Daleko od noszy

Zwróciliście uwagę, że słowo szpital jest naładowane negatywnymi emocjami? Co prawda ludzi się tam leczy ale nieodzownie szpital kojarzy się ze śmiercią. Jeżeli ktoś powie wam idę na cmentarz nie pomyślicie, że wybiera się tam by umrzeć. Gdyby ta sama osoba zakomunikowała: idę do szpitala już byście orientowali się w cenach wieńców pogrzebowych.

Ostatnimi czasy mam kontakt ze szpitalami i lekarzami. Nie lubię tego. Bardzo nie lubię.

Sytuacja ma miejsce w pewnej poznańskiej placówce. Długi korytarz, migoczące lampy, dość ponuro. Leniwie, środkiem przemieszcza się szlachta w białych kitlach a za nimi plebs ubrany na kolorowo. Staję przed gabinetem lekarskim, w poczekalni siedzi tłum ludzi o średniej wieku 150 lat. Ktoś charczy, ktoś smarka, reszta biadoli i narzeka. Cóż, umówiony jestem na konkretną godzinę więc twardo pukam do gabinetu. Zanim zdążam otworzyć drzwi kobieta wypisz, wymaluj Sally z Mody na Sukces informuje mnie, że jest kolejka. Spoglądam na twarze ludzi i gdy dostrzegam dziadka szczerzącego wilcze kły zdaję sobie sprawę, iż w tym miejscu nie warto się wychylać.

Siadam. Godzina 10:00. Do roboty mam dopiero na 14:00. Ludzi co prawda dużo ale spokojnie się wyrobię, przecież niemożliwe by na taką hordę był jeden lekarz.

Godzina 13:40. Dzwonię do firmy, że biorę L4. Zaczynam podejrzewać, że nie przyszedłem do doktora lecz na niekończące się spotkanie towarzyskie. Kolejka raczej się nie zmniejsza a rozmowy o polityce nabierają tempa

Po dwóch godzinach siedzę już prawie przy drzwiach, Jak zaobserwowałem, właśnie na tym to polega – wchodzisz jak jesteś blisko gabinetu.

Na korytarzu pojawia się pielęgniarka z magicznym kajecikiem. W pierwszej chwili chcę zdjąć jej górną część i wyciągnąć ze środka mniejszą babę. Kobieta wygląda jak ludzka matrioszka.

– Frustrat!

– Jestem.

– Na 10:00 miał pan być! – piguła zsuwa okulary i łypie na mnie znad czerwonych, grubych oprawek.

– Kolejka była.

– Trzeba było zapukać.

Akurat nie wziąłem swojej strzelby na rozwścieczone babcie.

– Nie wiedziałem, pierwszy raz jestem.

– Wejść!

Czynię to niezwłocznie zdając sobie sprawę, że trzeba będzie uciekać oknem by uniknąć linczu.

Gabinet standardowy, typowo polskie warunki. Zauważyliście, że u nas szpitale wyglądają szczególnie? Znaczna część placówek wciąż wieje Gierkiem mimo coraz liczniejszych renowacji. Podejrzewam, że to z powodu słabych funduszy ale specjaliści od wystroju szpitali uparcie mieszają koncepcje tworząc charakterystyczny styl modern-socjal. Nowa podłoga, odmalowane ściany, nowoczesne windy a do tego drewniane, pięćdziesięcioletnie ławki, rozpadające się wózki i sprzęt made in Sovetskiy Soyuz.

Za biurkiem siedzi nisko pochylony jegomość z fryzurą niczym Christopher Lloyd w Powrocie do Przyszłości. Coś tam bazgroli na kartce bo chyba mu się komputer zepsuł. To był sarkazm.

Siadam na obrotowym, metalowym taborecie. Wygodne to jak cholera.

– Nazwisko.

– Frustrat.

Lekarz coś czyta po czym podnosi na mnie wzrok człowieka pracującego tydzień bez snu.

– Wycinamy?

Eee… nie ty powinieneś to wiedzieć?

– No… tak.

– Krysiu, przygotuj pana do zabiegu.

Krysia vel ruska baba bierze mnie do pomieszczenia obok, które skrywa całkiem sporo personelu medycznego. Mój problem nie znajduje się w miejscu skrajnie intymnym ale żeby go odkryć trzeba zdjąć spodnie. Nie przeszkadza mi to, w końcu salowe też swoje w szpitalu widzą. Kładę się więc w samych majtkach na kozetce, pielęgniarka szykuje cały potrzebny sprzęt i przykrywa pole zabiegowe zieloną chustą. Po tym cały personel się rozbiega, nie jestem pewien czy rozczarowałem czy przestraszyłem ich moją dolną partią ciała.

Przychodzi lekarz, ubiera rękawiczki i naciąga znieczulenie. Nie ma w zwyczaju wypowiadać tak banalnych komunikatów jak „będzie ukłucie” więc mało nie spadam na podłogę gdy czuję igłę w swoim ciele.

Zaczyna się właściwy zabieg. Doktor sobie gwiżdże, coś tam kroi a ja ogólnie podziwiam wystrój zabiegówki. W końcu gdy lekarz odchodzi na chwilę od mojej nogi podnoszę się na łokciach i oglądam dzieło wprawnego medyka. Rozpierdziel na całego. Dziwię się, że straciłem tyle krwi i wciąż czuję się dobrze.

– Niech pan nie patrzy bo jeszcze mi pan tu zemdleje! – ostrzega mnie chirurg.

– Dam sobie radę. Lubię takie widoki.

– Ja pracuję 18 lat i nadal nie lubię.

Lekarz wraca do zabiegu. Tnie, siecze, wierci a ja przy każdym jego działaniu czuję jak mi ciągnie mięśnie tyłka. W końcu chirurg wyjmuje to co miał usunąć i z dumą prezentuje mi spory kawałek czegoś wyglądającego jak oblepione krwią i tłuszczem ziarenko grochu. Jeżeli robi tak ze wszystkimi pacjentami to faktycznie musi mieć spory odsetek omdleń podczas zabiegów.

W końcu doktor zabiera się do szycia i gdy kończy poucza mnie.

– Proszę nie przeciążać tej nogi, nie biegać, nie skakać bo się skóra nie zejdzie.

– Ok.

– Ma pan pecha, że wyrosło to w takim miejscu. Mogło być ciut wyżej, tam im więcej tym lepiej.

Zacny żart. Naciągam spodnie i razem z lekarzem wracamy do gabinetu. Upominam się o L4.

– A na ile pan chce?

– Na dzisiaj.

– Na jeden dzień?!

– No…

– Na pewno?

– Tak.

– To dam panu jeszcze na jutro bo trzeba opatrunek zmienić. Ludzie zwykle biorą na tydzień.

Poczułem się jak niedorozwinięty. Chyba nikt w historii nie brał L4 na tak krótko. Wydało się lenie patentowane! Tylko zwolnienia by brali, ZUS oszukiwali i ojczyznę do upadku prowadzili! Nie o taką Polskę walczyłem!

Umawiam się na kolejną wizytę, dziękuję i opuszczam gabinet. Oczywiście ktoś musi zrzędzić, że strasznie długo tam siedziałem. Nie obchodzi mnie to gdyż natrafiam na poważniejszą kwestię –  czy znieczulenie może sięgnąć układu moczowego?

Na szczęście nie zsikałem się w drodze do mieszkania. Choć emocje były, nie przeczę.