House of cards

Weź tu człowieku zacznij notkę po roku nieobecności. Pomijając bzdurne teksty o przeprosinach, tęsknocie i takich tam zacznę prosto i szczerze – nie miałem czasu pisać. W zasadzie w tym momencie też nie narzekam na nadmiar wolności, ale postaram się pisać systematycznie – niechże czyta choćby jedna osoba i uśmiechnie się szczerze a będę szczęśliwy.

Żartuję. Tęsknię za czasami gdy miałem tłumy fanów, rozdawałem autografy a młode matki podawały mi nowonarodzone dzieci bym cmokał je w czółka. Potrzebuję fejmu!

Słowem wstępu – trochę się u mnie pozmieniało, przeszedłem zawodowe oraz prywatne przeobrażenie w stopniu co najmniej zaawansowanym. Stąd brak czasu. Oraz chęci. Nie ma co ukrywać, że czasami wolę jednak otworzyć piwo i odpalić LOLa niż robić coś konstruktywnego. Wiecie – „zdolny, ale leniwy”.

Trudno było mi dobrać odpowiednią myśl przewodnią na notkę powrotną. Przyjąłem, że temat musi być trudny, kontrowersyjny, musi przynieść ból dupy wszystkim po trochu. W końcu jednak uświadomiłem sobie, że podążając tym tropem nigdy nic nie stworzę. Toteż wybrałem motyw, który dotyczy mnie osobiście w aktualnym etapie mego życia – poszukiwanie mieszkania.

Większość osób, które przekroczyły dwudziesty rok życia musiało się kiedyś przeprowadzić. Ja robiłem to dość często, można powiedzieć, że prowadzę wręcz koczowniczy tryb życia, lecz wciąż wkurzam się tak samo czytając ogłoszenia o wynajmie lokum czy też oglądając wybrane oferty.

Mieszkam w Poznaniu. Nie chwalę się ani nie żalę. Ot, miasto w Polsce. Galerie, zapchane ulice, rzeka jakaś i okresowe tłumy kiboli na ulicach, które za darmo pozbawią cię bolącego zęba. Standard. Mam nadzieję jednak, że sytuacja mieszkaniowa nie jest standardowa dla reszty kraju, bo powiem wam, że znaleźć dobre mieszkanie w stolicy Wielkopolski to konkretne wyzwanie. Zacznijmy od ceny. Wiem, wiem – w Warszawie na pewno jest drożej, ale Warszawy nie uwzględniam, tam zawsze jest coś gorzej, ciężej i trudnej (ale mają metro i gorącą tęczę). W każdym razie, jeżeli nawet ceny nie są najwyższe w kraju myślę, że niewiele osób bez mrugnięcia okiem oddałoby co miesiąc 1400 zł za kawalerkę (opłata dla właściciela, czynsz i rachunki, gdy jesteśmy fanami czytania książek przy świecach oraz jebania spod pach każdego poranka). A to jest właśnie normalna cena jednego pokoju z kuchnią i łazienką. Pal sześć jeśli znaleźliśmy jakąś drugą połówkę co zechce koszty dzielić z nami na pół, ale samemu wynająć klitkę za takie pieniądze? No weź mnie przeproś… Przecież wielu ludzi już opłaciwszy sam czynsz i rachunki będzie na minusie. Lecz nie lękajcie się! Zaprawdę powiadam wam, że możecie zmienić pracę i wziąć kredyt!

Czy tylko mnie to nie rozśmieszyło?

Kolejna kwestia – mnogość ogłoszeń oraz ich bezwartościowość. Przeglądając Internet możemy trafić na setki jeśli nie tysiące ogłoszeń odnośnie wynajmu mieszkania. Ktoś, kto szukał lokum zdaje sobie sprawę, że większość z nich to przynęty na naiwniaków, którzy może czegoś nie doczytają albo nie dosłyszą i wezmą najbardziej gównianą ofertę z pocałowaniem ręki.

Na głównej stronie podawane są zwykle ceny podstawowe, czyli to, co musicie zapłacić samemu właścicielowi za możliwość stawiana klocka w jego kiblu. Jeżeli ktoś odwiedzi jakikolwiek portal ogłoszeniowy znajdzie lekką ręką 500 ogłoszeń z samego Poznania z podaną ceną 800 zł. Fajnie, teraz przeczytajcie opis. 800 zł + 400 zł czynsz do spółdzielni + rachunki. Cena nieco wzrosła? Jasne, ale większość poszukujących filtruje ogłoszenia względem ceny. Im niższa kwota tym więcej kliknięć. Im więcej kliknięć tym większa szansa, że ktoś zadzwoni. Im większa szansa, iż ktoś zadzwoni, tym bardziej prawdopodobne, że da się zrobić bez wazeliny.

Koniec wydatków? Gdzie tam! Zostaje jeszcze kaucja (pseudo)zwrotna w wysokości nawet 2000 zł. Trafiając na uczciwego właściciela możecie spodziewać się jej zwrotu, ale on nie krzyknie na wstępie tak wysokiej kwoty. Jeśli jednak macie pecha możecie się pożegnać z niemałym plikiem banknotów – zawsze znajdzie coś co się zarysuje podczas roku użytkowania. A nie od dziś wiadomo, że wymiana antycznego stolika ze szlachetnej sklejki to koszt liczony w tysiącach. Panie, w milijonach!

Jeżeli zechce się wam poszukać mieszkań razem ze mną radzę zwracać uwagę na te ze zdjęciami. Przynajmniej się pośmiejecie. Sam nie znam się na wystroju wnętrz, nie przeszkadza mi nawet styl „wczesny Gierek”. Stać mnie na meble, mogę się wysilić, coś przerobić i urządzić. Jednak jeśli mam płacić 3/4 swojej wypłaty za mieszkanie oczekuję chociaż, że ściany będą w stonowanym kolorze, na podłodze zastanę coś więcej niż suchy beton a sedes jednak znajdzie sobie miejsce w ubikacji a nie w kuchni. Wykorzystajcie też moje doświadczenie i jeśli otrzymacie adres lokum obejrzyjcie sobie zdjęcia budynku z zewnątrz. Byłem już w miejscach wyglądających niczym scenografia do filmu o wojnie w Kosowie.

Jakiś czas temu widziałem całkiem przyjemne mieszkanie w rozsądnej cenie. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że dla właściciela owa kawalerka robiła za składzik na pamiątki z czasów gdy wjeżdżając do Poznania widzieliście jeszcze napis „Posen”. Można coś usunąć? Nie. Kij mnie obchodzi, że macie choć jeden własny mebel – dwa łóżka oraz pięć foteli musi zostać. W jednym pokoju. Smród starości i zgnilizny w czynszu.

Bardzo bawią mnie też ogłoszenia zatytułowane np.: „małą, klimatyczną kawalerkę wynajmę”. Co znaczy „mała”? Np. 18 m2. Serio. W tym jest kibel i aneks kuchenny. Cena? 1000 zł. Yes! Kafel za jebany, przerobiony kurnik.

Właściciele pewnie obruszyliby się za powyższy tekst, bo przecież tak im ciężko, nic nie zarabiają na mieszkaniach, trudno znaleźć dobrych najemców. Skoro cierpicie, to zamiast co roku twardo dawać ogłoszenia o wynajmie zdecydujcie się na sprzedaż, na pewno dostaniecie więcej. Po co jednak, można mieć wygodną szopę na graty, za którą jeszcze zapłacą studenciaki.

Niestety, po części sami jesteśmy sobie winni, bo godzimy się na takie warunki. Mamy jednak inne wyjście? Ostatecznie można zostać squattersem (jak to się w ogóle pisze?) i mieszkać w opuszczonych bunkrach. Podejrzewam jednak, że moi rodzice, znajomi a nawet dziewczyna mogliby tego nie zaakceptować. Poza tym, jestem konsumpcjonistą, potrzebuję nieco przyziemnego luksusu – lubię sobie czasami zjeść ciepły obiad, wziąć prysznic oraz kochać się na łóżku pozbawionym pluskiew. Taki to już ze mnie wariat!