników dochodzi coś jakby „ożeszjakmisięniechce”. Po kolejnej minucie, mym oczom okazuje się pulpit, jeszcze bez ikon za to z kręcącym się, błękitnym kółeczkiem. Czekam.

Wciąż czekam.

– Co ty tam robisz tyle czasu?

– Ogarniam się.

– Niby z czym?

– Inicjalizuję, programuję, koduję, kawę gotuję.

– Yhy…

Wreszcie na ekranie pojawiają się ikony i wiem, że już prawie mogę rozpocząć korzystanie z komputera. Prawie, doświadczenie podpowiada by jeszcze trochę zaczekać. Po kilkunastu sekundach najeżdżam na lisa okrążającego niebieską kulę…

– Czekaj!

– Co?

– Zaktualizować Javę?

– No ok., aktualizuj. Muszę przejrzeć Internet.

– Czekaj!

– No co?!

– Poziom twoich zabezpieczeń jest niski, włącz zaporę systemową.

– Czy mieliśmy jakiegoś intruza w ciągu ostatnich 10 lat?

– Nie ale lepiej dmuchać na zimne.

– Właśnie, dlatego nie włączam twojej zapory. Nie przeszkadzaj.

– Czekaj!

– <wzdycham>

– Zaktualizuję antywirusa.

– A aktualizuj sobie co chcesz, daj mi tylko otworzyć mozillę!

– Ok., już nnnnn…iiiiiii…eeee przeeeeeszkaaaaadzaaaammm

Znów zamiast kursora pojawia się niebieskie kółko. Jak mogłem zapomnieć, że aktualizacja antywirusa i Javy w jednej chwili uniemożliwia robienie czegokolwiek na systemie? Biorę 10 głębokich oddechów i spoglądam na monitor. Bez zmian. Biorę jeszcze 40.

W końcu wszystko wygląda na wgrane, zainstalowane, sprowadzone do najnowszej wersji. Ostrożnie, jakbym rozbrajał bombę klikam dwa razy na ikonę przeglądarki internetowej. Udało się! Najpierw zobaczymy co się dzieje na świecie, wybieram z zakładek Onet. Coś o Kaczyńskim, Tusku i Lewandowskim. Nowa cud dieta i trochę o seksie… Wtem obraz ciemnieje i po chwili na całym ekranie pojawia się reklama superchłonnych pieluch.

– Wow, jakie fajowskie. Kup sobie!

– Spadaj z tym, nie mam nawet dzieci.

Kręcę głową i mlaskam poirytowany. Dość tej strony, przechodzę na pocztę. Otwiera się całkiem sprawnie i przede mną ujawnia się lista nowych wiadomości. Dokładnie 24 nowe wiadomości z czego całe 24 to reklamy.

– Ale masz znajomych, stary!

– Zamknij się. Mógłbyś blokować ten syf tak jak kazałem.

– Te specjalnie przepuściłem, pomyślałem, że przyda ci się powiększanie penisa.

Nie komentuję tego, aczkolwiek ciśnienie z lekka się podnosi. Dobra, dajmy szansę jeszcze jednej stronie. Facebook. Super, 6 powiadomień! To na pewno ktoś docenił mój wczorajszy wpis.

– O, ktoś zaprosił cię do gry w FarmVille! 7 razy! Ale z ciebie wariat!

Z głośnym kliknięciem wyłączam przeglądarkę. Strata czasu. Nie mając zupełnie ochoty na pracę pomyślałem o jakiejś grze. Jakież tu mamy nowości… O, może Alan Wake. Nim jednak włączam setup…

– Czekaj!

– No.

– Zaktualizować Javę?

– Przecież dopiero to robiłeś!

– Co się grzejesz? Nowa jest więc się pytam. Matko, jaki narwany.

– Aktualizuj…

Wiedziony doświadczeniem, odkładam instalację na czas uaktualnienia aplikacji. Po minucie wybieram setup i, o dziwo skrót do gry szybko pojawia się na pulpicie. Bez namysłu klikam na ikonkę. Po sekundzie ekran zdobi piękny komunikat o błędzie. Wtem z głośnika dochodzi ciężkie sapanie, komputer wypluwa głośno solidną objętość śliny i ochrypłym głosem zwraca się do mnie.

– Wybacz… Nie te lata. Nie udźwignę.

– Przecież wymagania są w porządku…

– A, jak boli! To chyba procesor! Żegnaj człowieku, pozdrów mą matkę Amigę…

– Dobra, już dobra. Spróbuję coś starszego.

Przeglądam swoją kolekcję, większość produkcji już przeszedłem a na resztę nie mam zupełnie ochoty. W końcu wybór pada na Thief’a 3.

– To dasz radę?

– Thief!? Ha, z palcem w BIOSie!

Instalacja. Czekam. Uruchamiam grę. Błąd.

– Cholera, mówiłeś, że nie będzie problemu!

– Co to jest?

– Thief, przecież wiesz.

– Jakiś dziwny, kiedyś inaczej wyglądał.

Nerwowo uderzam palcem wskazującym prawej dłoni o myszkę. Druga ręka drży jakby rażona delikatnym prądem. Nakazuję systemowi uruchomić grę w trybie zgodności z Windows XP.

– Kurde, to ta gra. Nie poznałem wcześniej, sorki.

– Spoko, teraz git?

– Jasne, dawaj.

Uspokajam się nieco. Pewnie włączam aplikację i mym oczom ukazuje się intro a zaraz po nim główne menu. Z ulgą wypuszczam powietrze i wybieram z listy nową grę.

Wtem czuję jak serce podchodzi mi do gardła. Blednę i wybałuszam oczy, do których napływa zimny pot z czoła. Ekran przez chwilę miga niebieskim kolorem i zaraz rozpoczyna się restart systemu. Pełen najgorszych przeczuć czekam na ponowne uruchomienie modląc się do wszystkich bogów by nie stało się nic poważnego. Na szczęście znów pojawia się znajomy pulpit z kręcącym się kółeczkiem.

– O mambo-dżambo. Ale mnie ścięło.

– Żyjesz! Co się stało?

– Nie wiem, coś mi się zakręciło w płycie głównej. Spróbuj jeszcze raz z tą grą.

– Dobra, odpuszczę sobie. Odpocznij, nie będę robił nic ciężkiego, napiszę notkę na bloga.

– Jak chcesz. Tylko jeszcze jedna kwestia.

– Co tam?

– Zaktualizować Javę?

Pierdzielę, idę czytać książkę.